Polska, druga połowa lat 80., boom video czai się za rogiem, „amerykańskie” filmy już wkrótce zagoszczą w naszych magnetowidach i odtwarzaczach z możliwością nagrywania. O nowościach kinowych z USA nie wiemy praktycznie nic, nie mówiąc o możliwości zapoznania się z przebojami zza oceanu. O kinie wiemy tyle, ile w swej łaskawości pokazuje nam polska telewizja – „Wejście smoka”, „Wielki szef”, „Brudny Harry”, „Konwój” to moje najwyrazistsze wspomnienia telewizyjne z lat szczenięcych. Zanim obejrzałem te cudowne filmy, w telewizji ujrzałem i usłyszałem „Ucieczkę z tropiku” Marka Bilińskiego. Miałem wówczas jakieś 7-8 lat, a Marek Biliński stał się dla mnie filmowym guru, na skalę Spielberga, kimś, kto pokazał mi olśniewające sceny z filmów akcji, eksplozje, śmigłowce, rakiety, „kompiuterowe” efekty – magia, magia!

Ah, cóż to były za czasy. Człowiek miał wypieki na twarzy przeglądając „Bajtka” i grając u kolegi na Atari XL w River Raid, chodząc na paluszkach obok magnetofonu, aby przypadkiem nie przerwać wczytywania gry z kasety. Szczytem techniki były ruskie „jajeczka” i „ośmiorniczka” – człowiek emocjonował się byle pikselem, byle kawałkiem zachodniego filmu. Podejrzewam, że gdyby wówczas zawitał do mnie gość z przyszłości i pokazał mi na przykład „Terminatora 2” – pewnie bym nie wytrzymał i padł na zawał. No, i w takich to właśnie okolicznościach niewiedzy o wielkim świecie, kiedy to nawet czołówka „Sondy” robiła na mnie wielkiżenie, ujrzałem teledysk do „Ucieczki z tropiku”.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie nowoczesna muzyka (kawałek tak naprawdę nie zestarzał się do dziś), która w połączeniu z obrazem zabrała mnie do najprawdziwszej krainy marzeń. Nieważne, że teledysk to po średniej jakości misz-masz fragmentów filmów, że grafika komputerowa w nim zaprezentowana składała się z pikseli wielkości pięści, że Marek Biliński tylko udawał, manipulując przy mikserze muzycznym w studiu nagraniowym, że to on wysadza pojazdy, nakierowuje rakiety, że to on tym wszystkim zarządza. Dziś to wszystko wydaje się archaiczne i infantylne – wtedy to była MAGIA przez duże EM! Ale nieważna muzyka, nieważne wybuchy i inne atrakcje prezentowane w „Ucieczce z tropiku”. Prawdziwą perłą tego wszystkiego były fragmenty, na których dziesiątki radiowozów wpadały na siebie jeden po drugim. Nie miałem pojęcia z jakiego to filmu, co to w ogóle jest, siedziałem jak zaczarowany i patrzyłem na piętrzące się radiowozy, których ilość zdawała się nie mieć końca. Oddałbym wszystkie DVD i Blu-raye świata, aby jeszcze raz poczuć filmową magię choćby porównywalną do tych chwil, gdy zobaczyłem po raz pierwszy rozwalające się radiowozy – jak się po latach dowiedziałem, pochodzące z kultowej komedii muzycznej „Blues Brothers”.

Czy wy też macie podobne wspomnienia związane z tym teledyskiem?