publicystyka filmowa

WIĘCEJ NIŻ FILM, czyli telefon w kinie musi być włączony

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Holendrzy szykują nie lada pionierskie wydarzenie. Oto zbliża się premiera kinowa z obowiązkowo włączonymi… smartfonami! Dokładnie tak, a nie inaczej – do wrażeń akustyczno-wizualnych dokładany jest „drugi ekran” doświadczeń, tym razem w postaci aplikacji towarzyszącej seansowi klasycznego thrillera pod tytułem APP.

IRIS, bo tak nazywa się ta aplikacja, pomoże widzom przeżyć film lepiej, bardziej intensywnie – będzie to niejako drugi seans, obok właściwego, wypełniony tym, czego na ekranie kinowym nie będzie widać, a jest to potrzebne do… Czyżby zrozumienia? Bardzo ciekawa gra z widzem, przyznacie. I kolejne otwarte drzwi przed nowoczesną technologią, która ma mocno trzymać w garści nasze kinowe wrażenia.

Obejrzyjcie zwiastun:

appdefilm1

Przyzwyczailiśmy się bowiem do wszechobecnego 3D, które w wielu przypadkach sprawdza się znakomicie („Grawitacja”!), a w jeszcze większej ilości jest czymś całkowicie zbędnym („Wielki Gatsby”). Trójwymiar, mimo de facto technologicznej stagnacji, jest wciąż uważany za kurę znoszącą złote jajka: choć bilety są droższe, to jednak argument „portfela” widzowie mają za nic. Wieszczyć śmierć 3D można, ale wyniki kasowe produkcji przeczą kasandrycznym przepowiedniom. Właściciele IMAXów – to już kolejne nieziemskie doświadczenie kinowe, które uwielbiam – mogą potwierdzić rekordowe dochody.

Niektórzy skosztowali uciech 4D (tutaj o wrażeniach) – w Polsce istnieje jedyna sala kinowa sponsorowana przez pewien koncern samochodowy, a wrażenia docierające z jej wnętrza są niejednoznaczne. Czasami zachwyca, czasami nie zachwyca – wiatr wiejący z jakiejś dmuchawy pod fotelem prosto w twarz jednych podnieci, podskok fotela zaskoczy, ale tego typu empiryczne innowacje dotyczą tylko grupki filmów oferujących odpowiedni zestaw atrakcji. Podobnego typu rozrywkę, skupioną jednak na zmyśle powonienia, testowano już w latach 60., kiedy podczas seansu kryminału „Scent of Mystery” wypuszczano w publiczność zapach tego i owego (nazywało się to Smell-O-Vision). Pomysł się jednak nie sprawdził. W 1981 roku John Waters powrócił do idei, którą nazwano Odorama – widz filmu „Polyester” miał zdrapkę z dziesięcioma zapachami, które miał pocierać w odpowiednim momencie – od aromatu róż, przez benzynę, klej, aż do znoszonych butów i odświeżacza powietrza.

odorama

Ale też podchodząc do doświadczeń kinowych z innej strony – już teraz głębsze „wejście” w film jest możliwe dzięki oficjalnym stronom www,  które niejednokrotnie oferują coś więcej niż tylko informacje na temat. Wszyscy wykorzystują kanały społecznościowe, video; każdy producent czy dystrybutor stara się zaintrygować niestandardową reklamą, pomysłowym PR. Zeszłoroczne „Pacific Rim” oferowało wiele dobra swoim fanom (i to na wiele miesięcy przed premierą, więc trudno tu mówić o fanach w tradycyjnym znaczeniu tego słowa) – symulatory jaegerów, przegląd społecznej, politycznej i historycznej otoczki wojny ludzi z kaiju, quasi-naukowe dywagacje, nie mówiąc już o wielu viralach czy społecznościach zgromadzonych wokół projektu del Toro, które angażowano w przeróżne zadania, nęcono nowościami ze świata filmu. A podobne marketingowe myki stosowano przy okazji Batmanów Nolana, „Igrzysk śmierci”, „Człowieka ze stali”.

Praktycznie każda duża produkcja nie istnieje bez nowoczesnego marketingu, dostosowanego do nowoczesnych potrzeb i zgodnie z nowoczesnymi oczekiwaniami widzów. Wszystko to po to, aby zbudować coś więcej niż tylko trwający 2 godziny seans. Film – ten, który chce być widziany przez jak największą ilość widzów – to zjawisko żyjące poza tymczasowymi doznaniami na sali kinowej. Filmowi marketingowcy czerpią więc garściami z trendów, które dla nas, ludzi sieci, są oczywiste – pozwalają tworzyć zawartość, angażują bardziej, mocniej, wielopłaszczyznowo. Kreują wizerunek filmu zanim film każdy z nas zobaczy. Oczywiście ta sztuka nie jest niczym nowym, na tym zasadza się każda promocja, bez względu na rodzaj towaru czy usługę, niemniej intensywność kampanii reklamowych, ich zróżnicowanie, oryginalność i uspołecznienie działań przybrały w ostatnich latach na sile. W Polsce jeszcze tego tak nie doświadczamy – u nas szczytem marketingowego wyrafinowania jest wystawa fotografii z „Kamieni na szaniec”, które na początku marca ściągną setki tysięcy gimnazjalistów i licealistów do kin. Poza standardowymi billboardami, plakatami i pr-ową sieczką nic się u nas nie dzieje, promocja filmu nie wykracza poza szablon.

Jak to się robi w Ameryce?

Co będzie z seansami „mobilnymi”, smartfilmami? Prawdopodobnie przetarcie szlaków nie będzie tak efektowne, jakbyśmy mogli oczekiwać. Ja je postrzegam jako efektowne wejście do marketingowej rzeki, która od jakiegoś czasu płynie wartkim nurtem. Na razie stoimy na brzegu z zanurzonymi nogami do kostek. Sam pamiętam seans „Freddy nie żyje: koniec koszmaru” z oszałamiającym efektem 3D wyłaniających się z ekranu ostrzy – minęło 20 lat i niby efekt jest ten sam, ale technologia pozwala na zgoła odmienne doświadczenie, bardziej angażujące zmysły, intensyfikujące doznania przez cały czas trwania filmu. „Avatar” w tym względzie naprawdę wiele zmienił. I mam nadzieję, że „Hobbit” wiele zmieni w postrzeganiu 48fps, mimo braku sukcesów teraz  w popularyzacji tej technologii (jednak potencjał tkwi w niej ogromny).

Czy podobnie może z obrazami, które prowadzą z widzami swoistą grę? Dlaczego nie.  Początek będzie wyboisty, ale droga niezwykle ciekawa. Owszem, trochę na opak i wbrew konserwatywnym zapatrywaniom na tzw. oglądanie filmów, ja jednak na wszelkie doświadczenia jestem otwarty i nie mogę doczekać się wejścia do tej rzeki.

Wy wejdziecie równie chętnie?

app1

Ostatnio dodane