Zabrzmi to jak banał, ale trudno: filmy Dario Argento albo się kocha albo nienawidzi. Nie ma chyba drugiego reżysera, do którego ta formułka pasowałaby bardziej. Kicz, camp, orgia kolorów, obłędna muzyką i pretekstowa fabuła ? u Argento pojęcie wiarygodności po prostu nie funkcjonuje. Groteska łączy się tu z makabrą, a baśniowość z ostrym rockiem, co chwila pobrzmiewającym gdzieś w tle. Logika wydarzeń czasami działa, a czasami nie, aktorzy grają tak, jakby wszystkie swoje umiejętności zostawili w pokoju hotelowym. Ale w całym tym szaleństwie jest (a w każdym razie była) metoda. Argento jak nikt inny potrafił budować klimat, zaskakiwać nagłymi woltami, grać na emocjach. Odwoływał się przy tym do całej gamy sprawdzonych chwytów (można by z nich ułożyć małą encyklopedię), korzystał z dziedzictwa ekspresjonizmu niemieckiego, wkładał wydarzenia w nawias poetyki snu. Zresztą, żeby nie być gołosłownym, poniżej wklejam krótką scenkę z ?Suspirii?, która idealnie ilustruje, jak wygląda styl ?dawnego? Argento:



Pierwszy przełom w karierze włoskiego reżysera miał miejsce w 1983 roku, kiedy po nakręceniu ?Tenebrae? ogłosił, że porzuca ?ekspresjonistyczną manierę? filmowania na rzecz ?współczesnego realizmu?. Od tego momentu gra świateł w filmach Argento została mocno zredukowana, a mroczne, zacienione zakamarki zastąpiły jasne lokacje. Fani twórcy ?Głębokiej czerwieni? mają na temat tej zmiany różne opinie, ale moim zdaniem był to strzał w stopę ? bez onirycznej otoczki specyficzna gra aktorów wydaje się komiczna; brutalne mordy wyglądają kuriozalnie, kiedy pokazane zostają w pełnym świetle. W latach osiemdziesiątych Argento zdarzały się filmy lepsze (?Phenomena?, ?Opera?) i gorsze (wspomniana ?Tenebrae?), co i tak było niezłym bilansem, w porównaniu z ostatnimi dwoma dekadami.

Od czasu ?Opery? (1987) włoski mistrz grozy nie nakręcił bowiem żadnego w pełni satysfakcjonującego filmu. Razem z George’m A. Romero próbował zekranizować opowiadania Edgara Allana Poego (?Oczy szatana?), nakręcił kilka kiepskich horrorów, które nie trafiły nawet do dystrybucji kinowej (jak choćby ?Krwawy gracz?) i zrealizował własną, bardzo nieudolną wersję ?Upiora w operze?. Z tego okresu jedynie ?Czy lubisz Hitchcocka?? można uznać za film połowicznie udany i to tylko dlatego, że z założenia jest to pastisz gatunku. Reszta tytułów (poza wymienionymi też: ?Syndrom Stendhala?, ?Bezsenność? i ?Trauma?) irytowała fanów Argento i utwierdzała ich smutnym przeczuciu: mistrz się skończył.

Argento zapowiadał aż dwa wielkie powroty do dawnej formy. Pierwszym miała być ?Matka łez?, dopełnienie trylogii o Trzech Matkach (składają się na nią też ?Suspiria? i ?Inferno?); drugim: ?Giallo? z Adrienem Brody’m w roli głównej. Na oba czekałem z niecierpliwością. Niestety, ?Matka łez? okazała się być nieoglądalnym potworkiem, z którego pamięta się jedynie koszmarne efekty komputerowe i plastikowe cycki Moran Atias, a o ?Giallo? lepiej nie wspominać bez valium pod ręką. Kiedy więc Argento ogłosił, że bierze się za trójwymiarową ekranizację ?Draculi?, wszyscy mieli najgorsze przeczucia. Jak się okazuje, zupełnie słusznie:

Pierwszy zwiastun, zmontowany nie tyle dla publiczności, co dla dystrybutorów, w celu zachęcenia ich do kupienia filmu (serio?), prowokuje masę pytań. Po pierwsze, dlaczego Dracula obrywa ludziom głowy jednym machnięciem ręki? Po drugie, dlaczego ktoś upublicznił materiał, który nie dość, że jest niedokończony, to jeszcze zdradza kluczowe elementy fabuły? I po trzecie, prawdopodobnie najważniejsze ? CO, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY, W EKRANIZACJI ?DRACULI? ROBI GIGANTYCZNA MODLISZKA?! Gdyby był to film jakiegoś nieudolnego debiutanta, pewnie śmiałbym się i zapamiętał, żeby obejrzeć go sobie na poprawę humoru. Ale kiedy widzę nazwisko reżysera ?Suspirii? w czołówce, jakoś nie jest mi do śmiechu.

Natomiast wszystkim spragnionym porządnego współczesnego giallo serdecznie polecam ?Amer? – hołd dla gatunku, zrealizowany według starych zasad stylistycznych, znakomicie rozegrany i inteligentnie nakręcony. U nas nie pojawił się ani w kinach, ani na DVD, ale za granicą zebrał sporo pozytywnych opinii i naprawdę warto się nim zainteresować. Tym bardziej, że to jedyne udane giallo od jakichś dwudziestu lat.