W stronę zachodzącego słońca

Vera Cruz

Legendy kina, dama i skrzynia złota.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Robert Aldrich to przede wszystkim niezapomniana Parszywa dwunastka i oscarowe Co się zdarzyło Baby Jane? A także Śmiertelny pocałunek, oryginalne wersje Lotu Feniksa i Najdłuższego jardu, thriller Ostatni promień brzasku i komediowe spojrzenie na Dziki Zachód w postaci Frisco Kida z Harrisonem Fordem. Tymczasem w filmografii reżysera znajdziemy też kilka pełnoprawnych westernów, a wśród nich ten najważniejszy (i zarazem najbardziej lubiany przez samego twórcę), który nigdy nie był kinem wybitnym, a mimo to na zawsze zmienił oblicze dziesiątej muzy, po czym… przepadł w zalewie innych, często znacznie lepszych reprezentantów gatunku o strzelających się hodowcach bydła.

vera cruz_poster

Samo Vera Cruz, oryginalnie pisane razem, to zarówno stan, jak i jeden z głównych portów meksykańskich (znany początkowo jako La Villa Rica de la Vera Cruz). Miejsce, które – o czym informuje nas już plansza otwierająca film Aldricha – odegrało znaczącą rolę w historii Stanów Zjednoczonych, z których do dawnej krainy Azteków masowo ściągali różnoracy maruderzy i kombatanci wojny secesyjnej w poszukiwaniu zarobku. Zatrudniani następnie przez tamtejsze władze jako najemnicy, byli wykorzystywani zarówno podczas interwencji francuskiej, jak i później w meksykańskiej rewolucji.

Rzecz jasna fakty są przez twórców tego widowiska traktowane wybiórczo. Dość powiedzieć, że arcyksiążę Maximilian – którego biografię Aldrich planował i tak nakręcić, ale mu nie wyszło – pojawia się na ekranie jako starszy jegomość, choć w rzeczywistości został stracony, będąc ledwie po trzydziestce. Prawdziwe wydarzenia stanowią jedynie punkt wyjścia do spotkania dwóch, jakże różnych od siebie bohaterów – przebojowego rzezimieszka i zabójcę o twarzy wiecznie szczerzącego się Burta Lancastera oraz byłego żołnierza o posągowej, cierpliwej facjacie istnego weterana gatunku, Gary’ego Coopera.

Wpadają na siebie przypadkiem, a na skutek jeszcze większego zrządzenia losu zmuszeni są ze sobą współpracować – jako eskorta hrabiny Marie Duvarre (rzadko obecna na wielkim ekranie Denise Darcel) otrzymują sowite wynagrodzenie i… stają się wrogami hordy bojowników o wolność. Bardzo szybko okaże się, że planowana wyprawa do tytułowego miasta to gra o znacznie większą stawkę, niż początkowo się wydawało. Rozgrywka, z której przypuszczalnie nie ujdą z życiem, o ile nie opowiedzą się po którejś ze stron i nie odkryją wszystkich kart, tak szczelnie przed nimi ukrytych.

vera cruz5

Każdy ma tutaj swoje priorytety, wszyscy kłamią dla większego zysku bądź zawierają kruche sojusze mające na celu przechytrzyć wcześniejsze układy.

Jednocześnie każdy pozostaje szczery wobec siebie, a dwaj główni bohaterowie – do niedawna wrogowie – nie kryją specjalnie swoich zamiarów przed towarzyszem niedoli. A to, koniec końców, będzie musiało doprowadzić do konfliktu charakterów i sięgnięcia po broń w wiszącym w powietrzu już od pierwszej sceny pojedynku – zwłaszcza kiedy główną stawką są nie tylko majaczące na horyzoncie serca niewiast (do wyboru, do koloru), ale i złoto o wartości trzech milionów dolarów (czyli w sumie tyle, ile wynosił budżet całego przedsięwzięcia)…

Tu wypada uciąć, bo choć fabuła nie stoi twistami, a mający na karku już ponad sześćdziesiąt wiosen film nikogo dziś raczej nie zaskoczy, to jednak scenariusz Rolanda Kibbee’a, Jamesa R. Webba i Bordena Chase’a serwuje parę niespodzianek, zgrabnie manewruje wątkami, nie robiąc przy tym z widza idioty. Pierwotnie skrypt był co prawda pisany z myślą o Johnie Wayne, ale ostatecznie rola przypadła w udziale innej legendzie prerii – Cooperowi. Będący wtedy po pięćdziesiątce aktor przyjął ją głównie z uwagi na czek, z miejsca krytykując poszczególne elementy historii i zwłaszcza wszystko to, co dotyczy jego bohatera – byłego konfederata, który na życzenie gwiazdy stał się wzorem cnót wszelakich i tym samym idealną przeciwwagą dla okrytego czernią, cwaniakującego Lancastera, który zresztą film współprodukował.

Opłaciło mu się to, bo trwające zaledwie półtorej godziny, nakręcone w całości w Meksyku widowisko zebrało w kinowych kasach zgrabne jedenaście milionów zielonych. Co jednak ważniejsze, pomimo wybielenia postaci Coopera, dwuznaczność bohaterów Vera Cruz i w sumie cała igrająca z historią intryga zdobyły znaczącą popularność w słonecznej Italii, bezpośrednio wpływając na tamtejszych reżyserów, z Sergio Leone na czele. Z czasem film dorobił się więc nieco przewrotnego przydomku „pierwszego spaghetti westernu”.

vera cruz2

Acz przecież nie da się ukryć, że w wielu aspektach to wciąż typowo hollywoodzka, epicka produkcja, w kadrach której przewija się wiele charakterystycznych twarzy dużego i małego ekranu.

W bandzie Joe’ego dostrzec można m.in. zezowatego Jacka Elama, Ernesta Borgnine’a i grającego na harmonijce Charlesa Bronsona, który wtedy jeszcze podpisywał się swoim prawdziwym nazwiskiem. Ważną rolę drugiego planu zalicza też Cesar Romero, czyli pierwsze wcielenie Jokera z telewizyjnych przygód Batmana; a płeć piękną reprezentuje jeszcze ponętna i podstępna Sara Montiel (z którą wiecznie łykający leki, ostatecznie ranny na planie filmu Cooper ponoć nie cierpiał pracować, twierdząc, że się nie myje i brzydko pachnie). Karierom wszystkich tych osób Vera Cruz z pewnością nie zaszkodziło, a w dorobku niektórych pozostaje z pewnością najjaśniejszym punktem.

Również sposób realizacji filmu był w pewnym sensie pionierski. Relatywnie szybki montaż na pewno nie może się równać ze współczesnymi cięciami à la Jason Bourne, lecz w latach pięćdziesiątych, na długo przed wejściem na salony Sama Peckinpaha, był niezaprzeczalnym novum. Nieco gorzej prezentują się pod tym względem zdjęcia. Odpowiadał za nie co prawda słynny Ernest Laszlo, ale ekipa kręciła na eksperymentalnej taśmie SuperScope, którą złośliwi nazywali CinemaScope dla biednych. Był to pierwszy tytuł, który powstał w tym procesie, mającym na celu tanim sposobem wyciągnąć ze standardowych negatywów 35 mm pełną panoramę. Efektem takiego zabiegu był mocno ziarnisty, sprawiający wrażenie nie do końca ostrego obraz i nieco wyblakłe kolory. Nie był to zatem super format, choć bezpośrednio przyczynił się do powstania powszechnie cenionego przez filmowców Super 35.

vera cruz4

Gdy jednak odstawić wszelkie nowinki techniczne, historyczny kontekst i całą litanię nazwisk na bok, dzieło Aldricha potrafi bez problemu się obronić.

Ładne panie, egzotyczne plenery, walka nie tylko o złoto, ale wolność i sprawiedliwość, kilka świetnych dialogów, parę autentycznie zabawnych momentów, odpowiednio trzymająca w napięciu akcja, przepych inscenizacyjny tam, gdzie trzeba; w końcu także trafnie spajająca całość ballada przewodnia, której wtórują niezawodne (i nigdy na dobrą sprawę nie wydane) nuty Hugo Friedhofera – innej zapomnianej dziś tuzy amerykańskiego przemysłu filmowego.

Przede wszystkim działa jednak zestawienie ze sobą ponurego i emanującego spokojem Coopera z charyzmatycznym, nie potrafiącym usiedzieć na miejscu Lancasterem. To właśnie ta dwójka „robi” ten film, wynosi go na wyższy poziom i sprawia, że jest to z pewnością godna zobaczenia pozycja – dla fanów westernów wręcz obowiązkowa i plasująca się pośród tych lepszych dokonań gatunku. Produkcja ta często leci zresztą w telewizji, mimo że nigdy nie doczekała się statusu kultowej ani też nie cieszyła się przesadną estymą. Nadal pozostaje jednak solidną porcją rozrywki, wartej przynajmniej kilkaset peso.

korekta: Kornelia Farynowska

vera cruz

Ostatnio dodane