W stronę zachodzącego słońca

W STRONĘ ZACHODZĄCEGO SŁOŃCA – Miasto bezprawia

Rzecz o tym, jak Wyatt został Earpem.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

To miała być kolejna odsłona Czarno na białym – nie pierwsza i nie ostatnia, która dotykałaby danego gatunku. Gatunku, który już nieraz gościł na łamach film.org, ale też jest na tyle rozległy, że chyba warto poświęcić mu osobną serię tekstów – bez powtarzania czegoś, co już kiedyś w takiej lub innej formie napisali koledzy. A od kogo najlepiej zacząć, jak nie od samego ojca chrzestnego amerykańskiego Dzikiego Zachodu, Johna Forda? Nowy cykl tematyczny inauguruje więc jego wersja losów Wyatta Earpa z 1946 roku, znana też pod o wiele bardziej charakterystycznym tytułem – My Darling Clementine.

My Darling Clementine1

Oh My Darling, Clementine – to pełna nazwa jednej z najpopularniejszych piosenek tamtejszego folkloru końca XIX wieku. Oczywiście pojawia się ona również w filmie Forda (reżyser użył jej także wcześniej w Gronach gniewu), stanowiąc zarówno dla fabuły, jak i muzyki Cyrila Mockridge’a motyw wiodący. A więc tak – poniekąd Miasto bezprawia można odbierać jako film o miłości, w dodatku często tej niespełnionej, tragicznej, nie mającej przyszłości.

Kochają tu bowiem wszyscy i każdy przeżywa rozczarowanie. Mieszkańcy uwielbiają swoje pełne anarchii miasteczko, do którego przekonuje się także przybyły z prerii Earp (Henry Fonda) i jego bracia (Tim Holt i Ward Bond). Kocha też Doc Holliday (świetny Victor Mature), i to podwójnie, gdyż jego serce pała uczuciem zarówno do Chihuahua (wbrew pozorom nie pies, a rozwiązła kobieta o twarzy Lindy Darnell), jak i do aktorstwa, którym przypuszczalnie parałby się, gdyby nie istnienie ciekawszych zajęć dla jednego z najszybszych rewolwerowców i lekarzy (sic!) swoich czasów. Miłość, acz innego sortu, daje się odczuć również u antagonistów – w rodzinie Clantonów, którym przewodzi znany doskonale z późniejszego Rio Bravo Walter Brennan. Sam Earp również poznaje, co to sympatia do płci przeciwnej – tytułowej Klementyny Carter (Cathy Downs) – choć nie da się ukryć, że najbardziej ceni sobie wolność. Właściwie jedynym, który nie zaznał podobnych emocji, jest lokalny barman (Jack Curtis), co wiąże się zresztą z jednym z najlepszych gagów filmu.

Tak, tak – jakby mało było tych wszystkich miłostek, My Darling Clementine jest utrzymane również w mocno komediowym tonie.

Ford nigdy nie przekracza tu pewnej granicy przesady, niemniej jego western to bardzo lekka opowieść, pełna zabawnych detali, z których jeden – nudzący się na werandzie Earp – stał się wizytówką całej produkcji. Daleko jej przy tym do historycznego autentyzmu, co z dzisiejszego punktu widzenia może trochę dziwić, a nawet irytować. Biorąc pod uwagę fakt, że reżyser poznał w przeszłości osobiście ikoniczną postać Dzikiego Zachodu, a sam film był pierwszą tak dużą próbą zmierzenia się z autentycznymi wydarzeniami (przepuszczonymi wszak przez książki Stuarta N. Lake’a), to, co dzieje się czasami na ekranie, może srodze rozczarować współczesnego widza.

My Darling Clementine2

Ford świadomie obrał jednak formę romantycznej przypowieści, w której słynny pojedynek w Corralu O.K. to jedynie konieczne zwieńczenie budowanych stopniowo relacji między postaciami. Zwieńczenie w dodatku osadzone z czysto estetycznych przyczyn w kompletnie błędnej lokacji (Utah zamiast Arizony), mocno rozciągnięte w czasie, dziwnie nietypowe, jak na western wręcz zbyt spokojne. No i odrobinę absurdalne, gdy przepuścić je przez pryzmat kanonicznej strzelaniny z późniejszego o kilka dekad Tombstone George’a P. Cosmatosa. Jeśli zatem ktoś jest wyczulony na podobne elementy, a oldskulowe, czarno-białe (nie tylko pod względem technicznym) filmy spod znaku rewolweru, konia i Stetsona (tutaj w dodatku wyjątkowo wysokiego) budzą u niego uśmiech politowania, ten może sobie seans Miasta bezprawia spokojnie odpuścić, gdyż raczej spotęguje on tylko tę awersję.

Za mało bowiem w tej produkcji bezprawia, a za dużo fragmentów życia codziennego rzeczonego miasteczka (a nawet mieściny, bo to zaledwie parę budynków na krzyż, acz zbudowanych od podstaw). W 80% to sympatyczna obyczajówka, która akurat dzieje się pośród hodowców bydła i typów spod ciemnej, lecz nie najciemniejszej gwiazdy. Przemoc schodzi zatem na drugi plan i jest dla licznie zaludniających okolicę dżentelmenów rozwiązaniem ostatecznym, aczkolwiek pozostaje nieodłącznym elementem osadniczej niedoli. A tej właśnie Earp do spółki z braćmi i Hollidayem się przeciwstawiają – choć każdy na swój sposób i na swoich zasadach, co dla tego ostatniego kończy się tragicznie na długo przed tym, zanim zdoła zwyciężyć nad nim choroba. Znamienne zresztą, że w filmie Forda osobowości te dopiero się poznają, podczas gdy w rzeczywistości byli dobrymi przyjaciółmi na długo przed tym, nim Earp w ogóle osiadł w Tombstone, którego w dodatku nigdy szeryfem nie był. Podobne nieścisłości można mnożyć i mnożyć…

Nawet pomimo ich obecności film Forda potrafi się jednak obronić.

Głównie świetnym aktorstwem (zwłaszcza Fondy i natchnionego Mature’a – kij z tym, że mało hollidayowatego, wiecznie zasępionego), sprawną reżyserią, odpowiednio budowaną dramaturgią i przyjemnym klimatem jako takim. Scenariusz również nie jest zły i nawet mimo pewnej infantylności dialogów potrafi zaserwować prawdziwe perełki. A i zdjęcia Josepha MacDonalda jak najbardziej mogą się podobać. To w dodatku jeden z nielicznych przykładów westernu, którego aury nie zabija format 4:3 (względnie 1.37:1) i brak kolorów. Pewne szekspirowskie zacięcie oraz poetyckość fabuły pozwalającej spokojnie kontemplować atmosferę pocztówkowych kadrów Monument Valley również służą widzowi, nawet jeśli ten będzie potrzebował czasu, aby się do takiego sposobu narracji przekonać.

My Darling Clementine3

Forda nie można zresztą winić za taki stan rzeczy. A może raczej samego Earpa, który za młodu wcale nie był takim herosem, na jakiego wykreowało go Hollywood. Przeciwnie – miał na swoim koncie etapy bycia hazardzistą, koniokradem, a nawet… alfonsem. Gdy więc zawitał do Fabryki Snów pod koniec życia, zaczął wybielać swój wizerunek, między innymi za pomocą opowiadanych, także Fordowi, półprawdziwych historyjek, które ten następnie przekładał z sukcesem na język kina. I trudno mu się dziwić, że nie podjął się demitologizacji legendy. Inna sprawa, że powstały kilka lat wcześniej, oparty o ten sam materiał literacki, tańszy Szeryf z pogranicza radzi sobie z niektórymi jej wątkami nieco sprawniej i lepiej.

Tymczasem Miasto bezprawia, pierwszy film zarówno Forda, jak i Fondy po powrocie z frontu II wojny światowej, mimo olbrzymich jak na te czasy kosztów produkcji (blisko dwa miliony dolarów!), okazał się jako takim sukcesem komercyjnym i, co chyba ważniejsze, kanonem gatunku. Wymieniany wśród 1001 filmów, które musisz obejrzeć przed śmiercią, przekształcony w słuchowisko radiowe Lux Radio Theatre oraz wpisany na listę filmów budujących dziedzictwo kulturalne USA produkt miał jednak pod górkę i budowanie jego obecnego wizerunku nie obeszło się bez potu, łez i krwi – tej celuloidowej oczywiście. Producenci byli bowiem mocno niezadowoleni z ostatecznego kształtu filmu. Darryl F. Zanuck powiedział nawet reżyserowi wprost, że dopóki on sam nie będzie ukontentowany gotowym dziełem, to tym bardziej nie każe za nie płacić publiczności. Nożyczki poszły zatem w ruch, a efektem ich pracy okazały się dwie obecnie dostępne wersje filmu.

Pierwsza – tak zwana przedpremierowa – trwa 103 minuty i jest tą najpełniejszą. Ma inną ścieżkę dźwiękową i materiał, którego nie znajdziemy na podstawowej edycji, liczącej sobie minut zaledwie 97. Różnica niewielka, rewolucji w odbiorze filmu nie wywołująca, lecz z pewnością zauważalna, nie wynikająca jedynie z widzimisię twórców. Dość napisać, że wizja reżysera była przesiąknięta nieco większą goryczą, co najlepiej widać chyba w ujęciu wieńczącym całość. Na potrzeby pokrzepienia serc odbiorców – łaknących przecież wtedy happy endów jak nigdy – producenci wymusili wręcz pożegnalny pocałunek, kompletnie nieprzystający do reszty.

My Darling Clementine4

Nie ulega wątpliwości, że wiek My Darling Clementine nie służy.

To film, który może nie tyle się zestarzał, ile po prostu nieco rozminął z powołaniem, a co wychodzi na wierzch w pełni dopiero w zupełnie innej epoce. Co by nie pisać, westerny żyją wszak nie tyle pojedynkami w samo południe, ile panoramami bezkresnych przestrzeni, specyfiką miejsca, czasu oraz bohaterów. Tymczasem osadzone głównie w ciasnych wnętrzach, pierwsze tego typu dzieło Forda od czasów nieśmiertelnego Dyliżansu, choć samo w sobie stanowi solidny kawałek kina, można by spokojnie przenieść w czasie i przestrzeni i nic by się w nim specjalnie nie zmieniło. Zwłaszcza Earp, na którego życiu przecież całość osadzono, jest tu wyjątkowo biernym i na dobrą sprawę zbędnym dla opowieści bohaterem, którego reputację musimy brać na słowo honoru. I chyba tak właśnie należy podchodzić do Miasta bezprawia – z przymrużonym okiem i bez większych oczekiwań. Wtedy będzie się podobał. W innym wypadku pozostanie zaledwie sympatycznym reliktem przeszłości.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane