VHS

VHS Ślepa Furia

Autor: Radosław Buczkowski
opublikowano

Gdyby przeprowadzić plebiscyt na najbardziej popularnego aktora ery VHS, to jestem pewien, ze Rutger Hauer zająłby wysokie miejsce, bardzo wysokie. Holender, mimo genialnego startu w USA (wiadomo!), nie miał na tyle szczęścia, by zrobić karierę, która mu się należała. Chłop nic sobie z tego jednak nie robił i choć nie królował na hollywoodzkich salonach, to zdecydowanie brylował na dyskotece zwanej VHS. Z pamięci: The Hitcher, Wedlock, Split Second, Past Midnight, Wanted: Dead or Alive, Surviving the Game, The Salute of Jugger czy też Arctic Blue. 

Tak, Hauer to prawdziwa legenda. Nie licząc genialnego “Autostopowicza” i kwintesencji 80’s pod postacią “Split Second”, moim ulubionym filmem tego permanentnie uśmiechniętego pana na zawsze pozostanie “Blind Fury”.         

Motyw wyjściowy oczywiście zaciągnięty z legendarnej serii filmowej “Zatoichi”, elegancko przerobiony na jankeską modłę. Wojna w Wietnamie, zraniony podczas akcji żołnierz traci wzrok, znajdują go wietnamscy wieśniacy i pomagają wpierw w leczeniu ran, a następnie w treningu – pięknie nakręcony wstępniak. Bach, przeskok o dwadzieścia lat, Floryda – Hauer, chcąc odwiedzić starego kumpla, wbija się w sam środek próby porwania, morderstwa i sporego przekrętu narkotykowego. Wszystko to podlane dramatem rodzinnym najwyższej próby (ok, jaja sobie robie – dramat jak w Dynastii na spidzie) oraz porcją kilku solidnych scen z użyciem miecza (tu jak najbardziej poważnie) – słowem, półtorej godziny rozrywki na dobrym, VHS-owym poziomie. Film, mimo niezłego drugiego planu (Terry O’Quinn, Nick Cassavetes) to oczywiście teatr jednego aktora. Rutger jak zwykle daje czadu, a rzucający ironiczne teksty, niewidomy mistrz miecza w jego wykonaniu to małe mistrzostwo świata. Wspomniałem o pojedynkach, no właśnie, te stoją na cholernie dobrym poziomie, jest szybko (jak na jankeskie warunki), ostro i bez szczypania się z przeciwnikiem – kto fika Rutgerowi, tego spotyka kuku, inaczej być nie może.

Hauer posługuje się mieczem naprawdę sprawnie, a co najważniejsze, nie widać, że to po prostu aktor, który przez tydzień przygotowywał się do filmu i podczas scen akcji odbębnia choreografię, licząc pod nosem kolejność ruchów. Na deser dostajemy finałowy pojedynek na miecze z nikim innym, jak tylko prawdziwą legendą amerykańskich ninja-skradanek, „masterem” Sho Kosugi. Chyba każdy weteran tej epoki widział przynajmniej jeden epizod z nieoficjalnej trylogii „Ninja” z jego udziałem. Koleś nie tylko tu zagrał, ale także przygotował choreografię walk w całym filmie, zresztą całkiem smakowitą .

 

A zatem Rutger tnie mieczem, raz po raz zarzuci dobrym tekstem i ogólnie jest skocznie, radośnie i z przytupem. Jako że to kolorowe lata 80., to pewne niepisane zasady muszą być przestrzegane. Nie może więc się obyć bez klasycznego „montażu” (całkiem niezły i klimatyczny), ostrej nawalanki z finałowym bossem i jego świtą – jeśli jest on “przy kasie”, to obowiązkowo w jego willi-fortecy obleganej zastępem bezimiennych ochroniarzy i najemników, oraz przynajmniej jednej sceny z jakimiś przypadkowymi lub mniej przypadkowymi redneckami.

No właśnie, w praktycznie w każdym filmie tej epoki, gdy akcja wykracza poza obrzeża Nowego Jorku, Chicago, Los Angeles (tu w zasadzie kończą się amerykańskie miasta), to zawsze pojawiają się jakieś zakapiory, powiatowi najemnicy (najczęściej zaprawieni w boju w samym Wiet-Fakin-Namie, oł jeee), którzy za paczkę Lucky Strike’ów i butelkę chrzczonego bourbona są gotowi dać się zabić. Oczywiście zawsze w galowym mundurze: dżinsy, flanela, głowa chroniona bejsbolówką, ewentualnie gustownym kapelundkiem. Zastanawia mnie, skąd oni się biorą, zawsze jacyś wieśniacy spod baru, sączący 0.5% budweisery, muszą wyskoczyć na spotkanie przeznaczeniu i na własne życzenie uszkodzić sobie organy wewnętrzne ostrym mordobiciem. Gdyby zajechać do jakiejś popegeerowskiej wsi i zapytać kilku eks-traktorzystów, weteranów bezlitosnej orki na ugorze (Brygada URSUS 1614 coroczne tury w delcie Graboszewa w latach 1977-1989), czy nie daliby się wynająć do jakiegoś mordobicia, to najprędzej usłyszelibyśmy, że w krzyżu strzela, stara trzyma klucze od poloneza, Tusk to bandyta i jego pytać, a tak w ogóle, to nie mają czasu na głupoty, bo kończą browara i idą oglądać Plebanię.

 

Olśniło mnie, już wiem, dlaczego nie kręci się w naszym kraju filmów akcji – nie ma skąd brać filmowego mięcha armatniego. Podobnie jak z naszymi sportowcami, znów zawodzi psychika. Na szczęście w USA to nie problem, ludzie mają ostro wykręcone, więc jest komu iść pod nóż ku uciesze gawiedzi. Nie inaczej jest i tutaj, więc trup ściele się gęsto i niejeden redneck nie wróci już nigdy do swojej Mary-Lou. Dobra, starczy tego zachwalania – już wiecie, z jaką bajką macie do czynienia. Prawdziwy klasyk – kupować, przegrywać, wypożyczać!

 

 W NASTĘPNYM ODCINKU…

 

Ostatnio dodane