VHS Road House | FILM.ORG.PL

VHS Road House

"Wykidajło" (polski oficjalny tytuł) to przepełniona mickiewiczowskim romantyzmem, artystyczna opowieść o sile, honorze i miłości - wspaniała próba przybliżenia zwykłym śmiertelnikom profesji „rasowego napierdzielacza”








Radosław Buczkowski
13.12.2012


  d278d320

Pamiętam to jak dziś: Kołobrzeg, lato 1991, bar przy plaży „Wrzos”. A tam on, rzeźnik z zawodu, wikidajło z wyboru, niejaki Iran – nikt nie znał jego prawdziwego imienia, tylko przydomek zdobyty dzięki kontraktom przy budowaniu dróg gdzieś na bliskim wschodzie. Człowiek-maszyna z dłońmi wielkości drzwi od Poloneza, który według legendy, pracując w rzeźni, ogłuszał byki przy użyciu prawego prostego. Sam bar to niezła mordownia słynąca z ciepłego piwa, nieświeżej flądry i wyżej wspomnianego Irana, który piastował w tym miejscu stanowisko „szefa ochrony” – a chronić było co, bo w ciągu dnia interes nakręcali plażowicze z rodzinami, nocą natomiast odbywały się tutaj ostre potańcówki z przebojami wczesnego Disco-Polo, zalewane hektolitrami Żytniej oraz podgrzewane do czerwoności, odwieczną przyjaźnią polsko-niemiecką.

Nasi zachodni sąsiedzi, mimo że uzbrojeni byli tylko w Marki i lekkie czołgi typu BMW, traktowani byli z dystansem oraz sporą dozą nieufności i, jak łatwo się domyślić, miejscowi często szukali okazji, by zarzucić na warsztat inscenizację bitwy pod Grundwaldem. Irana widziałem w akcji tylko raz, ale był to widok, który będzie ze mną do końca mych dni: parking przy plaży, masa gapiów, a na dachu naszego Fiata 126p roztańczony ochroniarz – przeciwko niemu, pięciu starszych kaprali Wehrmachtu, w kreszowych mundurach z trzema lampasami na nogawkach. Ojcu ze strachu prawie się odkleił wąs, mama zemdlała, a ja po raz pierwszy na żywo zobaczyłem to, co już od ponad dwóch lat widziałem codziennie na VHS – czyli ostre mordobicie w starym, dobrym stylu. Co tu dużo mówić, Iran z „Rotą” na ustach, wciągnął przeciwników jak paczkę toffi – to była pełna anihilacja. Zanim biedacy zorientowali się o co chodzi, koleś powyrywał im głowy wraz z kręgosłupami. W momencie, gdy facet praktycznie zamiatał po egzekucji (inaczej tego się nie da nazwać), ktoś w tłumie rzucił hasłem: „Jak Bartek Słejzi w przydrożnym barze” – nie miałem pojęcia o co chodzi, ale miał za to mój ojciec, który po powrocie z wakacji podkleił wąsa i szybko udał się do pobliskiej wypożyczalni kaset wideo.

Tytułem, z którym powrócił był „Road House”. „Wykidajło” (polski oficjalny tytuł) to przepełniona mickiewiczowskim romantyzmem, artystyczna opowieść o sile, honorze i miłości – wspaniała próba przybliżenia zwykłym śmiertelnikom profesji „rasowego napierdzielacza”, a dla mnie osobista lekcja, że nie wolno oceniać książki po okładce. Kto wie, może Iran nie był ubijającą woły, bezmyślną maszyną do zabijania, ale pełnym zwykłych, ludzkich lęków, poetą-bardem-wojownikiem, który, niczym Słejzak, w filmie szuka swego miejsca w świecie. 

Zadziwiające, że czasem tak prosty film może nas tak wiele nauczyć. Historia stara jak świat: trzeba komuś spuścić ostre manto, a w zasadzie przypilnować, by manto dostali ci, którym się to należy. Sprawa jest prosta, Dalton to najlepszy wikidajło w branży, więc gdy właściciel podrzędnej speluny postanawia wyprowadzić swoją inwestycję na prostą, zgłasza się oczywiście do niego z prośbą o pomoc. Słejzak propozycję przyjmuje, przeprowadza małą rewolucję w knajpie, podpada kilku osobom (wraz z trzęsącym całym miastem gangsta-dziadygą), rozkochuje w sobie okoliczne niewiasty z mega gorącą panią doktor na czele, oraz daje pokazy bliżej nieokreślonych sztuk walki (Sła-jitsu?)

„Road House” może i jest przykładem filmu skrojonego pod sezon oscarowy, ale niech was nie zwiedzie mój opis odnoszący się do artystycznego ducha tej produkcji, bo sam rdzeń opowieści to prawdziwie męskie kino, gdzie mordobicia jest od groma, pada kilka trupów, a jędrny cyc ściele się gęsto. Tutaj się zatrzymam na dłużej, bo trzeba przyznać, że dla młodego chłopaka, który na biologii opanował co dopiero jak rozróżniać gady od ssaków, seanse „Przydrożnego Baru” były wspaniałą lekcją kobiecej anatomii. Za to wszystko muszę podziękować scenarzystom, reżyserowi oraz cudownej Julie Michaels. W filmie są dwie bohaterki, na które warto zwrócić uwagę: opalona, długonoga pani doktor oraz zapatrzona w Słejzaka i zachowująca się przy nim jak poczciwy dachowiec po kocimiętce, rednecka piękność. Lasia może i nie grzeszy intelektem i ma włosy tak utlenione, że jej głowa mogłaby służyć jako procesor atmosferyczny przy kolonizacji Marsa,  ale ma dziewczę za to uroczą buźke, boskie ciało i robi w pełni profesjonalny striptiz na zawołanie.

Może ja się nie znam, ale strzelam w ciemno, że większość facetów oglądających ten film, bardziej niż IQ interesował rozmiar jej stanika – świnie! Swoją drogą, to właśnie tą panią Swazye miał na myśli gdy śpiewał „She’s Like the Wind”, bo patrząc na to co się dzieje w filmie, ta dziewczyna wszystko przeleci.

Dla bardziej „wymagających” widzów jest cudowna Kelly Lynch, a dla płci pięknej prężacy mięśnie, nasmarowany olejem rzepakowym Patrick S. i jak zwykle genialny Sam Elliot. Nie ma – powtórzę – NIE MA na tym świecie aktora, który jest bardziej jankeski, bardziej wyluzowany i bardziej cool (choć nie znosze tego słowa, to tutaj inaczej się nie da) niż Sam Elliott – ten facet to urodzony kowboj! Sam nie wiem, czy to maniera, z jaką gra, to jak się porusza w swoich filmach, czy ten, gardłowy, zachrypnięty głos (ten sam, który osiąga się paląc dwie paczki Lucky Strike’ów dziennie, zapijając je kwasem z akumulatora), ale Sam spokojnie mógłby zostać ojcem moich dzieci.

Zrobiło się odrobine tęczowo, ale wiąże się to z samym filmem. Pewna legenda głosi, że ta produkcja jest przepełniona homoerotyzmem do tego stopnia, że może zawstydzić „TopGun”. Powiem tak: rzeczywiście miejscami da się wyczuć słodki zapach gejowszczyzny, zwłaszcza w scenach z jednym z zakapiorów, z którymi walczy Dalton. Koleś bezustannie rzuca Słejzakowi klasyczny „gay look”, a podczas walki mówi mu nawet, że w więzieniu cyt: „pieprzyłem takich kolesi ja ty”, jednak sposób, w jaki kończy swoją ekranową przygodę, wyraźnie wskazuje, że tej produkcji na paradę równości miejsca brak.

Film po latach ogląda się z nie mniejszą przyjemnością niż dwadzieścia lat temu. Naprawdę kawał dobrego, durnego, amerykańskiego rzemiosła. Dla mnie to obraz uderzający w struny pełnej nostalgii i wspaniałych wspomnień z dzieciństwa, kiedy to tak łatwo zacierała się granica pomiędzy filmową fikcją a rzeczywistością. Oglądając „Wykidajłę” znów czułem się jak dzieciak na parkingu obserwujący rozbestwionego Irana – wspaniały film, wspaniałe wspomnienia.

A w następnym odcinku…







  • JD

    Świetny, przezabawny tekst! Młody Słejzi w akcji, niezłe na seans przed/po/w trakcie grillowania na balkonie:)

    Czekam na Cyborga….

    • Scarlet Pumpernickel

      Dzieki, Cyborg juz na wysokosci wtorku

  • tomashec

    Bucho osiąga tu górne rejony swego wysublimowanego humoru. Pierwsza klasa, drugi wagon! :D

    • Scarlet Pumpernickel

      Iran!!! :)

  • Zdarzyło mi się być „ochroną” imprez, cóż – życiowy tekst pada w tym filmie „be nice” . Świetny tekst, pewne filmy się nie zestarzeją. Czekam na Cyborga.

  • MG

    Takie teksty czyta się z olbrzymią przyjemnością!!!!!!!!!!!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Żądze i pieniądze

Następny tekst

Woody Allen i jego filmy cz. 2 (1972-1975)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE