VHS: Outland - Odległy ląd | FILM.ORG.PL

VHS: Outland








Radosław Buczkowski
13.03.2014


Outland VHS

 

Los Angeles rok 2014….

Patrząc z perspektywy dziecka lat 80. coś jest tutaj bardzo nie tak. Jeszcze wczoraj nowe tysiąclecie jawiło się jako odległa przyszłość, a wizja milenijnej pluskwy spędzała sen z powiek tylko co większym paranoikom, a tu wham bam thank you ma’am (a gdzie buzi?) i zbliża nam się wiosna 2014! Na samą myśl, że już za rok pojawią się na rynku deskolotki moja wieprzo-skarbonka przbiera ze strachu małymi, porcelanowymi raciczkami, a polskim politykom firma Mattel zabierze ich ulubione hasło wyborcze ”Roads? Where we’re going we don’t need roads”.

Przy okazji, okazuje się, że znany moloch zabawkarski wraz z wyczekiwaną od lat futurystyczną deskorolką wyda na świat policjanta z przyszłosci. Każdy, kto widział remake RoboCopa, zdaje sobie sprawę, że bliżej jemu do zabawki dla dzieci od lat trzech (a może „do”), niż do śmiercionośnej maszyny z wersji mistrza Verhoevena. Wraz z seansem nowego Robo dotarło do mnie, że mimo renesansu kina science-fiction w ostatnich latach, coraz trudniej o filmy, które nie wyglądają jak wyciągnięte z magazynów traktujących o nowych technologiach, a dokładnie z działu „musisz to mieć, żeby być super cool-popularny„.  Przyszłość, a dokładnie filmowe światy przyszłości w filmach, są dla mnie zbyt fajne, zbyt wykalkulowane i sterylne. Nawet jeśli pojawia się obraz przyszłości, która nie do końca jest „user friendly”, to nie licząc pojedyńczych przypadków („Children of Men”/”Elysum”)  czuć w tym wszystkim spory fałsz.

Cover

Można rzucać tytułami w ciemno, od ja I Robot, poprzez Minority Report, na Oblivion kończąc – wszystko w podobnym, wyciągniętym z salonu Apple stylu. Może to tylko mój mokry sen, ale czy dwa pierwsze tytuły nie byłyby zdecydowanie lepsze (przy czym do filmu Spielberga modliłbym się każdego wieczora przed spaniem), gdyby działy się w śmierdzącym stęchlizną, zasyfionym świecie w klimatach Blade Runnera? Światła noenów odbijające się na mokrych ulicach, kłęby pary wydobywające się z kanalizacji miejskiej, zużyta, odarta z „designerskiego” fałszu technologia… mogę tak bez końca… Co tu dużo ukrywać,  prosty chłop ze mnie o prostych potrzebach i wszelkie pseudo nowości technologiczne wydalane przez skupujące patenty molochy przyjmuję ze sporą dozą mamtowdupstwa – nazwijcie mnie starym romantykiem, ale wolę starą Nokię 6310i niż jakieś kolorowe ustrojstwo, z możliwością ściągnięcia aplikacji, które podobno leczą raka.

Moja cegła to litowo-polimerowy niszczyciel, świetnie sprawdzający się zarówno w zadaniach biznesowych jak i przy pacifikowaniu swojskich rednecków w barowych mordobiciach. Ten telefon to o pieprzony terminator: z nim nie można negocjować, zniszczyć, podtopić – on nie zna litości i nigdy nie ustanie.  Takie zboczenie technologiczne mam we krwi i przechodzi to chyba z ojca na syna. Dziadek dopiero w latach 80. zaakceptował elektryczność, a wcześniej wysłanego z  gminy elektryka przeganiał salwami z flinty (He’s a witch!!!), a ojciec niecały rok temu zmienił telewizor na kolorowy (gdy w dzieciństwie chciałem obejrzeć kreskówki w kolorze, to malowałem ekran Neptuna mazakami) przy czym, żeby nie wprowadzać zbyt dużego szoku dla organizmu jest na etapie Rubina 714p.

2001 VHS

Co tu dużo mówić, pochodzę z rodziny neandertalczyków, technologicznych małp, jednak w dniu, gdy w moim domu pojawiło się Hitachi, które niczym monolit dało początki (technologicznej) świadomości w moim domu  (odstawiając żarty na bok, gdy mój ojciec podłączał po raz pierwszy magnetowid, dźwięki, jakie wydawał i ruchy – wraz z triumfalnie rzuconym w górę pilotem – nie różniły się wielce od prologu wiadomego klasyka), zaczynając od jankeskiego przerabiania żywności (ziemniaki w proszku? „what kind of witchcraft is this?), a na filmowych światach przyszłości kończąc.

Lata oglądania w kółko tych samych filmów, wyrobiły u mnie pewien nawyk w postrzeganiu przyszłości i obecnej w niej technologii. Idealnym przykładem tego, co kocham, jest Alien, w którym Nostromo to nie żaden międzygalaktyczny, star-trekowy krążownik, ale latająca rafineria podczepiona do holownika – ot, TIR przyszłości. Od serii Alien, poprzez dwa pierwsze RoboCopy, Total Recall, Enemy Mine, na Hardware kończąc – przyszłość dla mnie wygląda właśnie tak. Dziś się oczywiście poprzewracało wszystkim we wiadomym miejscu i większosć esefów  wygląda jak z broszurki reklamowej z konferencji zarządu Apple, a nawet jeśli na ekrany kin trafi jakaś postapokaliptyczna historia, to bohaterowie i tak wyglądają jak wyciągnięci z rozkładówki Twojego Stylu:  cynkowskie okularki – check, opinające dupkę spodnie –  check, śnieżnobiałe ząbki – check,  salta i szpagaty na suficie wraz z obowiązkowym lądowaniem na „trzy” – można tak wymieniać bez końca. W zalewie bezjajecznych esefów, sprawiłem sobie nie lada prezent, odkrywając na nowo OUTLAND –  mocno zakurzony klasyk lat 80. z Seanem Connerym na pokładzie – bo in space no one can hear your  scottish accent.  Prometeusz? Fuck Prometeusz, Outland to duchowy następca Obcego.

Bo Alien to nie tylko krwawiący kwasem ksenomorf, ale także siedmioro roboli, wkurzonych na niskie stawki, kosmicznych kierowców ciężarówki, którzy wysłużonym Nostromo, niczym ciągnikiem siodłowym, tachają  rafinerię poprzez kosmiczne bezdroża. To samo jest w Outland: zwykli robotnicy (dzie im tam do star-trekowych modeli), gdzieś na skraju galaktyki, brud, pot, a do tego w pełni funkcjonujący świat. Podobieństwa w designie świata są uderzające (to właśnie z takiej  kolonii-kopalni, rafinerię transportować mogła załoga Nostromo), ale to nic dziwnego, skoro film powstał w Pinewood i przy jego tworzeniu brali udział ci sami ludzie, którzy pierwsze kroki w przemyśle filmowym stawiali na planie Aliena właśnie. Jak dla mnie jest to jeden z najlepszych światów stworzonych na potrzeby filmu. Baza ludzi w Avatarze, czy nawet świetna, ale ograniczające się do  baru i jednego skrzyżowania, miasto na Marsie w Total Recall, wypadają słabo z rozbudowaną infrastrukturą Outland.

outland

Napędzająca fabułę intryga jest prostsza niż ulubiony cios jakim zwykł obdarowywać swoje kobiety szkocki Bond (znany piewca instytucji zwanej „bij kobietę swoją, gdy za dużo pyskuje„). Przyszłość, przenośna kopalnia metali na Io, księżycu krążącym wokół gazowego olbrzyma, Jupitera. Do zapyziałej, typowo kopalnianej kolonii składającej się z górników i zaplecza techniczno-biurowego, zostaje odesłany niepokorny glina, który ma objąć stanowisko szeryfa i przez kolejne 12 miesięcy pilnować ładu, porządku i amerykańskiego stylu życia. Fucha niezbyt wymagająca i nadana za karę, bo Sean podpadł kilku ważniakom i odsyłany jest do najgorszych miejscówek w naszej galaktyce.

Wraz z nim jego wiecznie roztrzęsiona żona („szejken not sztird!”) i adoptowany syn. Strzelam, że adoptowany, bo Sean nie spłodziłby takiego nijakiego bachora. Mówimy przecież o cholernym szkockim Jamesie Bondzie – seks z tym człowiekiem to bitwa pod Stirling, gdzie orgazm odbywa się przy akompaniamencie okrzyku Alba gu brath, a jego plemniki jeżdżą Aston Martinem – jego syn powinien urodzić się jako rosły mężczyzna, w garniturze, z wódką martini w dłoni i talią kart, gotowy na rundkę rozbieranego bakarata z zastępem pielęgniarek.

outland 2 (2)

Tutaj natomiast dzieciak to jakiś zapłakany miętus. Sean pewnie za każdym razem dając mu buziaka na dobranoc szeptał mu do ucha, że podrzucili go Pikeys, czyli wyspiarscy (galaktyczni) cyganie. Odstawmy jednak na bok sprawy rodzinne, bo Sean ma za zadanie pilnować, aby życie pracowników kopalni (trzeba dodać flagowej i bijącej wydobywcze rekordy placówki firmy) upływało w harmonii i spokoju. Jest tylko jeden problem: wraz rekordami w wydobyciu, wzrasta wskaźnik samobójstw wśród załogi. Sami rozumiecie, praca z dala od domu, zamknięte, klaustrofobiczne pomieszczenia, paskudna kawa, powietrze z klimatyzatora, normalna rzecz, że raz po raz człowiek chce sobie strzelić w łeb – nie, nie piję teraz do szeregowych pracowników biurowych – no sami wiecie, ten typ pachnący mieszanką potu i kserokopiarki (Xerox – kocham zapach żyjącej na kredytach klasy średniej o poranku…), któremu excel dał na twarzy opaleniznę w prostokąty.

Bar - Outland

Tutaj klienci padają jak muchy i nie mówimy o zatruciu spalinami we własnym garażu (ostatnio koleś z mojej firmy tak się załatwił, ale zapomniał, że jeździ Toyotą Priusem – i cały weekend mu zszedł na tej zabawie, w pewnym momencie, zapewne z nudów, doniósł sobie nawet kanapki i telewizor – dochodzeniowcy byli w szoku… te samochody hybrydowe maja naprawdę ekonomiczne spalanie!), ale o umieraniu z powodu bebechów wyssanych z różnych otworów w naszym ciele, zakończonym  widowiskowo eksplodującą głową – widok na tyle nieprzyjemny, że powoduje że klasyczny szkocki haggis wygląda jak specjał od szefa kuchni z trzygwiazdkowej restauracji przewodnika Michelin.

Tak, znów to napiszę: kocham lata 80. Piękne czasy, kiedy to animatronika i charakteryzacja specjalna pokazały środkowy palec fizyce i ludzie eksplodowali w przestrzeni kosmicznej. Korzystając z okazji eksplodujących głów i praktycznych efektów specjalnych… przeżyjmy to jeszcze raz:

No więc Sean jest zaniepokojony wzrastającą ilością samobójstw i szybko wpada na trop afery, w którą zamieszany jest sam dyrektor placówki, za którego zgoda pracownicy zażywają nowy rodzaj syntetycznego narkotyku, który wraz z zwiększaniem wydajności fizycznej robi im także z mózgu pumeks. Wiadomo, od szeregowego operatora łopaty nie ma co wymagać znajomości Nietzschego, ale myk polega na tym, ze po kilku miesiącach narkotyk blokuje  instynkt samozachowawczy, a pobudza nieodpartą chęć wychodzenia w przestrzeń kosmiczną bez skafandra – nie trzeba być specjalistą, żeby wiedzieć, że w ten sposób można się nabawić kuku.

Mocno zbulwersowany obrotem spraw szkocko-kosmiczny szeryf wypowiada wojnę handlarzom, w tym samym czasie popadając w konflikt z zarządem firmy, który postanawia się go pozbyć, zamawiąjąc drużynę zamachowców. Krótko, czy to nie brzmi jak materiał na dobry kosmiczny western? Skojarzenia z High Noon nasuwają się automatycznie i film w zasadzie nie jest niczym innym, jak tylko kosmiczną wersją klasycznego westernu. Nie zrozumcie mnie źle, z jednej strony trochę boli, że całe zaplecze produkcyjne poszło na film, którego fabuła jest tak przyziemna; z drugiej strony, w dobie sukcesu pierwszego Aliena, dobrze że nikt nie pokusił się o kolejną próbę nabicia kilku groszy na sukcesie filmu Scotta. Jednak żeby było zabawnie, dla mnie Outland, to nic innego jak nieoficjalny spin-off Aliena – to film dziejący się w jego uniwersum, dotykający zupełnie innych problemów.

out3

Sean, już po glorii bycia Bondem, ale przed sukcesami Nieśmiertelnego i Nietykalnych, jest dobry, może nawet zbyt dobry. Powód? To przecież Sean „I’m gonna sHlap you” Connery i momentami ciężko uwierzyć, że facet mógłby nie wyjść z tej całej draki żywy. Żeby Sean nie czuł się samotnie, dano mu do współpracy Frances Strernhagen jako pyskatą i zadziorną pani lekarz, która spokojnie mogłaby być matką Ellen Ripley. Aktorsko najlepiej wypada Peter Boyle w nietypowym dla siebie emploi, jako twardy, umoczony w gangsterskim bagienku dyrektor kolonii. Jak przystało na klasycznego villaina-biznesemena , postać nie może się obyć bez scen biurowego golfa, tutaj w wersji futurystycznej, będącej mokrym snem dla fanów sportów na nintendo Wii.

Nie oszukujmy się, Outland to nie jest żadne wielkie dzieło, ani kamień milowy w kinie s-f, niemniej jednak, to kawał dobrze skrojonego, rozpisanego i wyreżyserowanego thrillera z obłędną stroną wizualną, podlany wzorową ścieżką dźwiękową od jak zawsze niezawodnego Jerry’ego Goldsmitha. Dla fanów staroszkolnych science-fiction to pozycja obowiązkowa.

Przy okazji Outland, zastanawiam się co się stało z karierą Petera Hyamsa? Facet w latach 80. wyrastał przecież na solidną markę, który ciężką pracą i pomysłowością zapisze się w historii jako utalentowany rzemieślnik. Wiadomo, żaden StanleyKubrick, ot twórca filmów dla prostego ludu („2010”, „Koziorożec 1”, ktokolwiek?), który dołączy do grona cenionych hollywoodzkich wyrobników, na których formę zawsze można liczyć – zgarnie kiedyś Oscara za jakąś biografię oraz zasłuży na swoje miejsce na alei gwiazd. Patrząc jednak na jego ostatnie osiągnięcia filmowe, można pokusić się o stwierdzenie, że owszem, Hyams jest na bulwarze Hollywood, ale nie jako symbol-gwiazda, ale jako zastępstwo dla Julii Roberts w wiadomym fachu.

 

                                                 Przy okazji Pani Roberts, już w następnym odcinku…







  • konik

    Ah jak tęskniłem do tych tekstów :))

    • Radosław Buczkowski

      Dziekowac :)

  • q

    Staroć straszny ;-P zaskakujące są miejscami z rozmachem zrobione dekoracje.

  • Mike Grabovsky

    Kurcze miał być Nightbreed :( No chyba, że czekasz na Cabal Cut :)?

    • Radosław Buczkowski

      Mialem dluzsza przerwe od pisania, rzeczywiscie mial byc Nightbreed, Cabal Cut widzialem na pokazie w Londynie (zdecydowanie przebija wersje kinowa, ale tez ma swoje wady), premiera wydania specjalnego caly czas przeciaga sie w czasie, ale mam nadzieje, ze w ciagu kilku miesiecy sie pojawi. Obiecuje, ze Nightbreed sie w koncu pojawi, jaka wersje wolicie? :)

      • Mike Grabovsky

        Najlepiej taka jaką wszyscy znamy z VHS :) Na Cabal Cut przyjdzie czas :)

  • bla

    W KOŃCU ! już przestałem odwiedzać kmf z braku działu vhs ;)

  • Kozas

    Tekst jak zawsze po prostu świetny, ale ten opis tego „starego” sci-fi na przykładzie Blade Runnera – kurdę jakbym czytał siebie. Także wręcz uwielbiam takie miasto przyszłości zatopione w nocy, z wszechobecnymi neonami, syfem na ulicach, budkami chińskiego żarcia… Czemu teraz wszystko musi być właśnie takie „wymuskane”?

    • rob

      ja bym do tego dorzucił japońskie cyberpunkowe anime z przełomu lat 80/90 jak AD police, bublegum crisis czy cyber city oedo itp też brud smród i ubóstwo plus oszalałe cyborgi na każdym kroku ;D

      • Kozas

        Akurat fanem anime nie jestem. Blade Runner dla mnie jest w tym przypadku wzorem, jest po prostu przepiękny.

      • Radosław Buczkowski

        Od pewnego czasu nadrabiam klasyki anime, dzieki za tytuly – sprawdze :)

  • Krzysiek eM

    ten filmik z dyskolotkami to fake. Autorowi radze pogrzebać w necie

  • Mateusz

    Super tekst :) W zeszłym roku znalazłem gdzieś „Outland” i bardzo mi przypadł do gustu. Dokładnie jak piszesz – nie jest to arcydzieło, ale scenografia, muzyka i ogólnie oldschoolowy klimat s.f. z lat 80 sprawiają że świetnie się to ogląda. Z niecierpliwością czekam no kolejne teksty w dziale VHS ;)

  • Mario

    HaHa Świetna, recenzja?- ten tekst wykracza poza ramy recenzji jednego filmu to felieton o całym gatunku i okresie kina scifi, to niemalże standup komedy bo w kilku momentach aż parsknąłem śmiechem:)) też uwielbiam Sean’a zaraz ci chlapnę Conory, I mam podobne odczucia co do gadżetów technicznych. Pozdrawiam i czekam na więcej takich znakomitych tekstów ;)

  • Paweł Tylko Wtajemniczeni Wied

    Odniosę się tylko do pierwszego akapitu. Dlaczego wszystko dzisiaj jest „wypolerowane”. No chłopie, przecież wiesz jak to działa, człowiek w czymś staje się lepszy – ma więcej czasu na dopieszczenie swojego produktu. Nie – nie uważam, że Minority Report było by lepsze w klimatach błotno-brudowych zaprezentowanych w Blade Runner`ze. Dlaczego? Ponieważ jest to nasze wyobrażenie (zapewne błędne) tego jak technologia będzie wyglądała za kila(dziesiąt lat). Wróć się kilkadziesiąt lat wstecz i popatrz na ilustracje science fiction z magazynów tamtych czasów. Jakież były naiwne. Popatrz też – jakże były nietrafione. Dzisiejsze „wypolerowane” science fiction też z perspektywy kilkudziesięciu lat będzie wydawało się naiwne i proste. Minority report nie wyglądało by dobrze w błotno-brudowych klimatach, bo subiektywnie, wizja „czysta” bardziej pasuje do zaprezentowanej w filmie idei. Tak wyobrażamy sobie przyszłość z takimi technologiami. Przynajmniej nie należy negować takiej wizji.
    Możesz też powiedzieć, że błotno-brudowe klimaty Blade Runner`a przedstawiają niejako „zżycie się” ludzkości z technologią. Tak jak w czystym i wyremontowanym pokoju nieouchronnie szarzeją ściany i pojawia się bałagan. Może to prawda, ja jednak wolał bym zżycie się z technologią w klimatach Star Trek. Zauważ też, ze w większości (no w sumie taki cel tej stylizacji) błotno-brudowe klimaty science fiction przedstawiają upadek ludzkości (lub mniej lub większe jej bubu). Wizja Star Treka bardziej do mnie przemawia.

  • GODmode

    Bardzo lubię ten dział za to że raz na jakiś czas wspomina o perełkach sf, które jakimś sposobem mi umknęły :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

The Art of Steal - ciekawa obsada w zwiastunie

Następny tekst

Karol, który został świętym



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE