VHS

VHS nie do zdarcia, czyli Wielkie Otwarcie

Autor: Radosław Buczkowski
opublikowano

 

 

Wstępniak

Starzejemy się chyba – my, klub, redakcja, załoga forum. A może to filmy coraz gorsze powstają? Grunt, że z coraz większą nostalgią wspominamy filmowe „starocie”. Kiedyś było lepiej, kiedyś to się kręciło, aktorzy golili się szlifierkami kątowymi, na ekranie się paliło, chlało i miało w głębokim poważaniu polityczną poprawność. Oj tak, piękne to były czasy. Nawet największy chłam przeszłości jest często wart więcej niż połowa współczesnej radosnej twórczości. Raz po raz przy wychwalaniu staroci pada hasło klucz, magiczny skrót, przy wymawianiu którego słychać anielskie chóry: chodzi oczywiście o VHS

 

Nie ma co się oszukiwać, VHS został wyparty przez dvd i blu-ray nie bez powodu. Zła jakość obrazu i dźwięku, spore gabaryty i pozostawiająca wiele do życzenia wygoda obsługi to główne przyczyny śmierci tego najpopularniejszego niegdyś formatu. Jest jednak w VHS-ach bliżej nieokreślony czar, wspomnienie epoki wielkich przemian w naszym kraju, naszej młodości i początku fascynującej przygody z kinem, która trwa po dzień dzisiejszy. Na samą myśl o pozdzieranych pudełkach z niesamowitą galerią okładek (od beznadziejnie kiczowatych po prawdziwe dzieła sztuki), często jakością przebijających treść samego filmu; na wspomnienie zapachu kasety czy dźwięku pracującego magnetowidu dostaję gęsiej skórki. Jeśli ktoś nie dorastał w okresie boomu video, zapewne nie zrozumie tej fascynacji, tak samo jak niepojęta będzie dla takiej osoby fascynacja często miernej jakości jankeskimi lub robionymi na jankeską modłę produkcjami. Jednak ci, którzy zasmakowali w kinie gatunkowym tej epoki, w pojedynkę powykańczali obce armie, załatwili z półobrotu największego łamignata i zdobyli najlepszą lasię w miejscowej tancbudzie, rozbijając w międzyczasie szajkę groźnych handlarzy narkotyków – tak, oni wiedzą, o jakim uczuciu tutaj mowa. Ta epoka wychowała niejednego sułtana epy (szczegóły na naszym forum), kreując taki, a nie inny światopogląd filmowy.

 

Jako że era VHS to prawdziwa kopalnia niesamowitych pozycji filmowych, a pamięć niestety już nie ta, nie chcemy, aby jakieś kultowe (lub mniej kultowe) tytuły zniknęły w czeluściach historii. Postanowiliśmy więc, że czas najwyższy powołać do życia dział zajmujący się tylko i wyłącznie okresem bezwzględnej dominacji VHS.

Dla kasetowych wiarusów niech to będzie wspominkowy wehikuł czasu, a dla tych mniej zaznajomionych z tematem – swoisty elementarz, prawdziwe vademecum VHS-owej wiedzy. Cyklicznie, raz w tygodniu (bo jak wszyscy kasetowi wyjadacze dobrze wiedzą, w dobie dwóch kanałów i teatru telewizji potrzebna jest porcja kapitalistycznego, filmowego zepsucia) ukazywać się będą recenzje świeżo przegranych hitów spod lady, okazjonalnie zaś większy artykuł odnośnie jakiejś ważniejszej produkcji, serii filmowej czy też aktorskiej znakomitości. Życzymy więc udanej podróży w czasie – pamiętajcie tylko, aby po projekcji przewinąć kasetę.

 

Fragment kolekcji Duxa 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Historia systemów wideo przeznaczonych do domowego użytku sięga wczesnych lat 60., ale dopiero opracowany dziesięć lat później przez japońskie JVC Video Home System stał się początkiem prawdziwej rewolucji. Kino we własnym domu, z wybranym filmem, w spokojnej atmosferze, bez potrzeby martwienia się, kto w tym czasie zaopiekuje się dziećmi – to był istny szał. Nie inaczej było w kraju nad Wisła, choć dla nas miało to jeszcze inny, głębszy wymiar, bo VHS nie był tylko nowinką techniczną, ale prawdziwym luksusem i powiewem upragnionego Zachodu, co więcej – powiewem wielokrotnego użytku.

Gdy przysłane przez ciocię z RFN gumy maomam i czekolady z „okienkiem” zostały już zjedzone, piwo w puszkach wypite, a odsłaniający klatę Hoff na T-shircie zaczął się ścierać od wielokrotnego prania, to przynajmniej zawsze można było po raz kolejny obejrzeć ulubiony film. Lata 80. to złote czasy dla VHS na świecie, jednak w Polsce przyjęło to formę totalnej jazdy bez trzymanki. Wideoodtwarzacz to był prawdziwy wyznacznik statusu społecznego. Na początku o taki sprzęt nie było łatwo, “partyjni”, cinkciarze, szczęściarze mający rodzinę zagranicą załatwiali sobie odtwarzacze z Zachodu, zazwyczaj przewożone za ekstra “opłatą” dla Zbycha celnika. Przywożący sprzęt w większych ilościach zwietrzyli świetny interes na nowej technologii i lawina ruszyła. Koszt zakupu był spory i nierzadko wiązał się z wieloma wyrzeczeniami ze strony całej rodziny. Węgiel na zimę? A może wypasione Hitachi? Przecież nic nie hajcuje lepiej niż “ Akademia policyjna 3” i “ Zaginiony w akcji”.

 

Dla wielu osób handel sprzętem i kasetami to był pierwszy prywatny interes – być królem wypożyczalni, to było to! Nikt się nie przejmował prawami autorskimi, bo i nikt nie ścigał, a współcześni propagatorzy ACTA upijali się jeszcze wibowitem lub modlili do pomniczka Lenina. Boom VHS to był najprawdziwszy przykład kapitalizmu w czystej formie, nieobciążonego niezrozumiałymi kruczkami prawnymi czy korporacyjnym monopolem. Sprzedaże detaliczne, hurtowe, wymiany z ręki do ręki, za złotówki, dewizy i bony czy też zwykłe “opyłki” – to był chleb powszedni. Za wypożyczalnie robiło wtedy wszystko: targi, stare garaże, przedpokoje, bagażniki polonezów, a w mniejszych miejscowościach nieraz widziano Nysę z Rubinem na pace i podpiętym do niego magnetowidem – swojskie Cinema Paradiso. Rolę Salvatore obejmował pan, który przy użyciu łamanego niemieckiego za trzy marki był w stanie wytargować serię „Lodów na Patyku” wraz z kilkoma paczkami haribo.

Zachodnie filmy święciły triumf w polskich domach. Na początku większość tego stanowiły produkcje drugiego i trzeciego sortu, grindhouse, włoskie sensacje i horrory, niemieckie erotyki. Do tego nigdy nie wiedziałeś, na co trafisz, bo oficjalne wydania to była całkowita abstrakcja, a tytuły często wyssane z palca – co już nam zostało niestety do dziś. Zdarzały się też sytuacje, że wypożyczając film z niepewnego źródła (VHS-owe Breaking Bad) zamiast dwóch części Rambo otrzymywaliśmy recital Trubadurów i końcówkę koncertu życzeń.  Zasada była jednak prosta: jedna kaseta, dwa filmy (jeśli się miało pecha, to niecałe), zazwyczaj w tym samym gatunku, głównie kino gatunkowe, żadne tam artystyczne pierdy: tu chodziło o akcję, przemoc, seks i terror, a czasem o tanie romanse i duże ilości niewyszukanego humoru.

 

W końcu jednak powstały pierwsze polskie firmy wydawnicze i „oryginały” zaczęły trafiać pod strzechę. Zdarzało się, że trzeba było wymienić 2-3 składaki, żeby tylko mieć na własność jakieś oryginalne wydanie, a wszystko to dla tandetnej okładki. Im mniejsza miejscowość, tym oficjalne wydania docierały później, jednak radosna bonanza i pierwsze uderzenie VHS pomału dobiegały końca. Rynek się ustabilizował, mali gracze wraz z lewymi nagraniami zaczęli wypadać z interesu i przez kilka następnych lat królowały mniej lub bardziej licencjonowane wypożyczalnie. W najgorętszym okresie nawet w najbardziej zabitej dechami wsi operowała jakaś wypożyczalnia, a samych rodzimych wydawców można by liczyć w setkach.

Wszystko, co dobre, musi się jednak skończyć. Popularność sprzętu satelitarnego, ustawa o prawach autorskich i pojawienie się pierwszych prywatnych stacji telewizyjnych w naszym kraju spowodowało mocne osłabienie mocarnego dotychczas uderzenia VHS-owej szarży. Jednak prawdziwym ciosem dla VHS okazała się rosnąca popularność płyt cd, a następnie dvd, oraz internetowy boom, które nie tylko w u nas w kraju, ale na całym świecie spowodowały bezlitosne wypieranie VHS-ów z rynku, a w konsekwencji śmierć tego formatu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z Wikipedii: „z dniem 28 października 2008 firma JVC jako ostatnia zakończyła produkcję uprzednio nagranych nośników VHS dla dystrybutorów filmowych” i po ponad trzydziestu latach system ten oficjalnie odszedł do lamusa. Dziś po tej niegdyś złotej epoce pozostały upadłe i wciąż upadające wypożyczalnie, które w epoce nowych formatów mogą tylko z łezką w oku wspominać wspaniałe czasy VHS, a przetrwać jest ciężko – ceny filmów w sklepach spadają, kablówka oferuje setki kanałów, a w dobie zamawiania „nowości” jednym guzikiem pilota, istnienie osiedlowej wypożyczalni filmów jest zwyczajnie zbędne. Szkoda, bo to była cześć magii – wyprawa do wypożyczalni z kilkoma „kopernikami” w dłoni, często wielogodzinne buszowanie między półkami, karmienie oczu wymyślnymi okładkami, a w końcu seans wraz z obowiązkowymi trailerami i chwalenie się kumplom w dniu następnym, jaki to klasyk udało się nam obejrzeć. VHS może i jest już melodią przeszłości, ale jej echa ciągle słychać i coraz częściej można znaleźć w internecie strony zajmujące się tematyką VHS. Recenzje, ikony tej ery, kultowe okładki, artykuły, piwniczne kolekcje czy też próby wymiany jak za starych dobrych czasów – i dobrze, bo tak pięknych wspomnień nie można wymazywać.

Long live VHS!!!

 

Zwiastun pierwszego odcinka „Nie do zdarcia”:

 

Zapraszamy jutro 🙂

Ostatnio dodane