VHS

VHS: Cobra

Autor: Radosław Buczkowski
opublikowano

 

Oł maj Gad, co za film!!!

 

Jankeskie kino akcji zdycha w konwulsjach. Bezmyślny rozpieprz na ekranach kin jest większy niż kiedykolwiek, a przeszarżowane akcje zwyczajnie drażnią i zanudzają swoim tanim efekciarstwem. Jednak to nie tu leży główny problem. Żyjemy bowiem w czasach, gdy poprawność polityczna , sojowa dieta i medialne pranie mózgów zmieniają śmierdzące potem, nieogolone małpoludy,  w wyskubujące brwi i noszące różowe koszule, potulne wacki-placki.

Prasa, telewizja i oczywiście kino z lubością kultywują etos nowoczesnego, uśmiechniętego i łagodnego mężczyzny XXI wieku, który papierosem się brzydzi, smażonego nie ruszy (tam jest diabeł!), setki żytniej nie strzeli, ale za to zajada toffu, cały w skowronkach płaci podatki, ubiera się tylko u znanych projektantów, goli nogi i zapewne robi wiele innych rzeczy, które prawdziwego macho doprowadzają do torsji. Wyrzekliśmy się bogów kina akcji i zachciało się nam filmowego darwinizmu (starczy już tej przemocy!; a czy on musi palić?; zamiast zgruchotać kolano, można przecież dać pouczenie; niech bohater przechodzi przez jezdnie tylko w wyznaczonych miejscach; i niech przed pościgiem zapnie pasy bezpieczeństwa, oraz ustawi dobrze lusterka!), to teraz  mamy za swoje.

Oglądanie współczesnego kina akcji, to dla mnie koszmar zamknięty w magicznym skrócie PG-13. Kultowcy typu John McClane już nie kopcą, nie krwawią jak kiedyś i nie rzucają „kurwami” podczas ostrego mordobicia, a nowy nabytek gatunkowy w stylu Ryana Reynoldsa, Chrisa Pine’a, czy Taylora Lautnera (poważnie?), to wyciągnięte prosto z okładki pisma dla nastolatek maminsynki bez cienia charyzmy – to niby badass spojrzenie spode łba, falowana zaczeska i zarost w sprayu,  i sam nie wiem, czy do chłopaków należy strzelać, czy może lepiej kupić im misia i po prostu przytulić. Ostatnio serwis eighties_movies-sucks.com (strona oczywiście już nie istnieje – serwer eksplodował, a wszyscy redakorzy poślizgnęli się pod prysznicem)  na najlepszego akcyjniaka wybrał trylogię o zapominalskim agencie, w którego wciela się Matt Damon  – brzmi jak niezła komedia, prawda? Dobra, przesadzam trochę, bo trylogia Bourne’a jest całkiem spoko, ale sami rozumiecie, Matt Damon, to nie wczesny Seagal, a osłanianie się zwiniętą gazetą (nawet jeśli jakiś trenujący pół roku Krav Magę informatyk stwierdzi, że to taki super sposób na trzymanie dystansu), to nie wbijanie korkociągu w czaszkę ostro obitego pacjenta. W Bournie trzęsie się kamera, a podczas seansów z pakerami wiadomej ery, trzęsę się ja, od porcji czystego testosteronu wpakowanego poprzez gałki oczne prosto do mózgu.

Zwyczajnie kocham te klasyki, relikty wspaniałych czasów, gdy filmowy bohater żył według hasła:  A Man’s Got To Do What Man’s Got To Do, co wiązało się głównie  z użyciem dużej ilości przemocy jako lekiem na całe zło tego świata. Goła pięść łamiąca żuchwy, cios kolanem miażdżący chrząstkę nosową,  metalowy pręt wbity w oczodół, czy klasyczny wystrzał z dwururki w twarz  – to było to. The American Way. Powiem tak, kiedy ludzkość już wyginie (amerykańscy naukowcy odkryją, że w zasadzie wszystko jest szkodliwe, każda czynność jest niebezpieczna i po prostu, dla bezpieczeństwa, się pewnego dnia już nie obudzimy – siedem miliardów ludzi zapadnie w permanentną śpiączkę), to jeżeli kiedyś na naszą planetę przylecą kosmici, aby rozpocząć międzygalaktyczne wykopaliska, to mam  nadzieję, że wiedzę na nasz temat będą czerpać z filmów na VHS. Żadne tam google, żadna Biblioteka Kongresu (oczywiście wylądują na terenie USA, to chyba oczywiste!), ale zakurzony karton pełen kaseciaków. Dlaczego? Bo chciałbym, aby zapoznali się dogłębnie z radosną twórczością Sylvestra Stallone, a zwłaszcza z tytułem, dzięki któremu Sly dosięgnął absolutu w kreowaniu uber macho lat 80., czyli Cobrę.

Zwyczajnie nie chcę, żeby pomyśleli, że każdy ziemski facet jest jak wyżej wspomniane gwiazdy Bravo Girl –  wstyd na całą galaktykę!  Odpalą stare, wysłużone Hitachi, które niczym Wall-E w filmie Pixara, przerobiło już tony filmowych śmieci, i zostaną porażeni  artystyczno-światopoglądowym  geniuszem filmu Stallone’a. W połowie lat 80. Sly, dzięki seriom Rocky i Rambo, był już czołową gwiazdą kina akcji, ale na hollywoodzkim podwórku pojawił się Arnold Schwarzenegger, który w bardzo szybkim czasie, stał się największą konkurencją dla Włoskiego Ogiera w dążeniu do rozsadzenia ekranów kin wybuchową mieszanką potu, krwi i testosteronu. W 1985 roku powstała kwintesencja wczesnego Arnolda, czyli Commando. To była nowa jakość (jakkolwiek to brzmi), bowiem Stallone ciągle korzystał ze sprawdzonych marek, których bohaterowie – eks-komandos i nie trzymający gardy bokser – wyewoluowali z postaci typowo dramatycznych, a widzowie potrzebowali herosów absolutnie bez żadnych słabych stron , którzy emocje (uniesiona brew, ewentualnie zagryziona warga) okazując jedynie wobec rodziny i flagi Stanów Zjednoczonych – reszta, włączając to własne życie i potrzeby, nie mają znaczenia. Prawdziwie jednoosobowe armie, roznoszące w pył każdego przeciwnika, absolutnie rozrywkowe machiny jankeskiej propagandy, mówiące do widzów, że Wietnam to wypadek przy pracy, amerykanie są najlepsi, a ruskich trzeba zaorać, i ogólnie,  cytując z True Lies: jesteśmy cool, jesteśmy badass, bla, bla, bla. W dobie stalowego i pokrytego kevlarem Commando, nie pozostało Sly’owi  nic innego jak stworzyć jeszcze większego twardziela, który byłby jego spojrzeniem na ubermensch made in USA .

Stallone miał być oryginalnie obsadzony w Beverly Hills Cop, jednak niemożność porozumienia z producentami w sprawie tonu filmu (ci chcieli komedii, Sly typowego akcyjniaka) spowodowała, że aktor zrezygnował z projektu. Masa pomysłów, które miały się znaleźć w filmie o gliniarzu z Detroit, który robi rozróbę w bogatej dzielnicy Los Angeles, została przeniesiona do scenariusza  o  Brudnym Harrym na sterydach, policyjnym tworze na miarę epoki Reagana, który – by skutecznie walczyć z przestępczością – sam balansuje na granicy prawa. Tak narodził się porucznik Cobretti.

Film jest oczywiście durny jak jasna cholera,  a prawicowa łopata bije  widzów po łbie mocniej niż jakikolwiek inny akcyjniak tej ery, ale przecież o to właśnie chodzi! Produkcja rozpoczyna się monologiem Slya na temat przestępczości toczącej wspaniały Land of the Free. Jedynym lekarstwem na nią jest oczywiście tytułowy Cobra i pełny (czyt. często opróżniany) magazynek  jego Colta Gold Cup 9mm. Oko za oko, ząb za ząb – w tym świecie nie są przestrzeganie prawa człowieka, nie ma miejsca na playstation w więziennej celi, miękkie widzenia, ani trzy posiłki dziennie opracowane przez lekarzy dietetyków, a już na pewno na szeroko pojętą resocjalizację – tutaj można się jedynie załapać na zawsze skuteczną kurację z ołowiu. W tym miejskim bagnie wszelakiego plugastwa narodziła się własnie nowa grupa przestępcza. Uzbrojeni w toporki strażackie, przecinaki i pięciokilogramowe  młoty, popaprańcy mordujący przypadkowych obywateli.

Dlaczego mordują? Ubzdurali sobie bowiem, że gdy nastanie Nowy Porządek, dla zwykłych obywateli nie będzie tutaj miejsca. Nie ekipa przedstawicieli Rodu Dawidowego, nie Masoneria, ani nawet ludzie-jaszczury, tylko mocno psychiczni, lubujący się w spotkaniach po zmroku celem kucia żelaza, młotkowi zapanują nad światem. Fani teorii spiskowych zrobią chyba piruety w grobie.  Mówiąc szczerze, ja ich nawet podziwiam – z  tyloma milionami Amerykanów czeka ich sporo rąbania, szlachtowania i tłuczenia –  ach ta jankeska etyka pracy. Źli popaprańcy mają jednak pecha, bo wchodzą w drogę Cobrze, więc jak możecie się domyślić, szybko spotka ich kuku. Nie ukrywam, że zasłużyli sobie na porażkę, ale nie dlatego, że byli źli szlachtując bogu ducha winnych obywateli (ok, może… troszkę), ale ponieważ to totalna banda kretynów. Już wyjaśniam: właściwa akcja filmu zostaje zawiązana, gdy Brigitte „Sofia Coppola w Godfather III, to przy mnie Katharine Hepburn” Nielsen zostaje świadkiem… (napięcie wzrasta) …awarii samochodowej! No właśnie, lasia widzi głównego filmowego bad guya, zwanego Night Slasherem (kult!) podczas rundki swoim Jeepem Wranglerem i tyle –  przekonana jest bowiem, że to groźnie wyglądający posiadacz zepsutego samochodu. Źli myślą, że ta coś widziała i poinformuje policję, więc postanawiają ją profilaktycznie (ekhm) zabić.

Nielsen uchodzi jednak z życiem i trafia pod opiekę Sylwka i jego partnera – czyli, to sami siepacze zaprosili policję. Trudno, stało się, lasia wie tylko, jak wygląda jeden z nas, możemy odpuścić i wrócić do szlachtowania mieszkańców osiedli sypialnych… albo próbować ja zabić raz jeszcze, przy okazji wykańczając Cobrę!

Ała, znów się nie udało, a do tego Sly zabił kilku z naszych. Na szczęście jego przełożeni to sporych rozmiarów tępaki (może powinniśmy im dać honorowe członkostwo?) i nie wierzą, że jest więcej niż jeden morderca. Co tu robić… Może spróbujmy ją zabić raz jeszcze, bo ona może jednak coś wie –  i taki motyw pojawia się w filmie  jakieś 30 razy. Za każdym razem Cobra wykańcza kolejny tuzin młotkowych, a na końcu wywozi Brigitte Nielsen za miasto, aby tam ją ukryć.

Co dalej? Nie zgadniecie! Młotkowi zbierają największą ekę w historii i ruszają, aby ubić niewiastę. No do kroćset fur beczek,  przecież mają nawet szpiega w policji, który dobrze się orientuje, że ona nic nie widziała, więc jaki jest sens tego wszystkiego?  Zaraz, zaraz, a może oni specjalnie wystawiają się Cobrze, to właśnie oni nie nadają się do życia w nowym lepszym świecie i niczym potulne (tak prawie) owieczki idą pod nóż, aby zrobić miejsce dla przestrzegających prawo obywateli? Jakiż to byłby niespodziewana wolta scenariuszowa w tym wydawałoby się prostym filmie akcji.

Teoria oczywiście naciągana bardziej niż wizje Maciera w sprawie Brzoza-Gate, ale nie oszukujmy się, nie dla fabuły ogląda się ten film.  Strzelają się, są trupy, a co najważniejsze, główny bohater, to trzęsący całym miastem, małomówny twardziel z zapałką w ustach, który nosi długi płaszcz, kowbojki, dżinsy z obowiązkową giwerą za paskiem i patrolówy na oczach, a do tego wozi się stuningowanym 1950 Mercurym  – mówiąc krótko czad, epa i mega kult.

Cobra  oczywiście nie jest zwykłym gliną (gdybyście jeszcze nie załapali), jego wzywa się w sytuacjach, gdy nie ma szans na negocjacje. Facet przybywa, pakuje pechowemu przestępcy kilka kulek lub poczęstuje granatem (moja babcia AK-owiec miała cztery, więc czemu nie może mieć Cobra?)  i wraca do domu, gdzie zajada się zimną, krojoną nożyczkami pizzą oraz czyści osmoloną broń, a wszystko to nie ściągając grubych, skórzancyh rękawiczek – ot, proza życia jankeskiego gliny. Styl Cobry jest absolutnie niepodrabialny, a facet sam nazywa się lekiem na chorobę, jaką ma być przestępczość – owszem, coś w tym jest, ale Cobretti to raczej augumentin, antybiotyk, który nie tylko pozbywa się przestępców, ale także robi niezłą sieczkę na mieście, gdzie straty wśród własności prywatnej idą w miliony. To protect and serve… and woopie-fuckin-doo!

Nie sposób nie paść przed tym filmem na kolana. Jest tu wszystko, za co kochamy kino akcji lat 80. Uber-macho twardziel, super lasia w opresji, gang ćwoków mających służyć jako cel strzelniczy (z bandą bezimiennych motocyklistów na czele), marudni przełożeni, krwawe strzelaniny, przekombinowane, ale nie nużące pościgi, montaż z obowiązkowym pop-rockowym szlagierem w tle oraz nieunikniony finał w hucie wraz z solówką z głównym villainem, który kończy wbity na hak i spalony w wielkim piecu – chyba tylko scena z powieszonym i wysadzonym w powietrze żołdakiem w Rambo III przebija to cudo.

Czegóż chcieć więcej, takich filmów się już nie robi. Wyświechtane hasło? Może, ale to sama prawda, bo współczesne kino akcji to choroba –  Cobra jest na to lekarstwem.

 

                                                                      A w następnym odcinku…                                                                                                                                                                                                                     

Ostatnio dodane