VHS

THE PUNISHER. Magnetowidowa brutalność z końca lat 80.

Bez czaszki, bez Kingpina, bez jakichkolwiek oznak czerpania z komiksowego źródła.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Mroczniejszy Rycerz

Jestem prawdopodobnie jedną z nielicznych osób, które od samego początku kibicowały Shane’owi w The Walking Dead, więc kiedy Jon Bernthal dostał angaż jako Frank Castle w Marvelowskim uniwersum Netflixa, nie miałem wątpliwości, że sprawdzi się doskonale, aczkolwiek numerem jeden w tej roli niezmiennie pozostaje Dolph Lundgren.

Kaseta została wydana w Polsce przez Elgaz, a więc jednego z najbardziej pożądanych dystrybutorów na rynku kolekcjonerskim, co oczywiście musi oznaczać, że w jego katalogu znajdują się obrazy wyjątkowo złe/dobre. Elgaz było swego czasu imperium zajmującym się produkcją okien PCV i kotłów gazowych, prowadziło biuro turystyczne, miało czterdzieści dziewięć procent udziałów w polskim oddziale Nissana, a przy okazji dało polskim fanom VHS-ów tak wspaniałe tytuły, jak Pasożyt, Śmierć w miękkim futerku czy Dr. Alien. Taśma z ich wersją The Punisher nie jest może szczególnie rzadkim rarytasem, ale to jedna z tych pozycji, które wypada mieć na regale.

The Punisher Marka Goldblatta (który później nie wyreżyserował już żadnego filmu, ale do dziś zajmuje się montażem, a na koncie ma między innymi Chappiego i Genezę Planety Małp) przez wiele lat uchodził za jedną z najlepszych ekranizacji komiksu, co dzisiaj może wydawać się absurdalne, ale w 1989 roku jedyną poważną konkurencją był opublikowany kilka miesięcy wcześniej Batman Tima Burtona. Niestety twórcy nie mieli szczęścia, kłopoty finansowe dystrybutora sprawiły, że film trafił do kin na całym świecie poza największym rynkiem, czyli amerykańskim, i rodzimą Szwecją Dolpha Lundgrena.

Fatalna dystrybucja i bardzo niskie oceny miały być gwoździami do trumny pierwszej próby przeniesienia Franka Castle’a z kart komiksów na ekrany. Nawet fani postaci nie wstawili się za Goldblattem, który popełnił błąd kardynalny i dopuścił się drastycznej ingerencji w wizerunek herosa. Punisher to wkurzony mściciel bez zbroi czy maski, więc zadanie wydawało się proste – wystarczy ubrać go w koszulkę z wielką czaszką na klatce piersiowej. Czemu do tego nie doszło? Według reżysera, a także producenta Marka Kamena (scenarzysty jednej z najkoszmarniejszych serii kina akcji XXI wieku – Uprowadzonej), testowano różne rozwiązania, najbliższym realizacji było narysowanie czaszki sprejem na kamizelce kuloodpornej przed finałową potyczką, ale odrzucono pomysł jako za mało realistyczny i zbyt… komiksowy. W czasach, gdy oglądamy w kinach gadającego szopa z karabinem w dłoniach, taka decyzja zdaje się niezrozumiała, jednak Hollywood bardzo długo było nieufne w stosunku do bohaterów ze stajni Marvela.

Stał się kultową pozycją dla fanów „tak złego, że aż dobrego kina akcji”, którą stawia się na równi z Commando czy Cobrą.

Od zapomnienia The Punisher został uratowany z jednej strony właśnie jako jeden z prekursorów filmów superbohaterskich z epoki, gdy stosowano niemal wyłącznie praktyczne efekty specjalne; z drugiej stał się kultową pozycją dla fanów „tak złego, że aż dobrego” kina akcji, którą stawia się na równi z Commando czy Cobrą. Dla Lundgrena jest to jeden z najjaśniejszych punktów kariery (choć trzeba mu oddać, że starzeje się z godnością i nawet gościnnym występem w Sharknado 5 potrafi oczarować). Doskonale pasuje do roli postawnego eksgliniarza, a w dodatku reżyser nie kazał mu prężyć bicepsów i nagiego torsu, jak to było w zwyczaju pod koniec lat 80. Zamiast tego mamy ponurą, gęstą atmosferę i piękno wolności od przymusowych ograniczeń wiekowych. Choreografia scen pojedynków nie jest szczególnie oryginalna, ale ich brutalność robi wrażenie. W dodatku były to czasy, gdy nie panowała obsesja na punkcie tworzenia uniwersów oraz kurczowego trzymania się praw autorskich. Goldblatt nie musiał dopasowywać swojej opowieści do żadnej większej narracji, a w dodatku mógł pozwolić sobie na czerstwy, acz cieszący ucho żart – gdy oprawcy pytają Franka, kto go przysłał, ten ze śmiertelną powagą odpowiada: „Batman”.

Polskie tłumaczenie dialogów zdaje się być pisane przez dwie różne osoby. W pierwszej połowie filmu pojawiają się zabawne tendencje do łagodzenia wulgaryzmów – „I was the hooker” to „byłam przynętą”, „dickhead” to „osioł”, a „faggot” to „pierdoła”. W drugiej połowie nagle opada kurtyna cenzury, a Jan Suzin soczyście, choć beznamiętnie cedzi kolejne siarczyste przekleństwa. Wielu nie znosi jego głosu, na jednym z filmowych forów nazwany został „niszczycielem seansów” i „najdrętwiejszym lektorem świata”, ale z mojej perspektywy jest doskonałym znakiem czasów, który wyłącznie dodaje filmowi uroku.

Komiksowy Punisher to największy badass, jakiego możecie sobie wyobrazić. W crossoverze Deadly Knights nastraszył samego Jokera, który zrozumiał, że nie każdy „mroczny rycerz” cofnie się przed odebraniem życia; w siedemnastym zeszycie piątej serii użył strzelby do pozbawienia Wolverine’a twarzy oraz przyrodzenia, by następnie rozjechać go walcem; a w w historii Punisher Kills the Marvel Universe… robi to, na co wskazuje tytuł. Trudno oddać tak dużą dawkę agresji w filmie bez popadania w pastisz na miarę Riki-Oh albo Tokyo Gore Police. The Punisher z 1989 roku jest pod tym względem dobrze wyważony i gdyby nie słaby scenariusz, mógłby stać się klasykiem nie tylko kina klasy B. Przyszłość postaci jest w rękach Bernthala. W Daredevilu zaprezentował się wybornie, a lada chwila obejrzymy go w pierwszym sezonie The Defenders.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane