Metamorphosis: The Alien Factor | FILM.ORG.PL

Metamorphosis: The Alien Factor








Radosław Buczkowski
06.12.2012


Plan na kolejne VHS-owe rozdanie był bardzo prosty: nie zachwalam amerykańskiego kina w tym tygodniu, czas na odrobinę krytyki. Ileż to można pisać jakież te produkcje zza ocenu są super, mega i już sam nie wiem co jeszcze – zwyczajnie staje się to mocno nużące. Pizza właśnie dojechała, piwo domowej roboty rozlane do górniczego kufla – wrzucam więc do rozgrzanego do czerwoności, ponad dwudziestoletniego Grundiga tytuł, który nie ma szans bronić się po latach. Wynik? Wujek Sam 1., misterny plan Buczkowskiego 0. Kajam się i błagam o wybaczenie – jak w ogóle śmiałem zwątpić w siłę jankeskiej kinematografii!

Amerykanie potrafiliby zrobić, uderzający po głowie z siłą młota pneumatycznego, będący ekranizacją kalendarza strażackiego, dwunasto-odcinkowy serial. W tym radosnym kraju, klasyczna sprężynka “Slinky” miałaby szanse zostać bohaterem horroru (widzę tutaj materiał na co najmniej trylogię) i zgarnąć nagrody za najlepszy drugi plan. Tylko tutaj, morderczy, różowy kisiel z kosmosu, zezłomowany robot-morderca, czy międzyplanetarny kierowca super samochodu, to idealni kandydaci na tytułowe role w mega kultowych produkcjach. 

Jak to możliwe? Stara jankeska szkoła brania na warsztat idiotycznych pomysłów i traktowania ich ze śmiertelną wręcz powagą, do tego dochodzi odrobina wyobraźni, oraz twórczej bezkompromisowości, i teoretycznie nieoglądalny chłam staje się nagle małym dziełem sztuki. Jeśli za temat przewodni weźmie się nielegalne badania genetyczne, aktywne tkanki niewiadomego pochodzenia, zmutowanego naukowca i dwie gorące lasie w poszukiwaniu ojca, to szanse na topowy film wzrastają kilkukrotnie – kto wie, przy odrobinie szczęścia, może uda się także zaliczyć premierę w Cannes. To nie żart, „Alien Factor” naprawdę miał swoją premierę na tym mocno snobistycznym festiwalu, i mam nadzieję, że otrzymał brawa na stojąco, leżąco, oraz skąpane artystycznymi wibracjami, brawa z jednoczesnym szpagatem na suficie, bo to kawał wybornego B-klasowego mięcha.

Sam film miał być zaledwie kontynuacją średnio udanego „Metamorphosis”, ale szybko ewoluował w coś bardziej zaawansowanego, a wszystko za sprawą budżetu rzędu 1.9 miliona dolarów – biorąc pod uwagę fakt, że oryginał powstał za paczkę landrynek i nowe bambosze dla całej ekipy filmującej, sumę wręcz powalającą. Tutaj też należą się olbrzymie brawa dla Glenna Takakjiana, który mając taki, a nie inny budżet, nie popełnił artystycznego samobójstwa próbą inscenizacji losowej bitwy z polską kawalerią w tle (czterech chłopa, dresy farbowane na mundury), tylko wykazał się sporą ilością reżyserskiego instynktu i gros budżetu poświęcił na efekty specjalne. Akcja filmu dzieje się praktycznie  w trzech pomieszczeniach i jednym, odpowiednio przerabianym  korytarzu (ktoś tu chyba oglądał making-of filmu „Aliens”), ale w żaden sposób nie wpływa to na odbiór filmu. Jest suspens, jest napięcie, jest spora ilość dramaturgii – wszystko podlane krwistym sosem mutogenicznych transformacji. Trzeba przyznać, że te ostatnie to miejscami górna półka efektów specjalnych, zwłaszcza cały patent z kilkuetapową przemianą lekarza w kokonie, która należy do tej samej ligi co pamiętne efekty Roba Bottina w „The Thing”.  

Biorąc pod uwagę jakość scen „mutacji”, końcowy wygląd monstrum odrobinę kuleje  (nasterydowany prototyp facehugera na słoniowatych nogach ), ale to naprawdę drobnostka, bo całościowo wszystko prezentuje się co najmniej bardzo dobrze. „Metamorphosis: The Alien Factor” to soczyste, niszowe science fiction, żadne wielkie dzieło, ot solidny film, który spokojnie zadowoli przeciętnego posiadacza magnetowidu, a dla fanów gatunku będzie kolejnym tytułem do wielokrotnego zdzierania głowicy – tym cholernym jankesom znów się udało!

 

A w następnym odcinku…












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Urwany film #7 - Atlas Chmur

Następny tekst

Todd Solondz



Tagi:

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE