Przez święta, gdzieś pomiędzy kuchnią a rodziną, udało mi się obejrzeć pierwszy sezon United States of Tara. Obyło się bez zachwytów i skoków ciśnienia. Ale to dobry serial. Można rzec: wspaniała rzemieślnicza robota. Będę oglądać dalej: widać, że pierwsza seria to ledwie rozpoznanie terenu, a bohaterowie kuszą potencjalnymi fabułami. Tara to kolejne dziecko stacji Showtime, któremu udało się esencję rodzinnej schizofrenii. I szerzej: rozbicia życia osobistego w ogóle. Sho produkuje seriale o krewnych i znajomych bez końca zakopujących i odkopujących sobie brudy. Rutynowo, bez katharsis.
Przeszły święta, przyszedł piąty odcinek trzeciego sezonu Siostry Jackie – serialu, w którym jestem zakochana po czubki uszu. Jackie wyciągała prochy zza obluzowanej płyty w suficie. Żaden z tego spojler: Jackie przetrzymywała prochy z wielu ciekawych miejscach, choć najczęściej nosi je w kieszeni fartucha. Ale właśnie stojąc na biurku przytarganym przez pół pustego pomieszczenia, wyzywając na szczury, które dobrały jej się do piguł, Jackie jest esencją samej siebie i jeszcze kilku kobiet z, hmmm, kobiecych seriali Showtime.

Jackie oddziela życie rodzinne i zawodowe z precyzją chirurga. Skądinąd jedyną osobą, której dobrowolnie pozwala przekraczać granicę pomiędzy szpitalem a domem, jest chirurg – jej przyjaciółka z oddziału, doktor O’Hara (po lewej), również niezrównana w trzymaniu prywatności pod kluczem. Jackie kocha swojego męża Kevina, z którym ma dwie córeczki. Ale kocha też farmaceutę Eddiego. I pierwszy sezon jest poświęcony w dużej mierze temu, kto o kim wie i co wie – a na ogół nikt nie wie o nikim. Jackie balansuje na granicy – szpital szpitalem, dom domem. Potrafi rozmawiać przez dwie komórki na raz. Szczury mogą podjadać jej prochy, ale nie mogą – wygryźć dziur w ściankach szufladek, do których zapakowała swoje życia. Doktor O’Hara ma łatwiej; „zmieniła kontynent”, mieszka sama (w hotelu). Piekielnie bystra, niedostępna, patriotycznie sarkastyczna (pochodzi z Anglii; mówi akcentem londyńskim ze szczyptą Sussex; jej wuj był hrabią). Przed Jackie – i widzem – odkrywa się powoli. Chociaż Jackie i tak nic nie dziwi (no, może poza okazywaniem uczuć nie mieszczących się na skali pomiędzy czułą zgrywą a cynizmem); „jesteś taka wyrafinowana…”. Spięcia powoduje nie sama szczerość (O’Hara: „wiesz, że ja wolałabym umrzeć, niż być Kevinem lub Eddiem”), a zaburzenie równowagi pomiędzy my wiemy a oni nie.
W The Big C, serialu bardzo niezasłużenie niezauważonym (Złoty Glob, okej, ale ile osób po prostu wzruszyło ramionami?), kameralną, skromniejszą próbą wejścia Sho na teren oznakowany niegdyś przez Sześć stóp pod ziemią, grana przez Laurę Linney Cathy ukrywa przed rodziną późne stadium nowotworu. Oczywiście nadrabianie przeszłości i przyszłości wprowadza w życie jej bliskich coraz większy bałagan. Coraz mniej wytłumaczalny. A tajemnice puchną. Czyli znowu serial o ukrywaniu i zakrywaniu, gdzie prawda i szczerość stoją pod znakiem zapytania.

A teraz Nancy Botwin, chyba, jak widać na zdjęciu po lewej, pierwsza femme fatale dzisiejszej telewizji, kobieta śmiercionośna, a jednocześnie, och, jakże niezrównana we flircie z chaosem! Mimo wszelkich słabości ostatniego sezonu, gdzie absurd niemal zupełnie przesłonił dramę pierwszych serii, będę bronić Zielska do upadłego; sama struktura serialu, polegająca na poszerzaniu pola rażenia niosącej śmierć i zniszczenie bohaterki, za bardzo kopie w zwoje. Nancy Botwin, na krawędzi dzisiaj i wczoraj, i, jak się okazuje, na długo przez wejściem w upalony biznes. Nancy Botwin, poza prawem i moralnością. Wszelkie telewizyjne klisze, bardzo często rodem z oper mydlanych, uwikłanych w sprawy międzynarodowo zorganizowanej działalności przestępczej i upiorów DNA, sklejają się w Zielsku na fascynujący portret współczesnej kobiety fatalnej, gdzie każdy element tożsamości może zostać podważony i obrócony na plecki. I może to, co najbardziej bawi w postaci Celii Hodes (ELIZABETH PERKINS – PROSIMY WRÓĆ!!), to jej rozpaczliwe próby bycia Nancy („mamo, dlaczego przebrałaś się za dziwkę?”). Celia nie tylko nie posiada wdzięku czy inteligencji byłej sąsiadki; przede wszystkim cierpi na brak tajemnic. U Celii wszystko jest na wierzchu, śmieszne w swej oczywistości. U Nancy oczywisty jest tylko jej szkodliwy wpływ na środowisko.
W końcu wracam do Tary: ta bardzo nie chciałaby mieć tajemnic, ale nosi je w głowie. Cierpi na zaburzenie dysocjacyjne tożsamości, żyje razem z nastolatką T, bogobojną kurą domową Alice i ziomem Buckiem. Status Tary i jej osobowości (polskie tłumaczenie tytułu jest naprawdę mocno z dupy) jest więc na samym wstępie bardzo podejrzany i automatycznie uruchamia różne tożsamościowe konteksty, o których wolałabym nie myśleć, bo takie myślenie boli i wprowadza mocne zawirowania w definiowaniu samego siebie. Tara ma świetną rodzinę, cierpliwego męża, fantastyczną córkę i syna, który przypomina mnie, kiedy miałam czternaście lat (nawet fryzurę ma podobną); jest kochana. To najbardziej ostentacyjny obraz miłości-ryzyka: nie wiesz, kogo kochasz, bo nawet nie wiesz, z kim rozmawiasz.
Myślę teraz o tych serialach – a także o słabszym Californication, Queer as folk i L Wordzie, które jakby pochodzą z zupełnie innej ery, najnowszych Shameless i Episodes, i mam przed oczami galerie postaci niezmiernie sympatycznych. A przecież – niebezpieczeństwo w obcowaniu z nimi zdaje się oczywiste. Wychodzi więc na to, że Showtime, produkując zasadniczo seriale o ludziach urokliwie popierdolonych, koduje w swoich opowieściach ostrzeżenie przed Innym – jednocześnie nas ku temu Innemu popychając. Piękne i inspirujące.