publicystyka filmowa

TRANSFORMERS. 10 lat orgii eksplozji i rozrywanego metalu

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Transformers to seria wzbudzająca skrajne emocje. Krytycy nie pozostawiają na niej suchej nitki (przynajmniej od drugiej części), a ich zdanie zdaje się podzielać masa osób. Gdyby opierać się na wyczytanych w Internecie opiniach, można by pomyśleć, że zdecydowana większość świata szczerze nienawidzi filmowego uniwersum Michaela Baya. „Po co to dalej kręcą? Ktoś to ogląda?” – to często pojawiające się pytania. Cóż, ostatnia część, pomimo najbardziej miażdżącej krytyki w historii serii, zarobiła nieco ponad miliard dolarów, czyli więcej niż większość produkcji Marvela. Podczas gdy „wszyscy” ciskają gromy na rozdmuchaną fabułę, na perfidny product placement, na źle napisane postaci oraz na przesyt akcją i wybuchami, tłumy walą do kin.

To interesujący fenomen, zwłaszcza że z biegiem czasu Michael Bay chyba zapomniał, co zadecydowało o artystycznym sukcesie pierwszej części. Popularność Wieku zagłady mimo wszystko mogę zrozumieć – poprzedni film uznano za względnie udany i naprawiający część wad Zemsty upadłych. Nic dziwnego, że i po następnym spodziewano się czegoś podobnego, niestety na próżno. Ciekawe więc, jak sobie poradzi Ostatni rycerz, który właśnie wchodzi na ekrany – czy widzowie zniechęceni fatalnym Wiekiem zagłady i kiepskimi recenzjami najnowszej odsłony tym razem odpuszczą sobie spotkanie z Autobotami? To się okaże w najbliższej przyszłości, a ja tymczasem zamierzam przyjrzeć się dotychczasowym częściom tej przeklinanej przez wielu serii.

Wszystko zaczęło się w czerwcu 2007 rokuTransformers było wtedy kolejnym wielkim blockbusterem po Piratach z Karaibów: Na krańcu świataSpidermanie 3. Pomysł zrealizowania poważnego aktorskiego filmu, który skupiałby się na walce dwóch frakcji robotów i służył jako reklama zabawek Hasbro, wzbudzał wątpliwości, a nawet uśmiech politowania. Jednak zaangażowanie Michaela Baya i Stevena Spielberga w produkcję, a także budżet o wysokości 150 milionów dolarów kazały myśleć, że może ten projekt nie jest skazany na porażkę. Pamiętam, jak sam sceptycznie podchodziłem do zwiastunów i całej idei filmu, ale przekonany pozytywną recenzją dałem się namówić na seans. Nie pożałowałem swojej decyzji, a debiut Michaela Baya w świecie Autobotów i Decepticonów do dziś uważam za naprawdę dobre popcornowe kino. Przygotowując się do napisania tego tekstu, odświeżyłem sobie całą serię, a pierwszą część obejrzałem od deski do deski, żeby sprawdzić, jakie wrażenie wywrze na mnie po kilku latach od ostatniego seansu. I choć zdecydowanie nie jest to produkcja wolna od wad, to wciąż potrafię się przy niej świetnie bawić, jednocześnie dostrzegając, jaki wpływ wywarła na późniejsze widowiska tego typu. Superbohaterskie harce w Avengers, przesadzone rozpierduchy w filmach DC Snydera, samochodowe niedorzeczności w nowszych Szybkich i wściekłych – to tylko niektóre przykłady podpatrzenia skali akcji i budowania widowiska, które mogliśmy zobaczyć w czerwcu 2007 roku. Że już nie wspomnę o Battleship: Bitwa o Ziemię i innych naśladowcach, którzy wyglądają i brzmią jak jakieś odpryski Transformers. Co więc rzeczywiście udało się Bayowi?

Przede wszystkim akcja. Widowiskowa i efektowna jak nigdy dotąd. Pomimo zwiększania skali z części na część to właśnie pierwowzór nadal wywołuje najmocniejsze wrażenie. Być może to zasługa większego niż w kolejnych filmach zaangażowania Spielberga, który doradził Bayowi między innymi trzymania się praktycznych efektów specjalnych (w miarę możliwości). Dzięki temu np. scena przebicia się Decepticona przez autobus na autostradzie wygląda tak efektownie – o ile robot jest wytworem CGI, to pojazd i jego eksplozja były prawdziwe. Dodatkowo, choć akcja jest niezwykle wybuchowa, to nie popada w zupełny absurd i orgię zniszczenia. Czujemy ciężar oglądanych wydarzeń i czujemy, że bohaterowie są w autentycznym niebezpieczeństwie, a to dlatego, że sytuacje, w których się znajdują, mieszczą się w granicach rozsądku. W kolejnych częściach coraz to większa niedorzeczność ich przygód sprawiła, że zatracono to poczucie. Podobnie jest z przedstawieniem przeciwnika. Wrogie roboty nie są tu wyłącznie po to, żeby stworzyć pretekst do efekciarskiej rozpierduchy – one wzbudzają grozę, nieustannie zaskakują, dominują nad ludźmi i zapadają w pamięć. Jakość, nie ilość. Początkowa scena ataku na bazę wojskową do dziś powoduje opad szczęki, a ujęcie z fruwającymi wrakami czołgów ma znacznie większą siłę oddziaływania niż przeładowany do granic finał Wieku zagłady. Jest tak dlatego, że obraz z 2007 roku ogląda się jak film, a ten z 2014 wygląda jak niezwykle efektowna gra komputerowa. Kiedy wszystko na ekranie jest cyfrowe, a celebrację pojedynczych ciosów i wybuchów zastępuje wszechobecny chaos, zaangażowanie spada.

W pierwowzorze najlepiej wypada również pierwiastek ludzki. Niepozbawiony wad, ale pełen naiwnego uroku i krzepiących momentów. Historia młodego Sama Witwickiego czerpie z klasycznych motywów – niezdarny nastolatek próbuje zdobyć popularność u dziewczyn (a szczególnie u jednej, umawiającej się ze sportowcem-patafianem) i przypadkiem trafia na coś, co odmieni jego życie i pozwoli mu udowodnić swoje bohaterstwo. Taka opowieść przemawia szczególnie do młodszej części męskiej widowni, która może się utożsamić z taką postacią. To przecież perypetie rodem ze skrytych fantazji! Któż by nie chciał dostać Chevroleta Camaro, które okazuje się inteligentnym i przesympatycznym robotem, zostać wybrańcem zaawansowanej obcej rasy i zdobyć serca pięknej dziewczyny?

Dobrym zabiegiem było obsadzenie Shii LaBeoufa w głównej roli - młodemu aktorowi udało się bezbłędnie oddać lekko zdziwaczały i fajtłapowaty charakter postaci.

O ile oglądając Niesamowitego Spidermana, chyba mało kto był w stanie uwierzyć, że Andrew Garfield mógłby być czarną owcą w szkole, tak LaBeouf jest niezwykle  przekonujący w tej roli. Towarzysząca mu Megan Fox zdecydowanie nie jest najlepszą aktorką, ale w jej przypadku ważniejszy jest urok i piękno – nie można oderwać od niej wzroku, ale wbrew pozorom to silniejsza postać, niż można się było spodziewać. Świetnie wykreowano także tytułowe roboty. Optimus Prime swoją charyzmą zawstydza wielu ludzkich liderów i dowódców z innych filmów, Megatron jest wspaniale przerysowanym złoczyńcą, a Bumblebee to chyba najbardziej urocza i czadowa filmowa maszyna zaraz po R2-D2. Fantastycznym pomysłem było zmuszenie tego ostatniego do porozumiewania się poprzez radio wskutek uszkodzonego procesora mowy – to dodaje wiele jego postaci i skutkuje wieloma zabawnymi sytuacjami.

Nie jest tak, że wszystko tu zagrało tak, jak powinno. Odbiór tego filmu wymaga pewnego dystansu i luźniejszego podejścia. Jeśli reagujecie alergicznie na tzw. bayizmy, to seans okaże się dla was znacznie mniej przyjemny niż dla mnie. Te wszystkie zwolnione ujęcia, przesadzona saturacja obrazu, efekciarskie kadrowanie bohaterów wychodzących z pojazdów, wszechobecny patos i głupkowaty humor – trzeba umieć śmiać się z tych rzeczy albo dostrzegać w nich specyficzny urok. W przypadku oryginalnych Transformers to wszystko i tak jest stonowane, w szczególności humor, który całkiem skutecznie rozładowuje napięcie i nie drażni. Osiągnięto tu zdrową równowagę między powagą, przerysowaniem i luzem. Jasne, niektóre sceny są zbędne, przydługie albo głupkowate, ale całość satysfakcjonuje i nie męczy. Od strony technicznej to majstersztyk – świetne prowadzenie kamery, kapitalne popisy kaskaderskie, niesamowite efekty specjalne i udźwiękowienie oraz średnio oryginalna, ale wzbudzająca emocje ścieżka dźwiękowa. To czysta, bezpretensjonalna i świetnie nakręcona rozrywka. Osobiście będę bronić tego filmu do grobowej deski.

Ostatnio dodane