nowości kinowe

Tajna broń. 20 lat później

Zawsze może być gorzej, niż się spodziewaliśmy...

Autor: Agnieszka Stasiowska
opublikowano

Broken Arrow to – nie bądźmy gorsi od przeciętnego gimbusa, sięgnijmy do Wiki – termin używany przez amerykańskie siły zbrojne na określenie wypadku z bronią atomową, który nie stanowi zagrożenia wybuchu konfliktu jądrowego. Odnosi się między innymi do utraty urządzenia lub tejże broni  w trakcie transportu, wraz lub bez utraty środka transportu. Definicja ta dość dobrze podsumowuje treść filmu Tajna broń, bo każdy, nawet mało wytrawny kinoman, bez trudu się domyśli, że broń została skradziona, a zatem jest ten dobry i jest ten zły. Między nimi, oczywiście, bohaterska dama.

Lata dziewięćdziesiąte obfitowały w kino akcji, była moda na pościgi, wybuchy, intrygi i tajne misje. Do wielu z tych filmów wrócić można i dziś i obejrzeć je z przyjemnością nie tylko sentymentalną. Niestety, z grona tych perełek wykluczyć należy film Johna Woo.

Wszystko, co w tym filmie mogło pójść źle, poszło źle na całość. Efekty, tylko teoretycznie specjalne, są żenujące – jak choćby okrutna scena w kokpicie B3, w którym miejsca nagle jest tyle, co w przeciętnej kawalerce, a ściany wykonane są z gustownej łososiowej tekturki. Wybuchy porażają sztucznością, w wielu scenach widać jak na dłoni efekt nałożenia na komputerową grafikę. Szczególnie zabawne są sceny w pociągu, te wszystkie skoki po dachach i szorowania tyłkiem po torach w pełnym pędzie z jednej strony budzą śmiech, z drugiej politowanie i coraz silniejsze poczucie straty czasu. Osobny temat stanowią też sceny walki bezpośredniej, w których cała siła idzie w minę i odpowiednio bojowy okrzyk. Panowie miziają się paluszkami po buziach, fruwając przy tym po całym planie filmowym bez mała jak w Matriksie.

broken-arrow4

Ach, panowie. Mistrz drugiego planu, czyli Christian Slater – tu w roli poczciwego majora Hale’a, chłopczyka z zasadami i jedną miną na wyposażeniu (Czy on kiedykolwiek w trakcie swojej kariery aktorskiej zmienił wyraz twarzy?… Może nie miał okazji?…), który dzielnie broni ludności stanu Utah w osobie strażniczki Carmichael (do niej jeszcze wrócimy). Za przeciwnika ma swojego starszego partnera, rozżalonego na zwierzchników o stałe pomijanie przy awansach (tu, jak się domyślam, wielu mogłoby go zrozumieć) majora Vika Deakinsa (czyli Danny’ego Zuko. Nie, wrrrróć! Johna Travoltę…). Slater nie dysponuje, niestety, zbyt wielkimi środkami wyrazu (lub jest zbyt nieśmiały, by je jakoś ujawnić), całe życie więc robi za tło dla lepszych. O ile np. w Imieniu róży ma dla kogo, o tyle Tajna broń oferuje mu znacznie mniejsze możliwości. Travolta bowiem gra jak cyborg. Robi dziwne, nienaturalne miny, macha afektowanie trzymanym w dłoni papierosem i dziwacznie szczerzy (ładne, przyznaję) uzębienie, najczęściej w najmniej stosownych momentach.

broken-arrow1

Co prawda i on nigdy wielkim aktorem nie był (tańczyć umiał nieźle, to fakt, ale sprawdzał się najczęściej w rolach zblazowanych pozerów, przypuszczam, że zwyczajnie bliskich jego naturze, a zatem łatwych do odtworzenia), ale w Tajnej broni jest karykaturą samego siebie. Scena, w której głośno i powoli wyjaśnia Slaterowi, że jeśli naciśnie prawy guziczek na pilocie, to odpali bomby atomowe, a jeśli lewy, to je dezaktywuje (w trakcie przemowy najpierw długie zbliżenie na rzeczone guziczki, a potem na tępy wyraz twarzy Slatera, uzasadniający w sumie tę perorę), jest kuriozalna. Scena, w której każe strażniczce Carmichael odpalić bomby, nie jest – wbrew nadziejom twórców – pełna napięcia, ale zwyczajnie obleśna.

Strażniczkę Carmichael gra Samantha Mathis, całkiem niezła aktorka, która w Tajnej broni postawiła sobie za punkt honoru dorównać poziomem gry partnerującym jej panom. Co się stało z zadziorną Mirandą Presley z W pogoni za sukcesem czy uroczą Amy March z Małych kobietek, nie wiadomo. Może Mathis zostawiła umiejętności w innym płaszczu, grunt, że nie wzięła ich ze sobą na plan Tajnej broni. Charakteryzacja na klon agentki Scully (rude włosy ze sztywną grzywką i czerwone usta) oraz wyjątkowo nietwarzowy i „niefigurowy” kostium pomóc tu nie mogły.

maxresdefault

Tajna broń zrobiła, co do niej należało – zabrała mnie w przeszłość. Z tym, że gdzieś tak – na oko – w lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte, w czas Star Treka i Bonda z Rogerem Moore’em (sceny na nartach nie zapomnę, póki żyję…). Pośmiać się, owszem, można, ale wydaje mi się, że są lepsze rozrywki.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane