Biografie ludzi filmu

TAIKA WAITITI. Dzikolud ze specjalnymi mocami

Maorys z żydowskimi korzeniami, który gotuje smakowite, egzotyczne, przedziwnie smakujące potrawy.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Przemysław Mudlaff.

Na imię ma Taika, Taika Waititi, bo jego tata jest Maorysem, ale znany jest również jako Taika Cohen ze względu na żydowskie pochodzenie matki. Witajcie w jego świecie. Już niedługo stanie się tak popularny, że będziecie mogli go rozpoznać wśród gwiazd na niebie, może tak sławny jak Michael Jackson. Pochodzi z Raukokore – nowozelandzkiej osady, ma 41 lat i posiada chyba specjalne moce, cierpi na ADHD lub pije za dużo kawy, bo jak inaczej wytłumaczyć jego wszechstronność i zaangażowanie w przeróżne projekty. Jest aktorem, performerem, scenarzystą, reżyserem. Jak sam twierdzi – nie mógłby gotować tylko z porów i cebuli, potrzebuje więcej składników, żeby ukształtować swój pogląd na świat. Potrawy przyrządzone przez Taika mają przede wszystkim świeży i nieco egzotyczny, dziwny, lecz ciekawy smak.

Decyzję o podążaniu indywidualną drogą i początku realizacji własnych celów Taika podjął podczas występu w nowozelandzkim serialu telewizyjnym „Męski striptiz”. Odgrywając rolę striptizera, siedząc w zielonym pokoju w samych stringach stwierdził, że powinien przestać pomagać innym w realizacji ich marzeń i podążać za swoimi. Na rezultaty nie musiał czekać długo. Jego krótkometrażowy film „Dwa samochody, jedna noc” został nominowany do Oscara w 2005 roku, a rok później Waititi ugruntował swoją pozycję dobrze rokującego reżysera obrazem „Tama Tu”. Historia sześciu żołnierzy z 28. batalionu maoryskiego na froncie II wojny światowej zdobyła mnóstwo nagród na międzynarodowych, znaczących festiwalach, między innymi w Sundance.

Dwa samochody, jedna noc

Sundance to zresztą bardzo ważne i szczęśliwe miejsce dla Taika. Jego pełnometrażowy debiut „Orzeł kontra rekin” został stworzony dzięki powołanemu przez Roberta Redforda Instytucie Sundance, wspierającego rozwój początkujących artystów, i miał swoją premierę właśnie na kultowym festiwalu filmów niezależnych w tym mieście w 2007 roku. W przeddzień premiery filmu magazyn Variety umieścił Waititi na liście dziesięciu reżyserów, których poczynania warto śledzić.

„Orzeł kontra rekin” to niezależna opowieść o romansie dwójki aspołecznych osobników. Mimo że postaci są po prostu dziwne, to ich przedstawiony świat nie nosi znamion karykatury. Jest oczywiście zabawnie, kolorowo, miejscami absurdalnie, jednak widz może tak skonstruowanym postaciom uwierzyć. „Orzeł kontra rekin” jest komediodramatem z wątkami romantycznymi. Jedną z głównych ról gra tu Jemaine Clement – przyjaciel Taika, który byłby kobrą, ale orzeł jest lepszy. Jego postaci nie da się raczej polubić, nie sposób mu jednak nie współczuć z powodu niemożności dorównania idealizowanemu bratu i nie zaśmiać się, śledząc jego poczynania. Nieudolny, owładnięty żądzą zemsty na oprawcy z lat szkolnych, skupia w sobie przywary męskości. Lily, w którą wcieliła się Loren Horsley, jest samotnikiem i przyciągają ją ranne ofiary, dlatego jest rekinem. Jest też osobą ciepłą i uroczą ze swoimi wielkimi oczami łani. Występują tu także osoby, które ujrzymy w przyszłych produkcjach jeszcze nieopierzonego reżysera. Głównym zarzutem wobec debiutu Waititi było powielanie klisz z powstałego w 2004 roku „Napoleona Wybuchowca” – filmowego hymnu wyrzutków.

Orzeł kontra rekin

Jeżeli „Orzeł kontra rekin” nie zdołał zaskarbić sobie wyłącznie pozytywnych recenzji krytyków i miłości publiczności, to już drugi pełnometrażowy film Waititi – „Boy” zyskał ogromną popularność i uznanie zarówno w Nowej Zelandii, jak i poza nią (znów festiwal filmowy w Sundance).

Jest 1984 rok, tytułowy Boy to jedenastolatek, żyje w małej, nowozelandzkiej osadzie z babcią, bratem i kuzynostwem. Matka Boya zmarła podczas porodu brata Rocky’ego, bo ten ma w sobie rzekomo zbyt dużo specjalnych mocy. Ojciec dzieciaków przesiaduje w więzieniu, a ich wyobrażenie o nim jako o mistrzu rzeźbiarstwa, poszukiwaczu zatopionych skarbów, kapitanie drużyny rugby czy rekordziście pod względem zadanych nokautów jedną ręką jest mocno przesadzone. Konfrontację dziecięcych marzeń i rzeczywistości podał Taika w sosie słodko – kwaśnym. Wplótł poruszającą, dramatyczną relację ojciec – syn w lekką jak piórko konwencję kina dla całej rodziny. „Boy” bawi, wzrusza i przejmuje, a przy okazji w przyjemny sposób ukazuje wpływ ówczesnej popkultury na tak przecież odległą, zapomnianą osadę (brat nazywa się Rocky, znajomi głównego bohatera: Dynasty, Dallas i Falcon Crest). Znakomite jest również nawiązanie do słynnego batalionu maoryskiego, który już pojawił się w twórczości ulubieńca Sundance. Nietrudno w „Boyu” dostrzec wątki autobiograficzne, co dodatkowo dodaje filmowi uroku. Film Waititi z 2010 roku to najlepiej zarabiający nowozelandzki film w historii kinematografii tego kraju, a także zwycięzca Berlinale w sekcji Generation KPlus, skierowanej do młodych widzów. „Boy” został dystrybuowany w Stanach Zjednoczonych, a kariera jego reżysera nabrała rozpędu.

Boy

Podczas czteroletniej przerwy od reżyserii filmów pełnometrażowych Taika zagrał w wyprodukowanej przez Warner Bros., nieudanej adaptacji komiksu DC Comics „Zielona latarnia” oraz krótkim metrażu „Kapitan”. W tym czasie zajął się również kręceniem niewiele znaczących seriali telewizyjnych. Na szerokie wody reżyserii filmowej Waititi wrócił w 2014 roku ze swoim największym dotychczas hitem, „Co robimy w ukryciu”.

Obraz Nowozelandczyków (współtwórcą filmu jest występujący w „Orzeł kontra rekin” Clement) miał premierę oczywiście na festiwalu w Sundance, w sekcji Midnight. „Co robimy w ukryciu” to tzw. mockument, czyli fikcja udająca film dokumentalny, a żeby było jeszcze dziwniej, jest to mockument o wampirach żyjących pod jednym dachem we współczesnym Wellington. Nie jest to bynajmniej horror, lecz zwariowana komedia, której bliżej do słynnych parodii Mela Brooksa niż głupkowatej serii „Straszny film”. Wampiry kłócą się o to, kto ma zmywać naczynia i sprzątać zabrudzone krwią i walającymi się kośćmi mieszkanie, portretują siebie nawzajem przed wyjściem na imprezę, bo przecież nie mają odbicia w lustrze, szukają na Ebayu narzędzi tortur – słowem: groteska. Historia Viago, Vladislava, Deacona i Petyra została zbudowana na inteligentnym, nienachalnym żarcie, który powinien rozbawić każdego widza. Ze względu na mockumentalny charakter filmu możemy uznać głównych bohaterów za „prawdziwe” wampiry, wzorujące się na przedstawieniu samych siebie w popkulturze, a to z kolei oznacza, że współczesna popkultura nie działa wyłącznie destrukcyjnie. „Co robimy w ukryciu” to opowieść o przyjaźni, w której uwidacznia się tendencja Waititi do portretowania niedorastających nigdy mężczyzn (Orzeł, ojciec Boya, wampiry w wieku od 183 do 8000 lat) i przede wszystkim film zrealizowany z miłości do kina.

Co robimy w ukryciu

Podczas zeszłorocznego festiwalu filmowego w Sundance (a jakże!) miała miejsce premiera filmu „Hunt for the Wilderpeople”, najlepszego w dotychczasowym dorobku Taika Waititi. Widziałem już gazyliony filmów opowiadających o wchodzeniu w dorosłość, nie przypominam sobie jednak, żeby jakikolwiek z nich był tak oryginalny i świeży, jak ostatni film Taika.

Nastoletni Ricky Baker jest przestępcą – kradnie, pluje, rzuca kamieniami, kopie, maluje sprayem po ścianach, jego nazwisko po prostu ocieka złem, dlatego – ku jego niezadowoleniu, opieka społeczna znajduje mu zastępczych rodziców. Nowym ojcem Ricky’ego zostaje Hec, niechętny dziecku człowiek lasu. Wkrótce zostają zmuszeniu do wspólnej, pełnej przygód ucieczki przed stróżami prawa i opieką społeczną. Nowy film Waititi jest paradoksalnie podobny i inny od swoich poprzedników. Nadal mamy tu do czynienia z postaciami ekscentrycznymi, nadal duża część filmu bawi, spojrzałem jednak na niego jako na dramat z komediowymi wstawkami, a nie – jak było do tej pory – odwrotnie. Waititi grubą kreską rysuje pracowników opieki społecznej, krytykując biurokrację. Całkowicie realnie wypadają przy nich główni bohaterowie: Hec, świetnie zagrany przez Sama Neilla, to szorstki, niepotrafiący kochać analfabeta, z kolei Ricky Baker potrzebuje miłości i mimo swej tuszy jest niezwykle delikatnym chłopcem. Świetnie poprowadzeni aktorzy w tej prostej historii i piękne zdjęcia, które nakręcono w Nowej Zelandii stanowią o wielkości tego małego filmu. Jest taka wspaniała scena, w której Ricky i Hec ukrywają się przed policją w lesie, muszą być cicho, a Ricky’emu przychodzi do głowy aby wyszeptać Hecowi, że to jak akcja z „Władcy pierścieni” (przypominam, że kręcony także w Nowej Zelandii). Taika Waititi wykorzystuje i przemienia w złoto znane w kinie familijnym lub przygodowym klisze: dzielny chłopak, zrzędliwy starzec oraz piękna, choć niebezpieczna przyroda wokół dodaje do tych składników niepowtarzalny humor i dziwaczną wrażliwość.

Na kolejny film Taika nie będzie trzeba długo czekać, znana jest już nawet data jego premiery. Nazywa się „Thor: Ragnarok”. Tak! Taika Waititi nakręci Thora z marvelowskiego uniwersum filmowego. Twierdzi, że będzie to najbardziej ryzykowna i szalona opowieść z tego uniwersum, a jako motywy podjęcia się tego zadania podał, że lubi Chrisa Hemswortha i że przyjemnie będzie zmienić tempo pracy.

*

Ostatnio dodane