publicystyka filmowa

Szybka Piątka #31 – Filmy, do których nas skutecznie przekonano

Autor: REDAKCJA
opublikowano

W ostatniej Szybkiej Piątce pisaliśmy o filmach, które przy pierwszym seansie wywołały w nas zachwyt, ale później zweryfikowaliśmy opinię na ich temat. Tym razem na temat obraliśmy sytuację odwrotną. To dużo przyjemniejsze doświadczenie dla kinomana.

Można jednak dojść do niego w różnoraki sposób. Czasami wystarcza szybki drugi seans i nasza ocena zmienia się diametralnie. Innym razem odkładamy film na lata, zapominamy o nim i dopiero przy nieplanowanej powtórce (zachęceni przez znajomych, czy przez przypadkowy seans w telewizji) odkrywamy, że w danym tytule znajduje się jakaś moc, która za pierwszym nam umknęła. Może to my się zmieniliśmy na tyle, że dopiero po dłuższym czasie dorastamy do jakiegoś filmu. Możliwe, że najprzyjemniejszym uczuciem jest jednak to, gdy nas samych coś ciągnie do danego obrazu. Gdy wzrasta nas fascynacja i jesteśmy jej świadomi. Może ona być wywołana jakimś jednym kadrem, ruchem kamery, gestem aktorki czy innym detalem, który zapamiętaliśmy. Wtedy z niekrytą obawą wracamy do nielubianego filmu i wszystko zaczyna nam się układać w całość. Właśnie o takim doświadczeniu jest ta Szybka Piątka.

The-Social-Network-movie-poster-David Fincher

Maciej Niedźwiedzki

1. The Social Network

Aktualnie to jeden z moich ulubionych filmów, absolutna czołówka. Przy pierwszym, kinowym seansie TSN mnie odrzucił. Chyba nie potrafiłem przyjąć tego tempa, tych gęstych dialogów i prędkości z jaką były wypowiadane. Potrzebowałem kilku rozmów, kilku przeczytanych artykułów, by złapać o co chodzi, wydobyć wszystkie niuanse, zrozumieć reżyserską i scenopisarską maestrię tego filmu. Teraz do The Social Network wracam regularnie i za każdym razem kończę film z uczuciem obcowania z dziełem wybitnym. Możliwe, że najważniejszym filmem XXI wieku.

2. Władca Pierścieni

Bardzo długo nie lubiłem LOTRa. Szczerze wkurzał mnie ten nieznośny patos, to nadużywanie zwolnionego tempa. Każda wypowiedź była dla mnie tak nieznośnie nadęta, że aż wywoływała śmiech. Kapitalna strona wizualna nie ratowała tych filmów. Jednak na szczęście dorosłem do Władcy Pierścieni. Z jednej strony pomogła lektura Tolkiena, a z drugiej początkowo niechętne powtórki kolejnych części. Obecnie bardzo wygodnie bardzo się czuję w tym świecie, zaakceptowałem tę konwencję, mam kilka ulubionych scen, nie drażni mnie już nieustanna podniosłość. Techniczny majstersztyk i doskonała opowieść.

3. Borat

Za pierwszym razem byłem całkowicie zdezorientowany. Nie wiedziałem po co to? jak? dlaczego? czemu tak? Nie śmieszyło mnie sprośne, wulgarne poczucie humoru Sachy Barona Cohena. Pomógł mi dopiero seans Bruno, gdzie brytyjski komik przekroczył tak bardzo granicę, że zrozumiałem w co Cohen tak naprawdę się bawi. Szybko potem wróciłem do Borata i zostałem jego kompanem w jego podróży po U.S and A. Bardzo często powtarzam z nim tę wyprawę.

4. Drive

Początkowo zbagatelizowałem Drive. Film Refna uznałem za błahe, prościutkie kino zemsty, które powtarza wszystkie znane z tego podgatunku wątki. W jaki sposób wróciłem do Drive? Oczywiście za sprawą kapitalnego soundtracku. Zacząłem mieć wrażenie, że coś mi umknęło, że oglądałem nie wystarczająco uważnie. Miałem rację. W filmie Refna jest coś magicznego. To jak najbardziej zrozumiały obiekt kultu.

5. Dzikość serca

Nigdy nie byłem fanem Davida Lyncha. Nie odnajdywałem się w jego psychotycznych wizjach. Dzikość serca też była dla mnie niesmaczna i tandetna. Bardzo późno z tym reżyserem się dogadałem. To dalej nie mój filmowy świat, ale wiem już, że ten niesmak i tandetę Lynch wprowadza z premedytacją. Potrafią ją teraz odczytać i się przy niej bawić. Dzikość serca to piękna współczesna baśń. Jest w niej też jedna z niewielu ról Cage’a, którą lubię.

the-lone-ranger10

Jacek Lubiński

1. The Lone Ranger

O oryginalnym serialu mogę powiedzieć tylko tyle, że istnieje. Nie byłem więc domniemanym targetem tego filmu. W dodatku kolejne widoki wygłupiającego się Deppa w przesadnym makijażu; fakt, iż za projektem stoi reżyser Piratów z Karaibów, którzy z części na część byli coraz bardziej przesadzeni oraz słaba promocja filmu poparta kiepskimi zwiastunami sprawiły, że kino ominąłem szerokim łukiem. Żałuję, bo seans w domowym zaciszu okazał się nad wyraz satysfakcjonujący – otrzymałem kino rozrywkowe pełną gębą, które nie boi się zarazem ani pokazać mięcha, ani uderzyć w poważniejsze tony. I, o dziwo, wszystko to się klei. Wspomniany Depp nie irytuje i ma bardzo udaną chemię z Armim Hammerem, a całość, mimo przydługiego metrażu, nie nudzi. Do tego świetna, pełna niuansów realizacja, porządny soundtrack i sporo udanych gagów sprawiają, że w rezultacie mamy do czynienia z mocno niedocenionym, oldskulowym filmidłem, do którego co jakiś czas z ochotą powracam.

2. Kandydat (The Manchurian Candidate)

Nie przepadam za remake’ami, a na ponowne adaptacje klasyki patrzę raczej nieprzychylnym okiem. W tym wypadku, chociaż oryginał mnie nie porwał, miałem sporo wątpliwości, co do tego, iż można to zrobić lepiej – zwłaszcza patrząc przez pryzmat współczesnego kina, które nie przykłada większej wagi do materiału, na którym bazuje. A jednak wskrzeszenie starej historii Johna Frankenheimera w rękach Jonathana Demme tchnęło weń nowe życie. Fakt, film ma kilka problemów, ale miał je już oryginalny film. Lecz w remake’u uniknięto nie tylko popadania w przesadę i śmieszność, co pułapki, jaką niosła ze sobą zmiana ustroju, epoki, kultury. Nowy film jest zatem równie mocno, o ile nie bardziej wiarygodny oraz – co zdarza się niezwykle rzadko – aktorsko zdaje się być dojrzalszy, lepiej wyważony, przystępniejszy dla widza. Polubiłem go więc ostatecznie bardziej od czarno-białego prekursora.

3. Krampus

Jak zdaje sobie sprawę redakcyjny kolega Krzysztof, z horrorami u mnie na bakier, o czym sam przekonuje się nie raz, co chwila podsuwając mi pod nos kolejne tytuły gatunku. A te w zastraszającej większości albo mnie nudzą, albo irytują, albo co najwyżej przyjmuje je ze wzruszeniem ramion. Krampus wkładam do szuflady z wyjątkami – być może przez wzgląd na okołoświąteczną tematykę filmu, gęsto umoczonom w czarnym humorze i swoistej przewrotności. Jakby nie było, to film w sumie bez większych wad, w których ani bohaterowie, ani fabuła nie zmusza do klepania się w czoło. Dobre, dojrzałe, świadome swych ram i założeń kino, które już po pierwszym seansie dodałem do świątecznej klasyki.

4. Dredd

Sytuacja podobna do Jeźdzca znikąd, czyli nienajlepsza kampania reklamowa, która próbowała sprzedać film, jako niezwykle tani, tandetny i zbędnie efektowny produkt (znowu to 3D! bleh!). Nie pomagał również fakt, że fabułę posądzano o kopiowanie z indonezyjskiego średniaka The Raid (fajna, ale nudna kopanina), który zawojował w międzyczasie internety. A jednak zostałem (niechętnie) zaciągnięty do kina po to, by szybko przekonać się, że to bardzo dorosły, zjadający na śniadanie zarówno starą produkcję ze Stallonem, jak i wspomniany wyżej tytuł z Azji. Znakomita kreacja Karla Urbana i najlepsze użycie trójwymiarowej technologii od czasu Avatara. Piękny film po prostu – do wielokrotnego smakowania.

5. Sky Captain and the World of Tomorrow

Przez lata unikany głównie przez wzgląd na słabe opinie i mocno kiczowaty wygląd poszczególnych kadrów. Film dosłownie skąpany w aż nadto wyraźnym CGI, od którego powinna wybuchnąć głowa. A tymczasem to niezwykle sympatyczne kino przygodowe, fajnie zagrane i znakomicie zrealizowane. Okazało się, że efekty są integralną częścią świadomego retro-wyglądu opowieści i na wielu poziomach były nowatorskie. Wszystko zgrabnie się ze sobą komponuje, a chemia między aktorami i ujmujący humor sprawiają, że głowa nie tylko nie eksloduje, ale i sercu łatwo przekonać się do tej produkcji, która – podobnie jak wszystkie wcześniejsze – szybko stanęła na mojej półce i ani trochę tego nie żałuję.

BOprTMK

Jan Dąbrowski

1. Misja

Pamiętam, że pierwszy seans zmęczył mnie potwornie. Zapowiadany w telewizji jako arcydzieło (co przez domowników zostało jednogłośnie potwierdzone), okazał się wtedy dla mnie nużącym, mało ciekawym smętem, w którym znani aktorzy nie robią nic szczególnego. Ot, ładne landszafty i tyle. Potem skończyłem gimnazjum. Minęło kilka lat, i uzupełniając filmowe braki, trafiłem na ten snuj ponownie. Nie robiłem wtedy nic istotnego (poza graniem w Fallouta 2) i postanowiłem dać Misji jeszcze jedną szansę. Nikt mi nie gderał nad głową, że achcydzieło i przez około dwie godziny wyrabiałem sobie własną opinię. Miałem święty spokój oraz dobre warunki audiowizualne i seans zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przejęcie graniczące ze wzruszeniem, zdjęcia i muzyka pierwszorzędna, aktorstwo wyśmienite. I temat, który może poruszyć.

2. Ostatni król Szkocji

Film o jakimś złym Murzynie? Dyktatura w Ugandzie? Nieee, pewnie nudny, co mnie to zresztą obchodzi. Zwiastun mnie nie zachęcił, o nagrodzeniu Whitakera za główną rolę coś słyszałem. I potem okazało się, że z kim bym nie rozmawiał, to chwalą – i film, i aktorstwo. Pamiętam, że zbliżała się wtedy premiera Frost/Nixon, na którą bardzo czekałem. Po seansie tegoż, w towarzystwie mojego ówczesnego współlokatora, nieodżałowanego Ludwika, wracaliśmy do mieszkania, dyskutując o politycznych dramatach. I on też polecił mi Ostatniego króla Szkocji. Chcąc przedłużyć sobie wrażenia, po doskonałym Frost/Nixon obejrzałem film o złym Murzynie i dyktaturze w Ugandzie. Nie da się ukryć, godna uwagi produkcja. Żałuję, że nie widziałem jej w kinie. Forest Whitaker to góra charyzmy, zdumiewa i przeraża, a partnerujący mu McAvoy wiarygodnie uosabia wpływ tyrana na jednostkę. Świetny aktorski pojedynek.

3. Obława

Katyń, Popiełuszko, Generał Nil, Bitwa Warszawska – trwający do dzisiaj urodzaj bogoojczyźnianych, bohaterskich hagiografii o bardzo nierównej wartości artystycznej. W pewnym momencie wszystko – choćby nie wiem jak słuszne w założeniu – może się zwyczajnie przejeść i znudzić. Zwłaszcza że większość filmów tego rodzaju wydaje się nakręconych w myśl zasady „dobry temat obroni się sam”, co jest skandalicznym idiotyzmem. Po zalewie tych wszystkich płaskich i patetycznych porażek (wśród których znajdują się też dzieła wybitne, lecz to pojedyncze rodzynki) postanowiłem odpocząć od rodzimego kina wojenno-politycznego. I w ten sposób ominęła mnie jedna z najciekawszych produkcji spod znaku Orła Białego. Obława jest wyjątkowym filmem – namacalnym dowodem na to, że zamiast prostacko grać na uczuciach widza, można go autentycznie zainteresować. Choćby przez arcyciekawych bohaterów. Zmyślny montaż. Dobre dialogi. I to wszystko można zamknąć w niespełna półtorej godziny.

4. Rain Man

Odwlekałem i odwlekałem – w sumie sam nie wiem, z jakiego powodu. Jak już obejrzałem, wskoczył wysoko na moją listę. A scena, w której Tom Cruise dostaje w spadku krzewy różane – bezcenna.

5. WALL-E

Do animacji mam stosunek wybiórczy. Mam ogromną słabość do tradycyjnych kreskówek, metody poklatkowej, kukiełek. Wychodzące z regularnością filmów Allena produkcje Pixara/Disneya nieszczególnie mnie interesują, razi mnie pstrokacizna i banalność tych, na które trafiłem. WALL-E z tych powodów pochopnie zignorowałem. I gdzieś potem przeczytałem, czy ktoś mi powiedział – już nie pamiętam – że prolog filmu to w zasadzie kino nieme, a sama fabuła jest dość ciętą satyrą na konsumpcjonizm. Nie da się ukryć, że spadłem z krzesła, jak już go obejrzałem. Doskonałe połączenie bajki dla dzieci, która oddziałuje na dorosłego widza równie mocno – choć z nieco innych powodów.

bn_2

Darek Kuźma

1.Czarny narcyz

Z jakiegoś powodu żywiłem niechęć do filmów Powella i Pressburgera. Coś tam widziałem, coś słyszałem, ale nie na tyle, by się do nich przekonać. Do czasu, gdy w 2014 roku na Camerimage odbyła się retrospektywa ich twórczości. Najbardziej zachwycił mnie właśnie Czarny narcyz, raz komediowy, raz dramatyczny, z wyczuwalnym podskórnie napięciem erotycznym, bijący na głowę większość tego, co kręci się dzisiaj.

2.Wolny strzelec

Tyle się o tym filmie nasłuchałem i naczytałem – że genialny, że wybitna satyra, że niesamowicie aktualny, że poziomem dorównujący Królowi komedii Scorsese – że przez długi czas nie mogłem się przemóc, żeby film obejrzeć. Namówiła mnie ostatecznie małżonka, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele z fabuły i wydźwięku, bym zdołał sam sobie wyrobić opinię. No i musiałem przyznać rację wielu zachwycającym się Wolnym strzelcem.

3.Buntownik bez powodu

Miałem z tym filmem taki sam problem, jak z literackim Buszującym w zbożu J.D. Salingera – zmuszono mnie na studiach do pierwszego kontaktu z oboma tytułami, średnio mi się spodobały i nie wiedziałem, o co cały ten szum. Do czasu, gdy nie obejrzałem/nie przeczytałem ich jeszcze raz kilka lat później, już nieco bardziej ukształtowany i z innymi myślami w głowie. Teraz już wiem. Co ciekawe, do powrotów do obu pozycji również mnie zmuszono…

4.Ognie św. Elma

Jeden z młodzieżowych klasyków amerykańskiego kina lat 80. (przy czym zaznaczyć trzeba, że ówczesne filmy młodzieżowe nie przypominały obecnie produkowanych pod tym szyldem obrazów), którego nigdy nie obejrzałem w odpowiednim wieku. Seans zaliczyłem w zeszłym roku, również dzięki szanownej małżonce – i mimo że lata i myśli już nie te, że świat i kino poszły do przodu, bawiłem się na nim tak, jakbym dopiero zaczynał dorosłe życie.

5.Mroczne miasto

Obejrzałem, co oczywiste, po Matrixie, bo mało kto widział arcydzieło Alexa Proyasa przed filmem Wachowskich, ale z miejsca się nim zachwyciłem. Nie pamiętam już, kto mnie do seansu przekonał, ale jestem dozgonnie wdzięczny, bo to, co wydawało się z opisu tanią i wtórną fantastyką, okazało się jednym z najbardziej kreatywnych i niedocenianych filmów lat 90. Jeśli jeszcze nie widzieliście, nadróbcie natychmiast tę zaległość. Przekonuję.

Ostatnio dodane