publicystyka filmowa

Szybka Piątka #30 – Filmy, które zostały nam skutecznie obrzydzone

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Pierwszy seans bywa zwodniczy. Czasami magia sali kinowej, ten wielki ekran, to bezbłędny, czysty dźwięk dolatujący do nas z każdej strony, może sprawić, że nie wyłapujemy wszystkim błędów i banałów usianych tu i tam w wybranym filmie. Gdy jednak później do niego wracamy niezauważone wcześniej detale rozrastają się do wielkich fabularnych wyrw.

W jeszcze innym przypadku początkowo podzielamy entuzjazm mas wobec ShrekówGrawitacji czy Terminatorów, ale z czasem nabieramy coraz więcej wątpliwości. Zaczynamy z obrzydzeniem patrzeć na wizerunki filmowych bohaterów, pojawiających się na wszystkim: od piórników, przez wycieraczki, po bokserki. Nasza niechęć do tytułów obdarzonych nawet największym kultem niemożebnie, i prawdopodobnie niesłusznie, wzrasta.

Pewnie najczęściej po dyskusji z znajomymi, dłuższej refleksji, po przeczytaniu wnikliwej negatywnej recenzji, czy obejrzeniu innego filmu poruszającego podobną tematykę, ale realizującego ją w bardziej satysfakcjonujący i kompletny sposób, zaczynamy kwestionować rangę uznanego poprzednika. To jednak dobry znak i, co paradoksalne, to przyjemne uczucie rozczarowania ponieważ właśnie wtedy orientujemy się, że Kino w nas naprawdę żyje, że jest nam nieobojętne. Bo to dla nas najważniejsza ze sztuk. Niechęć do filmów często powszechnie uznanych za arcydzieła to ogromny przywilej. Nie wstydzimy się tego.

shrek-3


Jacek Lubiński

1. Shrek

Shreka numer jeden miałem przyjemność obejrzeć po raz pierwszy w oryginale, jeszcze zanim cała Polska zaczęła padać na kolana przed ripostami Stuhra seniora. Już wtedy był to film kapitalny, do którego wracałem jeszcze wielokrotnie. Jednakże szał na punkcie rodzimego dubbingu, 50 sequeli i umieszczanie wielkiej zielonej mordy na wszystkim – od pieluch po autobusy – skutecznie obrzydziło mi całe to uniwersum, z którego z ciekawości luknąłem jeszcze tylko na część drugą, a oryginału nie widziałem już od lat i prędko raczej nie zobaczę. Nie mogę po prostu, bo widząc te dwie tępe miny powyżej zbiera mi się na wymioty, bluzgi i niczym nie uzasadnioną przemoc. Piękne dzięki!

2. stare polskie komedie

Rzucać tytułami mógłbym tutaj w nieskończoność – generalnie chodzi mi o ramówkę praktycznie każdej polskiej stacji telewizyjnej, która mniej więcej od momentu uzyskania demokracji puszczała te wszystkie Kargule i Pawlaki, Kogle-mogle, Misie, ptysie, Yogi babu i Franka Dolasa na golasa praktycznie non-stop. Przejadło mi się w końcu. Ileż można? Do dziś gra mi to wszystko w głowie na okrągło, zatem oglądanie tego raz jeszcze, nieważne jak dobre to wszystko było, mija się z celem. I władzą państwową.

3. Gwiezdne wojny

Uwielbiam oryginalną trylogię. Chciałbym ją kiedyś znów obejrzeć w pierwotnej formie – tak, jak mistrz Yoda przykazał. Skutecznie uniemożliwiają mi to jednak zmiany papcia Lucasa, który wymyślił sobie, że poprawi coś, co poprawek nie potrzebuje. O ile więc Disney nie wydusi dolarów na odkurzenie i przeskanowanie starych kopii (najlepiej od razu w 100k, co się będziemy szczypać), o tyle już się nie spotkamy dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

4. W głowie się nie mieści

Fajny film, przyjemny, często mocno abstrakcyjny jak na dziecięcą animację. Ale też niemożebnie głupi, prostacki, wbrew pozorom nie wykorzystujący potencjału. Wszelkie te ochy i achy, jakoby była to najlepsza animacja, która kiedykolwiek powstała (a do czego przyczynia się m.in. kolega Maciek :P) wydają mi się zatem o tyle przesadzone, co jednocześnie zniechęcają mnie do ewentualnej powtórki filmu. Najchętniej zresztą i tak wracałbym do scen-perełek, od których wszystko się zaczęło, czyli tych przedstawiających to, co dzieje się w głowie mamy i taty – a te mam i tak w zwiastunach. Smuteczek.

5. Grawitacja

Kolejne przeciętne, wypełnione nachalną symboliką, scenariuszowymi kretynizmami i tanim sentymentalizmem (oraz, co gorsza, kompletnie odpychającą bohaterką, która w kosmosie w ogóle nie powinna się była znaleźć), które urosło do rangi arcydzieła jedynie przez wzgląd na niebanalną realizację. I owszem, w kinie oglądało się to wszystko fajnie, a wiadoma scena to maestria audio-wizualnych tricków hollywoodzkich wyjadaczy. Ale to film na raz, który w dodatku w ogóle nie wynajduje koła (jakby chcieli tego fani), tylko powiela od dawien dawna znane schematy. Ot, taki Speed w przestrzeni kosmicznej. Nawet aktorka zresztą ta sama, a i wybuchy podobne. Z dwojga złego wolę oryginał – dalece bardziej emocjonujący i o wiele bardziej nowatorski w momencie premiery.

FC

Maciej Niedźwiedzki

1.Podziemny krąg

Przy pierwszym seansie Podziemny krąg zrobił na mnie wrażenie, ale głównie za sprawą swojej niesamowitej strony wizualnej. Gdy później do niego wróciłem rozczarowałem się. Dalej jest to niewątpliwy realizacyjny majstersztyk, ale merytorycznie Podziemny krąg nie ma zbyt wiele do zaoferowania. To dość prosta (banalna?) zgrywa z konsumpcjonizmu, nie wnikająca w istotę tego zjawiska, tak jak choćby zrobiło to American Psycho. Nie przekonuje mnie ta zbyt jasna dychotomia między światem korporacji i mieszkań urządzonych w meble IKEI a podziemną partyzantką, która wszystko to odrzuca. Za mało tu półcieni. Podziemny krąg to dla mnie wzorowy przykład kina efekciarskiego.

2.Birdman

Podobny przypadek jak Podziemny krąg. Imponujący wyczyn techniczny, który przy drugim seansie fizycznie mnie wręcz zmęczył. Próba artystycznej rehabilitacji jest dobrze rozpisana i na tym polu nie potrafię nic Birdmanowi zarzucić. Poza tym satyra na Hollywood, na blockbustery, na snobistyczną krytykę wydaje mi się zbyt jaskrawa i przy pierwszym wykorzystaniu faktycznie śmieszy, ale z czasem zaczyna być zbyt przewidywalna i oczywista.

3.Requiem dla snu

To dwugodzinny uciążliwy teledysk, w którym Aronofsky rozkoszuję się kolejnymi klęskami swoich bohaterów. Wydaje mi się, że reżyserowi bardziej zależy na warsztatowym popisie niż na bohaterach, przez co umyka gdzieś dramaturgia. Twórcy budują ją więc głównie za pomocą przytłaczającego głównego tematu muzycznego, tak bardzo przypominającego, że oglądamy tragedię. Po pierwszym seansie byłem oczywiście w szoku, ale później uznałem, że to jedynie nachalna i krzykliwa antynarkotykowa reklamówka. Dużo bardziej przekonuje mnie pozbawiony nieznośnego patosu Trainspotting.

4.Terminator 2

Tutaj pewnie narażę się wielu osobom. Terminator 2 nie jest filmem, który mi obrzydł, bo uwielbiam w nim wiele scen. Jednak coraz bardziej doskwiera mi ckliwość filmu Camerona, jestem mniej przekonany do pomysłu, by tytułowej postaci nadać tyle ludzkich cech. Partiami mi on nawet przeszkadza. W Terminatorze 2 brakuje mi bezkompromisowości i odwagi pierwszej części, którą uważam za bezsprzeczne arcydzieło.

5.Pianista

Jeśli za dwa najważniejsze filmy o Holocauście uznamy Pianistę Listę Schindlera, to film Polańskiego przy dziele Spielberga przypomina szkolną lekturkę, która asekurancko przeskakuje przez kolejne zjawiska kojarzone z tamtą gigantyczną tragedią. Polański nie wydobywa prawdziwego dramatu i skali, choć mam wrażenie, że miał takie ambicje. Czy to film ważny? W stu procentach i każdy powinien go znać. Czy to niepowtarzalne osiągnięcie artystyczne, zasługujące na wszystkie zdobyte nagrody? Mam bardzo duże wątpliwości, ponieważ uważam, że przeważył głównie temat, którego nikt nie potrafi zlekceważyć.

495d03d4df2990f147a4322e94a09afa

Jan Dąbrowski

1.Znachor

Są filmy, które mogę oglądać w nieskończoność. Ale są też takie (i tych jest znacznie więcej), które wystarczy przypomnieć sobie raz na parę lat. I właśnie Znachor jest takim dziełem – Hoffman się postarał, obsada jest zacna, a fabuła wzięta z Dołęgi-Mostowicza także jest bez zarzutu, jak na tego rodzaju kino. Niefortunnie, TVP postanowiła od kilku lat uczynić doktora Wilczura Polskim Kevinem, ponieważ niemal każdy długi weekend/święta/ferie/wakacje poprzetykane są Znachorem. Za piątym razem nadal mi się podobał, ale za tysiąc pięćset sto dziewięćsetnym razem już mam serdecznie dość. Nie tak powinna wyglądać misja telewizji (jeśli w ogóle coś takiego jeszcze funkcjonuje).

2. Wszystko za życie

Klasyczny przypadek filmu, który każdy mi poleca, ale od nikogo się nie dowiedziałem, dlaczego warto (poza tym, że „o życiu” i że „fajny”).

3. Grawitacja

Moje wrażenia po obejrzeniu Grawitacji oddalone są o bardzo dużo lat świetlnych od oczekiwań. I to nie jakichś tam wydumanych oczekiwań, tylko pielęgnowanych „wiarygodnymi” opiniami. To ten świetny film, który dostał więcej Oskarów, niż jest aktorów w obsadzie. Żeby przedstawić dwie świetne sceny (do których aktorzy akurat wcale nie byli potrzebni) wystarczył krótki metraż. Druzgocące rozczarowanie, nie prędko – jeśli w ogóle – wrócę do tej produkcji.

4. Nietykalni

Jako jednorazowy, lekki i zabawny (lecz niegłupi) film – jak najbardziej. Natomiast wodospad lukru wylany na ten film przez zachwycone rzesze i wynoszenie ów dziełka pod niebiosy jest dla mnie nieporozumieniem. Dobra, prosta komedia. Na tym koniec, jest mnóstwo zabawniejszych produkcji.

5. Chłopiec w pasiastej piżamie

Obrzydzony na podobnej zasadzie, co Wszystko za życie – z tą różnicą, że tutaj postawiono mnie przed stwierdzeniem, że film to arcydzieło i w ogóle bez chusteczek i klęcznika mam go nie oglądać. Więc nie oglądam.

joy-jennifer-lawrence-hi-res-xlarge

Darek Kuźma

1. Ostatnie kilka filmów Davida O. Russella

Każdego roku mam lekką awersję do filmów, które są stawiane w gronie najlepszych tylko dlatego, że zostały nominowane do Oscara, ale w przypadku obrazów Russella moja niechęć ciągle wzrasta, bowiem nie dostrzegam w nich nic poza dobrym rzemiosłem. Nie widziałem jeszcze Joy, a już mam do tego filmu złe nastawienie. Russell zdołał także utrudnić mi docenianie Jennifer Lawrence, którą uwielbiałem po kolejnych seansach „Do szpiku kości”…

2. Uwierz w ducha

Bardzo mi się ten film kiedyś podobał, zarówno jako klasyczny melodramat, jak i słodko-gorzka komedia o duchach, ale po doświadczeniu tysięcznej popkulturowej aluzji do lepienia z gliny Uwierz w ducha straciło w moich oczach swój pierwotny, bezpretensjonalny urok. A kiedy słyszę to nieszczęsne Unchained Melody, powiązane już chyba na zawsze z tym kochanym przez wszystkich cholernym lepieniem garnków, robi mi się przede wszystkim smutno.

3. Obie części Kill Bill

Lubię i doceniam filmy Quentina Tarantino, ale poza Wściekłymi psami nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem jego twórczości. Być może dlatego wspominam nieco inaczej wyczekiwanie na premierę dylogii Kill Bill, którą większość podejrzewała już miesiące wcześniej o bycie wielkim powrotem po zbyt długiej przerwie. A ja do dzisiaj nie potrafię się z tymi filmami zaprzyjaźnić. I za każdym razem kusi mnie, żeby wrócić do przestępców z kolorowymi ksywkami…

4. Amerykańska wersja Pozwól mi wejść

To całkiem niezły film, stanowiący relatywnie udany remake szwedzkiego arcydzieła, choć zdecydowanie zbyt dosłowny i – jak to często w amerykańskich przeróbkach bywa – przymilający się nachalnie do masowego widza. Nie miałbym jednak nic przeciwko temu, a nawet bym pewnie do niego wrócił, gdyby nie dziesiątki opinii i recenzji wychwalających go za kreatywność i świeżość, również w kontekście oryginału. Tego zdzierżyć po prostu nie potrafię.

5. Artysta

Po pierwszym seansie byłem Artystą zachwycony. I jako fajnie wystylizowaną komedą, i pięknym hołdem złożonym magii niemego Hollywood. Po drugim, jeszcze przed Oscarami, spodobał mi się jeszcze bardziej. Trzeciego nie było, zniechęciła mnie fala nienawiści, która przelała się przez media i media społecznościowe. Bo przecież nieznani szerzej Francuzi zrobili film pod amerykańskie Oscary, a premiera na festiwalu w Cannes była tylko sprytną przykrywką…

Ostatnio dodane