Sztuczne światy

Sztuczne światy – KLOPSIKI I INNE ZJAWISKA POGODOWE

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Kuriozalny tytuł filmu dobrze oddaje charakter animacji Chrisa Millera i Phila Lorda (reżyserów znanych z Lego Przygody i 21 Jump Street). To bowiem kino naprawdę niekonwencjonalne, bo opierające się na karkołomnym fabularnie koncepcie. Wizualny rozmach natomiast może nie tyle zaskakiwać, co również budzić kontrowersje. Mamy więc szalonego naukowca i nieudany eksperyment. Spokojną mieścinę i globalny atmosferyczny kataklizm. Latające kawałki pizzy i pewnego drugoplanowego bohatera, odnajdującego swoje „ja” w ciele… kurczaka.

Ciągle obecna gra z gatunkowymi konwencjami i formalny eksces nie przysłaniają tego, że jest to przede wszystkim film o odbudowującej się rodzinie.

Klopsiki i inne zjawiska pogodowe na pewno mogą zniesmaczyć. Pozostawiają jednak po sobie wrażenie bycia czymś szczególnym i ekstremalnym. Produkcją, o której wartość artystyczną łatwo się pokłócić. Nie zmienia to jednak faktu, że Klopsiki wyróżniają się na pejzażu współczesnego kina animowanego

Na pierwszym planie mamy Flinta Lockwooda. Chłopaka wychowującego się na małej wysepce na Atlantyku. Jego ojciec prowadzi sklep z sardynkami. Zresztą wszyscy mieszkańcy w ten czy inny sposób związani są z przemysłem rybnym. Od zwyczajnych handlarzy, przez rybaków, po chciwego burmistrza, usilnie starającego się skomercjalizować miasteczko i ściągnąć do niego turystów. Wabikiem ma być… Sardynkowy Park. Zakochanemu w nauce Flintowi nie po drodze z oczekiwaniami ojca, który niechętnie spogląda na ekscentrycznego syna, przeprowadzającego w swoim laboratorium coraz to nowsze eksperymenty.

Życie chłopaka i mieszkańców czeka jednak prawdziwa rewolucja. Flint stworzy maszynę przemieniającą wodę w dowolne pożywienie. Sardynki przestaną być główną i jedyną pozycją z menu. Zastąpią je spadające z nieba hamburgery, steki, owoce, lody, naleśniki i grillowane kurczaki. Z kolei Flint z lokalnego wyrzutka i odmieńca zmieni się w wielką gwiazdę: magika i żywiciela całej społeczności. Na pogodowym fenomenie skorzystać chce zachłanny burmistrz. W zdecydowanie mniej korzystnej sytuacji jest ojciec głównego bohatera, który orientuje się, że ze swoim synem ma coraz mniej wspólnego.

Klopsiki i inne zjawiska pogodowe wchodzą na najwyższe obroty w ostatnim akcie. Wtedy Flint z paczką znajomych decyduje się na misję, celem której jest unieruchomienie znajdującej się w chmurach maszyny. Flint wcześniej stracił kontrolę nad swoim wynalazkiem i ten zaczął wyrzucać z siebie porcje dań zmutowanych i o ogromnych rozmiarach. Zagrażają one już nie tylko miasteczku, ale mogą dotrzeć nawet do amerykańskich metropolii. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, twórcom naprawdę udaje się oddać i skalę tego wydarzenia, i wiążące się z nim zagrożenie. Gdy jesteśmy we wnętrzu ociekającej tłuszczem i rozrastającej się maszyny, otoczonej przechodzącymi w trąby powietrzne chmurami, Klopsiki… swoją mroczną estetyką zbliżają się do rasowego monster horroru. Najbardziej adekwatnym porównaniem byłyby tutaj obrazy siedliska królowej z Obcego. To równie oślizgłe i niebezpieczne miejsce, w którym każdy krok może być tym ostatnim.

Animacja Phila Lorda i Chrisa Millera ma też potencjał, by odczytywać ją jako alegorię i niewyrażaną dosłownie przestrogę. To bowiem film, mierzący się z otyłością i marnotrawstwem, czyli jednymi z największych bolączek zachodnich społeczeństw. W obrazowaniu tego zagadnienia nie chodzi nawet o nabierającego karykaturalnych rozmiarów obleśnego burmistrza, ale o sam obraz pożywienia atakującego niewinnych i bezbronnych cywili. Jedyną ich obroną może być apetyt, który – jak się okazuje – też musi mieć swoje granice. Autentycznie przerażać też mogą stosy dobrego jedzenia wyrzucane na wysypisko. Tak, to film wypchany po brzegi hiperbolami i przesadą. Dzięki tym środkom twórcy mogą trafić w sumienie niejednego widza.

Klopsiki i inne zjawiska pogodowe to pastisz kina katastroficznego i gastro-horror. Ciągle obecna gra z gatunkowymi konwencjami i formalny eksces nie przysłaniają tego, że jest to przede wszystkim film o odbudowującej się rodzinie. Miller i Lord podchodzą do tego wątku ze szczególną wrażliwością. Kilka scen naładowanych jest właściwą dawką emocji. Choćby ta, gdy przygnębiony ojciec bierze swojego syna na ważną rozmowę. Chce, by spojrzał mu w nieustannie ukryte za bujnymi brwiami oczy. To przełomowy moment w ich relacji. Nie mniej istotny jest fakt, że matka Flinta umarła, gdy bohater był jeszcze małym chłopcem. Była ona jedyną osobą, która wspierała go w fascynacji nauką. Symboliczne znaczenie ma tu prezent, który od niej kiedyś otrzymał – laboratoryjny fartuch. W finale to ojciec, przeciwny ekscentrycznemu hobby syna, przekazuje Flintowi kitel, jawiący się wówczas jako superbohaterska peleryna. To w niej główny bohater ma uratować świat.

Przez cały film ojciec z synem spierają ze sobą, ścierają i szukają porozumienia. To dwa zupełnie przeciwne charaktery, ale starające się znaleźć wspólny język. Od obu stron wymaga to jednak wyrzeczeń i prób. Podobnie jak seans Klopsików i innych zjawisk pogodowych, który może wywoływać estetyczny niesmak i wątpliwości. Jednak przy odpowiednim nastawieniu i nieco większej wyrozumiałości można z tego filmu wydobyć zaskakująco wiele.

Ostatnio dodane