Ranking

SZEKSPIR W KINIE

Autor: REDAKCJA
opublikowano

shakespeareOd śmierci Szekspira minęło czterysta lat. Przez ten czas zmieniały się definicje sztuki i powstały jej nowe dziedziny. Świat nieporównywalnie przyspieszył i  zaroił się od nowoczesnych wynalazków i zagrożeń. I choć dzisiejsza rzeczywistość ma niewiele wspólnego z tą sprzed czterech wieków, autor Hamleta cieszy się niegasnącą popularnością, która właśnie teraz przechodzi swój renesans. Brytyjczycy ogłosili program Shakespeare Lives. Pod tym szyldem odbywają się (także w Polsce) pokazy ekranizacji dzieł pisarza, wystawia się spektakle, organizuje wystawy i nagrywa nowe aranżacje jego sonetów.

Najbardziej niesamowite jest to, że mimo upływu lat treść Romea i Julii czy Ryszarda III pozostaje zrozumiała i wciągająca, a język utworów nadal potrafi zachwycić. Filmowcy dostrzegli ten potencjał, chętnie przenosząc dzieła na duży i mały ekran. Nie sposób wymienić wszystkich tytułów, a poniższe zestawienie to raczej redakcyjny wybór, który obrazuje bogactwo i różnorodność w podejściu do twórczości Szekspira, która nie zestarzała się i od czterystu lat inspiruje i budzi emocje.

tumblr_o5ng80w0lq1qhlx6do1_r1_1280

Burza (1982) reż. Paul Mazursky

W Burzy Paula Mazursky’ego, uwspółcześnionej wersji (uważanego za ostatni) dramatu Szekspira, rozpoznajemy postaci oraz sytuacje, lecz znaczą one zupełnie coś innego niż w oryginale.

Historia znużonego życiem nowojorskiego architekta, który ucieka od swojej żony, pracy i świata na grecką wyspę, aby pędzić prosty żywot wraz z nastoletnią córką i przypadkową piosenkarką, ma w sobie sporo humoru i typowej dla Mazursky’ego obserwacji mieszczańskiej mentalności. Tematem filmu staje się kondycja ludzka w momencie negacji wartości w swoich dotychczasowym życiu, ale oczywiście zakwestionowanie wszystkiego jest niemożliwe; człowiek zawsze pozostanie człowiekiem, wraz ze swoją cielesnością, popędami i uczuciami. Wpisanie w to tytułowej burzy oraz konsekwencji, jakie pociąga za sobą, nie jest do końca wygrane, a nawet wiarygodne. Mimo to całość broni się jako oryginalna adaptacja szekspirowskiego dzieła, starająca się oddać jej sprawiedliwość, jednocześnie pozwalając sobie na wyjątkowo luźne potraktowanie pierwowzoru.

Co jest również dobre w tym obrazie to role, zwłaszcza Johna Cassavetesa jako głównego bohatera oraz Raula Julii, którego prymitywny Kalibanos wspaniale kontrastuje z cywilizowanymi przybyszami. Ostatecznie okazuje się, że i on, i oni, zbudowani są z tej samej gliny. [Krzysztof Walecki]

johnny-hamlet

Johnny Hamlet (1968), reż. Enzo G. Castellari

Szekspir pewnie przewraca się w grobie… ze śmiechu. Jego filozoficzno-egzystencjalny dramat został przerobiony na efektowną produkcję rozrywkową, a bierny w swej postawie, naznaczony tragizmem duński książę przemienił się w dynamicznego action hero. Motywem jego postępowania jest śmierć ojca, a trop prowadzi na ranczo Elseñor, gdzie wdowa zabawia się z bratem zmarłego. Weteran wojny secesyjnej Johnny „Hamlet” Hamilton nie będzie mógł jeszcze odłożyć broni, bo kolejny bratobójczy konflikt wydaje się nieunikniony. Zaskakujące, że imiona bohaterów sztuki pozostały właściwie bez zmian. Jest Horacy, Claude (Klaudiusz), Ross i Guild (czyli Rosencrantz i Guildenstern), Gertruda… Ofelię zamieniono na Emilię, zaś z Poloniusza zrobiono skorumpowanego szeryfa.

Enzo Castellari dopiero w następnej dekadzie odniósł sukces, głównie dzięki charyzmatycznej gwieździe jaką był Franco Nero. Tutaj nie ma takich magnetyzujących protagonistów, ale ogląda się wyśmienicie wyłapując nawiązania do pierwowzoru i przewidując rozwój wypadków. Filmowi, w zależności od kraju, nadawano różne tytuły. Oryginalny włoski tytuł jest niesprecyzowany – to po prostu Brudna historia z Dzikiego Zachodu. W krajach niemieckojęzycznych ochrzczono Johnny’ego Hamiltona jako Django, dodając podtytuł Grabarz już czeka. Anglojęzyczne tytuły To Kill or Not to Kill? i Johnny Hamlet nie bez przyczyny wskazują na powiązanie z Szekspirem. Dzieło Castellariego nie stało się wielkim hitem i zostało już niemal zapomniane, ale dzięki zapożyczeniom z Szekspira powiewa świeżością i ogląda się to jak intrygujący persyflaż wyśmiewający pretensjonalność i niezamierzoną kiczowatość klasycznych adaptacji. Atutami filmu są muzyka, którą skomponował Francesco De Masi, oraz piosenka Find the Man. [Mariusz Czernic]

uxopli9scsheh2wulkyy1auuvk8

Juliusz Cezar (1953), reż. Joseph L. Mankiewicz

Akces Josepha L. Mankiewicza do kina historycznego. Nie tak spektakularny jak Kleopatra (1963), ale pod wieloma względami ciekawszy. Mankiewicz to przede wszystkim pisarz, dla którego słowo było zawsze ważniejsze niż obraz. Szanował też Szekspira, dlatego w czołówce Juliusza Cezara nie wpisał autora scenariusza. Film jest wierną adaptacją sztuki – błyskotliwą, wypełnioną bogatym słownictwem, poruszającą. Dzisiaj, gdy w kinie liczy się ruch i akcja, takie kino ma niewielu zwolenników. Wprawdzie reżyser zadbał o porządną scenografię i odpowiednią ilość statystów, którzy nie są tu wyłącznie biernymi obserwatorami, to jednak przesadna dosłowność, figuratywność, zgodność z tekstem są odbierane jako dowód na brak wyczucia, nieumiejętność stworzenia prawdziwego kina na bazie doskonałej sztuki.

Kluczem do sukcesu (szczególnie artystycznego) okazała się świetnie dobrana ekipa aktorska. Marlon Brando (Antoniusz), James Mason (Brutus) i John Gielgud (Kasjusz) stworzyli wybitne kreacje, ożywiając historyczne postacie, czytelnie odgrywając miotające nimi emocje i po szekspirowsku chwiejąc się w rozterce duchowej. Film przenosi widza do starożytnego Rzymu, podejmując dyskusję dotyczącą słynnych wydarzeń z 44 roku przed Chrystusem. Czy Juliusz Cezar faktycznie był „odurzony zaszczytami i władzą”, jak pisał Plutarch w Żywotach? Czy ambicje tego dyktatora były na tyle chore i perfidne, by uznać jego śmierć za wybawienie dla republiki? Centralne miejsce w filmie zajmują dwie przemowy – najpierw Brutus, potem Antoniusz próbują tak zmanipulować zgromadzoną publiczność, by przeciągnąć ją na swoją stronę. Widz także daje się zmanipulować – jeden i drugi orator zdradzają szlachetną postawę, brak złych intencji. Głos ludu jest ważny, tak było dawniej, tak jest dziś. Wpływa on na politykę i kino. [Mariusz Czernic]

hamlet-gibson

Hamlet (1990) reż. Franco Zeffirelli

Nie pierwsza, ale z pewnością w owej chwili zaskakująca dramatyczna rola Mela Gibsona, który mocno zaryzykował, wcielając się w duńskiego księcia. Pod czujnym okiem Franco Zeffirelliego, dla którego szekspirowskie ekranizacje były standardem, gwiazdor kina akcji poradził sobie jednak bezbłędnie. Rola ta była zresztą niejakim następstwem szaleństw z Zabójczej broni – Gibson otrzymał angaż w oparciu o niezwykle sugestywną próbę samobójczą z pierwszej części ówczesnej dylogii. W sukurs przyszli mu w dodatku znakomici współwykonawcy (Glenn Close, Alan Bates, Paul Scofield, Ian Holm i młodziutka Helena Carterówna) oraz solidna strona techniczna filmu (dwie nominacje do Oscara), wraz z muzyką legendarnego Ennio Morricone. Wszystkie te elementy nie przytłaczają charyzmy Gibsona w portretowaniu z wolna tracącego zmysły Hamleta, ale czynią całe widowisko z pewnością godnym uwagi.

Inna sprawa, że generalnie jest to mało zaskakująca, zrobiona w sumie od linijki adaptacja – wierna oryginałowi do szpiku kości, poprawna, ale nie dająca jakby nic od siebie, pozbawiona twórczej fantazji, zatem o jakichkolwiek swoistych woltach i eksperymentach można zapomnieć. Czyni to z wersji A.D. 1990 chyba najmniej charakterystyczną ekranizację danej sztuki. Ale też i jedną z najbardziej przystępnych, taką, którą śmiało można polecić każdemu, kto nie ma czasu bądź ochoty na lekturę książki. [Jacek Lubiński]

hamlet-branagh

Hamlet (1996) reż. Kenneth Branagh

Epickie dzieło – tak można w skrócie podsumować obchodzący właśnie swoje dwudziestolecie film Branagha. Aktor/reżyser, który już wcześniej z sukcesem mierzył się z Szekspirem na dużym ekranie, tutaj osiągnął adaptacyjne apogeum, co zaowocowało czterema nominacjami do Oscara i dwoma do brytyjskiej BAFTA. Blisko czterogodzinne widowisko poraża tyleż rozmachem, co obsadą, która jest tak potężna, że nie starczyłoby akapitu na jej opisanie – i nieważne, że często takie legendy jak Heston, Attenborough czy Gielgud pojawiają się dosłownie na chwilę. Mają co grać, a wszelkie relacje między postaciami nawet najdalszego planu są przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. To zresztą najwierniejsza oryginałowi i najpełniejsza ekranizacja szekspirowskiej sztuki, której akcję Branagh z sukcesem przeniósł do XIX wieku i nadał jej odrobinę militarne zacięcie. Efektem wizualny majstersztyk, który z łatwością się chłonie, pomimo niebotycznego metrażu. I choć długość tej wersji Hamleta może stanowić nie lada wyzwanie, to i tak jest to pozycja obowiązkowa dla książkowych leniuchów. I kto wie, czy nie najlepsza z całej tej stawki. [Jacek Lubiński]

coriolanus

Koriolan (2011) reż. Ralph Fiennes

Bezsprzecznie jedno z najlepszych przenosin XVI-wiecznej sztuki na ekrany XXI stulecia. Znakomita obsada i ubranie wszystkiego w realia konfliktu pomiędzy współczesnym (acz nieprawdziwym) Rzymem i rebeliantami rodem z Bałkanów (film kręcono w Serbii) wyszły debiutowi Ralpha Fiennesa na dobre. Aktor gra tu także tytułową rolę, którą dobrze znał już wcześniej z desek teatru londyńskiego. To właśnie jego kreacja i niesamowity pojedynek charakterów z wcielającym się w Tullusa Gerardem Butlerem „robią” ten film. Dodatkowym atutem jest też niezwykle ciężka, ponura atmosfera oraz brudna faktura miejsc, w których toczy się większość akcji. Dzięki tym wszystkim elementom historia potężnego, ale upadłego generała i byłego bohatera Rzymu, który został wyklęty przez swych braci, po czym w imię zemsty przeszedł na stronę zaprzysięgłego wroga, tak dobrze smakuje. Nawet wyjęty wprost z oryginału, zupełnie nie zmieniony język bohaterów, choć spokojnie mógł zostać unowocześniony i ubrany w kwieciste epitety jakoś dziwnie pasuje do tego świata. Jest krwawo, brutalnie, bezpardonowo, pozornie skomplikowanie, ekscytująco i uniwersalnie – Szekspir jak się patrzy. Fiennes potrafił jednak sprawić, że nawet nie będąc fanem twórczości legendarnego dramaturga, chłonie się Koriolanusa jak gąbka. [Jacek Lubiński]

Theatre of Blood

Krwawy teatr (1973), reż. Douglas Hickox

Doskonały pastisz z popisową kreacją Vincenta Price’a. Wybuchowy koktajl makabry i czarnego humoru. Mariaż Szekspira z horrorem gore. Uznany za zmarłego aktor szekspirowski dokonuje zemsty na krytykach, którzy nie potrafili dostrzec jego talentu i przyczynili się do upadku jego kariery. Krytycy pożałują słów, jakie napisali kiedyś na jego temat. Price kolejny raz odgrywa sfiksowanego mordercę, a pomysłów na zbrodnie dostarczają dramaty Wielkiego Barda – od Juliusza Cezara do Króla Leara. Aktor stworzył nad wyraz groteskową postać, parodiując manierę wybitnych aktorów teatralnych, ale też swoją własną.

Film zrealizował Douglas Hickox – twórca sugestywnego i trzymającego w napięciu dramatu sensacyjnego Sitting Target (1972) z udziałem Olivera Reeda i Iana McShane’a. Swoją szekspirowską makabreską dołączył do dyskusji na temat przemocy, która w filmach staje się coraz bardziej agresywna (w latach siedemdziesiątych szczególnie było widać tę nagłą przemianę – od niedopowiedzeń i sugerowanej grozy po dosłowność i okrucieństwo). Hickox zauważa, że przemoc i śmierć, które za czasów Szekspira były tematem tragedii, stanowią dziś luźną rozrywkę, atrakcyjny towar dla mas. Wyczuwa się tu nostalgię za dawnym, subtelniejszym kinem grozy. Nastrojowa partytura Michaela J. Lewisa wprowadza taką właśnie nutę romantyzmu i nostalgii. [Mariusz Czernic]

Ostatnio dodane