Startuje festiwal w Gdyni | FILM.ORG.PL

Startuje festiwal w Gdyni

Artykuły o filmach, publicystyka filmowa / 06/06/2011








Rafał Oświeciński
06.06.2011


Najważniejszy festiwal filmu polskiego już za moment startuje, a jako że konkurencja w tym roku dość mocna, to w kilku słowach wypada powiedzieć, kto i co pokaże. Nie jest znowu w konkursie tak wiele, niemniej pojawia się parę tytułów już z ekranów znanych, parę dopiero wchodzących i kilka zupełnie nieznanych.
Nad całością festiwalową czuwa Michał Chaciński, mianowany dyrektorem artystycznym i jest to wiadomość bardzo pozytywna – bo koleś ma głowę na karku (jako dziennikarz, felietonista), wie co na świecie kultury piszczy oraz wie jak się dzisiaj ogląda filmy, więc… na razie marudzić nie wypada.

W konkursie głównym zaprezentowanych zostanie 12 filmów. W zeszłym roku startowało ich 20, 2 lata temu 24, wcześniej również zawsze ponad 20 tytułów. Czyżby przeniesienie terminu Festiwalu z wczesnej jesieni na początek lata nie było udanym krokiem? Co prawda łatwiej załapać się laureatom na wyścig przedoscarowy (film musi mieć premierę do końca września), łatwiej też o milszą pogodę, a sam festiwal nie konkuruje (ha, ha!) z wrześniowymi festiwalami w Wenecji czy San Sebastian. Trudno powiedzieć, dlaczego tak marna frekwencja w tym roku, co nie znaczy jednak, że to źle. Lepiej obejrzeć 12 dobrych filmów niż dwa razy więcej z połową gniotów – bo te gnioty spowodują jedynie niepotrzebny ból głowy.

Co będzie grane w Gdyni? Na pierwszy rzut oka filmy konkursowe wyglądają bardzo przyzwoicie. Nawet te słabujące w opisach nie muszą być rozczarowujące.

1. „Czarny czwartek”, reż. Antoni Krauze
Przyznać trzeba, że film był niezły – dobrze nakręcony, odpowiednio zagrany, dobrze napisany. Troszkę emocjonalnie nadęty, historycznie czarno-biały, a pod względem fabularnego napięcia na pewno nie jest „Krwawą niedzielą”, niemniej gdyby takich filmów powstawało więcej (tematyka, realizacja) wcześniej lub później trafiłoby się nam małe cacko. Solidna robota raczej bez szans na znaczące nagrody (bo i za co?)

2. „Daas”, reż. Adrian Panek
Andrzej Chyra w roli autentycznego sekciarza ziem polskich, Jakuba Franka, który omotał żydowskie i polskie głowy w końcówce osiemnastego wieku. Historia, religia, polityka, wielkie idee i wojna w jednym. Kino kostiumowe, fabularnie niegłupie, wyglądające podobno przyzwoicie. Do tego debiut filmowy. Interesujące.


3. „Essential Killing”, reż. Jerzy Skolimowski
Niektórzy lubią bardzo, niektórzy gardzą. Skolimowskiemu film na pewno się udał, bo o zimowej ucieczce się dyskutowało, a nie milczało – a to już co najmniej połowa sukcesu. Oby tylko Gallo, w niewątpliwie dobrej roli, nie zgarnął nagrody, bo jednak Złoty Lew powinien powędrować do najlepszego polskiego aktora.

4. „Italiani”, reż. Łukasz Barczyk
Nie widziałem, ale ze zwiastunów wyłania się piękne, artystyczne ćwiczenie. Filmowa etiuda? Teatr filmowy (przedziwne połączenie). Na pewno formalny eksperyment wykraczający poza oczekiwania widzów. Ot, Łukasz Barczyk zrobił to, co chciał i jak chciał. Za to szacunek. A za film? Nie słyszałem nigdzie głośnych braw.


5. „Ki”, reż. Leszek Dawid
Samotna matka i kłopoty. Mógłby powstać wzorcowy dramacik moralny, a to podobno historia żywa, optymistyczna i taka niepolska: o kobiecie (Roma Gąsiorowska), która się nie daje. Jakie jest, tego nikt nie wie, bo film w kinach pojawi się później.


6. „Kret”, reż. Rafael Lewandowski
Debiut fabularny Rafaela (sic!), do tego thriller z naleciałościami polityczno-historycznymi, a jeszcze mocno obsadzony: Chyra, Dziędziel, Pszoniak, Topa, Orzechowski. Rzecz o dochodzeniu do prawdy o osobie, którą niby znało się na wylot, choć nie do końca. Przyznam, że może to być niezły, skromny film, bez szans na rynkowy sukces (chyba że wygra).


7. „Lęk wysokości”, reż. Bartosz Konopka
Pamiętacie „Królika po berlińsku”? To był świetny dokument, teraz czas na debiut fabularny Konopki. Treść: ojciec, syn, poszukiwanie tożsamości, bla bla bla. Na poziomie opisu fabuły nie znalazłem nic ciekawego, co mógłbym w tym tekście sprzedać, więc nie wygląda to zachęcająco, niestety. Podobno psychologiczny, podobno komiczny, podobno z suspensem (dlatego tak mistrzowski tytuł?). Dorociński i Stroiński w rolach głównych, a Agnieszka Holland wcieliła się w rolę opiekuna artystycznego. Może być świetny, może być kiepski, może go po prostu nie być.


8. „Młyn i Krzyż” reż. Lech Majewski
Rutger Hauer. W roli głównej. Charlotte Rampling i Michael York na drugim planie. Jak zwykle u Majewskiego: formalny eksperyment ponad treść, która tutaj sprowadza się do – dosłownej – ekranizacji obrazu Bruegla „Droga krzyżowa”. Postaci z obrazu ożywają, mają swoją krótką historię, a Majewski dopowiada to, co przemilczane i schowane przed wzrokiem. Brzmi smakowicie, ale na pewno nie jest dla każdego.


9. „Róża”, reż. Wojciech Smarzowski
Smarzowski jest najlepszym współczesnym polskim reżyserem i basta! W taki sposób można go tytułować po zaledwie dwóch filmach, które z miejsca stały się klasykami polskiej kinematografii. Czy Smarzowski powtórzy sukces „Wesela” i „Domu złego”? Ba, czy je przebije? Temat wymarzony: koniec II Wojny Światowej, Niemka z Mazur, Polak-weteran, miłość i relacje międzyludzko-międzynarodowe w tle. Czyli jest materiał do wnikliwej obserwacji, jest niebanalne tło. To nie może być po prostu film o miłości. Smarzowski najlepiej mówi jednak o zawiści, małostkowości, nienawiści. Będzie się działo, czuć w powietrzu bezkompromisowość. Chyba najbardziej przeze mnie oczekiwany polski film w tym roku.


10. „Sala samobójców” reż. Jan Komasa

Według słynnych już słów Duxa – „najlepszy polski film wszech czasów”. „Lekkie” przegięcie, bo i pamiętać trzeba o Munku, Hasie, Kieślowskim, Barei, Machulskim, Wajdzie i Pasikowskim, niemniej to zaskakująco świeże polskie kino: doskonale zrealizowane, niebanalnie (powtórzę: NIEBANALNIE) opowiedziane i po prostu hicior polskich kin, co nie zdarza się – w przypadku dobrych polskich filmów – często. Moim zdaniem czarny koń konkursu.


11. „W imieniu diabła”, reż. Barbara Sas-Zdort
Młoda dziewczyna z psychicznymi problemami trafia do klasztoru, gdzie jedyną słuszną diagnozą choroby jest, oczywiście, opętanie przez samego szatana. Ot takie perypetie klasztorne. Czyżby swojski rimejk „Matki Joanny od Aniołów”? Pewnie nie, ale fabuła brzmi co najmniej nieciekawie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.


12. „Wymyk”, reż. Greg Zglinski
Debiut Zglińskiego, „Cała zima bez ognia”, był naprawdę niezły. Co prawda zawierał w sobie wszystko to, co uważane jest za najgorsze w tzw. polskich dramatach psychologicznych, ale jeśli ktoś ma odrobinę cierpliwości, to w obyczajowym snuju można dostrzec świetny warsztat i niegłupią historię, które zakryły lekko pretensjonalny, superpoważny ton całości. „Wymyk” zdaje się podobny, ale jednocześnie zdecydowanie idący w stronę klasycznego moralnego niepokoju. To historia dwóch braci, z których jeden reaguje na tragedię – i dopada go tragedia – a drugi nie reaguje, bo jest tchórzem, i dopada go tragedia jeszcze większa. Brzmi dobrze, ale na pewno nie dla każdego.



Moi faworyci? Obstawiam „Różę” Smarzowskiego lub „Salę samobójców” Komasy. „Daas” może zaskoczyć (Chyra!), podobnie jak „Ki” (Gąsiorowska!).


Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Albertino

    Des jak zwykle w pogotowiu :) Też czekam najbardziej na "Różę", ale jestem też pełen obaw. Nie należy też skreślać nowego filmu Majewskiego, bo ma wśród polskiej krytyki znakomite recenzje i od siebie dodam, że zwiastun wygląda zachwycająco.

  • Peckinpah

    "Róża" wydaje się chyba najbardziej interesująca, chociaż temat II wojny światowej wydaje się już wyeksploatowany i trudno sobie wyobrazić coś oryginalnego na ten temat. Ciekawie wygląda film "Daas" chociażby dlatego, że to film kostiumowy, a dawno nie było w polskim kinie dobrego filmu kostiumowego.

    PS. Ekranizacja obrazu :) Tego jeszcze nie było! Pod względem wizualnym "Młyn i krzyż" na pewno jest arcydziełem, ale czy taki eksperyment nadaje się na pełnometrażowy film. Mam wątpliwości.

  • Marcin Zet

    Z tego, co czytałem, akcja "Róży" nie dzieje się pod koniec 2 Wojny Światowej, ale na początku tzw. czasu pokoju – kiedy to Polskę toczyła krwawa wojna domowa, czyli głównie ex-AK vs. WP, ale nie tylko. Pomijając to, co działo się wtedy w Bieszczadach, na Mazurach było chyba najostrzej (grasowały bandy, popularne były samosądy itd.). To była jedna wielka rzeź. Zgaduję, że będzie ostro i satyrycznie. W końcu to Smarzowski. Kibicuję!
    Swoją drogą dziwne, że do tej pory żaden (?) filmowiec się jeszcze za to nie brał. O Biesach nie wspominając.

  • Albertino
  • Donia Agata

    "Lepiej obejrzeć 12 dobrych filmów niż dwa razy więcej z połową gniotów – bo te gnioty spowodują jedynie niepotrzebny ból głowy." I właśnie tym kierował się Chaciński Michał (którego cichaczem wielbię)przy wyborze filmów na festiwal. I chwała mu za to. Słyszałam, że Małgorzata Szumowska nie zgłosiła swego najnowszego filmu, bo chce startować w Wenecji, a tam stawiają warunek; "żadnych innych festiwalów przed nami".
    Z opisanych pokrotce wyżej filmów stawiam na "Różę". Może być bardzo ostro. Na "Salę samobójców" także. Może na "Młyn i krzyż", choć wątpię, by ten film był w stanie zrobić jeszcze karierę w kinach. No i jestem ciekawa Romy Gąsiorowskiej, wreszcie doczekała się innej roli od pokręconej panienki, jakie do tej pory grała. Mam nadzieję, że mnie olśni tak jak zrobiła to za pierwszym razem w "Wojnie polsko-ruskiej".
    Nowy Łukasz Barczyk i jego "Italiani" – wątpię. Widziane fragmenty, tak jak sam reżyser, wydają się bardzo pretensjonalne. Ale… zobaczymy. Nie mówię nie.
    A "Linczu" nie będzie?
    W każdym razie, trzymam kciuki za festiwal pod nową dyrekcją.

  • desjudi

    "Ki" podobno znakomite. i "Daas" również. Oba są debiutami i coś podskórnie czuję, że to debiutanci w tym roku rozdadzą karty (bo jeszcze jest Komasa przecież).

  • desjudi

    recenzje "Róży" już są. I zachwyt, i szok, i przerażenie. Smarzowski znowu wysmażył coś pysznego.
    Cholernie mocny konkurs.

  • Albertino

    Na razie nie ma się co ekscytować. Na początku "Rewers" też był objawieniem, jak i kilka innych tytułów w ostatnich latach. Po jakimś czasie jednak okazywało się, że nie do końca. Śledzę m.in. relację na stopklatce i jakoś nie chce mi się wierzyć, że oglądam właśnie odrodzenie rodzimej kinematografii. Z filmów konkursowych widziałem bodajże tylko "Essential Killing", które w stopklatkowym 'oceanarium' ma dziewiątki i dziesiątki. Dla mnie natomiast to żadne cuda, raczej dość płaskie dziełko, które ni stąd ni zowąd zarobiło na Wenecji trochę wyróżnień, co z kolei dodało naszym krytykom skrzydeł.

  • Albertino

    Oczywiści "w Wenecji". Cóż, godzina nie ta :)

  • desjudi

    nie ma co się ekscytować, ale jak na razie to żaden z filmów nie wzbudził większej krytyki, a o większości mówi się bardzo dobrze, w tym o debiutach. "Ki" i "Róża" to faworyci (+ znana już "Sala samobójców")






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Muppety Reaktywacja

Następny tekst

Wspomnień czar #2



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE