publicystyka filmowa

Słownik pojęć kino-mana

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Najpierw było słowo. Potem swego czasu pojawiło się TO (klikaczu!). Czyli generalnie byli humaniści, po których przyszli krytycy. A tam, gdzie są humaniści i krytycy, muszą być też… ludzie – odbiorcy znaczy, tej humanistycznej krytyki (ależ to było głębokie, przyznaję). A skoro ludzie, to zarazem i widzowie, bo każdemu ludziowi czasem się zwidzi pójście do kina (lub przynajmniej na kanapę przez telewizorem). Więc czemu i kino-człecy maści wszelakiej nie mogą mieć własnego słownika? Nie tak złożonego i technicznego, ale praktycznie życiowego. Cytując niejako tamten tekst, „formuła jest zatem inna, acz zbliżona twórczo”.

4DX – trzęsienie ziemi na życzenie. Nowoczesna technologia za grubą kasę, za którą możesz doświadczyć podskakującego fotela i pryskania wodą w twarz, czyli dokładnie tego, co kiedyś za darmo oferowałeś kolegom w szkole. O 4DX dowiedziałeś się z zeznań naocznych świadków, po czym poszedłeś raz i nigdy więcej. Czujesz się już za stary na takie akcje. Za to twoja stara chadza regularnie, bo tak zapodany celuloid to ponoć najlepszy sposób na pozbycie się celulitu.

Trzęsienie ziemi na życzenie.

Animacja – dawniej miłe wspomnienie z dzieciństwa, bo z dużym prawdopodobieństwem to właśnie animacja była twoim pierwszym filmem na dużym ekranie (zob. ekran). Odkąd dorobiłeś się potomka, twój główny repertuar kinowy (zob. repertuar), co byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że każda kolejna bajka jest tak samo zajebana kolorami od góry do dołu, rozwój wydarzeń potrafisz przewidzieć na długo przed samymi twórcami, a na seansie jest głośniej niż na koncercie rockowym, więc na animacjach z reguły boli cię głowa albo się nudzisz, ewentualnie jedno i drugie. W dodatku ich znajomość zręcznie zabija wszelkie towarzyskie spotkania, bo podczas gdy twoi kumple gadają o przygodach superbohaterów, ty pamiętasz jedynie, jak Zając Max ratował Wielkanoc. A gdy wspominają o najważniejszym wydarzeniu artystycznym sezonu, to robisz oczy niczym Bambi. I coraz więcej pijesz.

Babiloty – także „paździochy”, „farfocle” lub po prostu „śmieci”; ulotki, które otrzymujesz wraz z zakupionym biletem (zob. bilet), a które mnożą się jak króliki i niemal od razu lądują w najbliższym koszu. Często znajdujesz je także potem w kieszeniach ubrań, co pozwala ci zweryfikować, gdzie byłeś po ostatnim piciu. To jednak ich jedyna zaleta.

Balkon – za czasów najstarszych górali dodatkowa atrakcja w kinie i miejsce, skąd uwielbiałeś pluć na dół. Obecnie zabytkowy relikt meandrów twojej własnej pamięci i okazjonalnie wspominana milusińskim anegdota z czasów pięknej młodości. Niewykluczone także, iż balkon będzie ci towarzyszył na jesieni życia, acz w innej, skromniejszej formie jednoosobowej.

Bękarty wojny – dzieci, najczęściej cudze, od których trzymasz się z daleka, bo pedofilia. Choć w sytuacjach kryzysowych zdaje ci się nie przyznawać również do własnych – błądzisz wtedy wzrokiem po sali w poszukiwaniu ratunku, względnie wypowiadając także zmyślone na poczekaniu imię (pech chce, że zawsze jest to Krzyś, który bez problemu się odnajduje). Wyprawa z bękartami do kina jest niczym kampania wrześniowa – nigdy nie możesz być pewien, czy przeżyjesz i jak kosztowna w skutkach może się okazać. Pocieszasz się jedynie tym, że po udanym wypadzie dzieciarnia będzie tak wykończona, że przynajmniej w domu znajdziesz spokój. Nie wiedzieć czemu, oszukujesz się tak za każdym razem.

Jeszcze gorzej bywa jednak, gdy nie masz dzieci – wtedy szansa, że jakieś obce dokumentnie zepsuje ci wrażenia z filmu, na którym teoretycznie nie powinno było się znaleźć, znacznie wzrastają. A ponieważ nie jesteś przyzwyczajony do tego, że Wojtuś krzyczy ci do ucha albo oblewa kurtkę colą, jest to dla ciebie prawdziwa szkoła przetrwania i lekcja pokory. Jak powszechnie wiadomo, dzieci najgorsze są w kupie, dlatego systematycznie starasz się unikać adaptacji lektur oraz tytułów licznie przyciągających wycieczki szkolne.

Biała śmierć – prostokątna płachta, na której puszczają film i ośmielają nazywać się ją „ekranem”. W niektórych przybytkach dodatkowo przykryta kotarą lub zasłonkami dla zwiększenia efektu zajebistości. W innych przybiera dziwaczny, szary odcień i pachnie naftą. Z każdą wizytą w lokalnym kinie nie możesz nadziwić się faktem, że wciąż potrafisz odnaleźć na niej nowe rodzaje uszkodzeń lub wypukłości (widoczne zwłaszcza na zbliżeniach twarzy aktorów). Podobnie jak związki, ekrany idealne nie istnieją.

Ideał?

Bilet – święty Graal aka „ten cholerny papierek, który dopiero co miałem w rękach”. Najważniejszy element życia każdego kino-mana w obrębie danego przybytku. Jeśli go zgubisz, nie wejdziesz na salę. Jeśli nie znajdziesz go na telefonie, nie wejdziesz na salę. Jeśli wyrzucisz go wraz z ulotkami (zob. bibeloty), nie znajdziesz swojego miejsca. A jeśli nie znajdziesz swojego miejsca, wzrasta szansa na konflikt z innymi widzami. Najwięksi maniacy swoje bilety zachowują na przyszłość, aby w razie demencji starczej móc zweryfikować liczbę i rodzaj odbytych seansów. Mała rzecz, a tyle radości.

Blockbuster – obok animacji (zob. animacja) główne źródło zarobku kin, do czego oczywiście też się dokładasz, nawet jeśli czynisz to głównie z braku laku. Blockbustery napędzają zatem twoje życie se… ekhm, filmowe. Bo jeśli na coś już iść do kina (bez dzieci), to właśnie na chaotyczne, bezproblemowe, przepełnione atrakcjami, głośnymi efektami dźwiękowymi, sztucznym CGI i bohaterami, których i tak nie zapamiętujesz, filmy. To właśnie na nie wydajesz po kilkadziesiąt złotych miesięcznie – wszystko pozostałe oglądasz więc w domu, bo taniej.

Ostatnio dodane