publicystyka filmowa

Shia na zakręcie

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Koleś mnie zadziwia ostatnio. To ciekawe widzieć popularnego aktora, nadzieję jankeskiego kina, na rozdrożu artystycznym i życiowym, z którego może wyjść albo zwycięsko, albo przegrywając sromotnie. 

Shia to gwiazda „Transformers”, świecąca równie jasno jak sexy Megan Fox i pikselowe roboty. Przyznam, że w pierwszym momencie, gdy chłopaka zobaczyłem i czytałem o nim w różnych mediach, kojarzył się dość negatywnie. Gdyby był produktem powiedziałbym, że producent obrał target w postaci nastoletnich siks i pozycjonuje swój towar w segmencie premium. 

Siła nabywcza konsumentów Shii zdawała się być duża, wszak zapotrzebowanie na tego typu pięknolicy produkt jest spore, patrz: szaleństwo wokół Pattisona i zachwyt nad klatą Lautnera. Jednak Shia z czasem zdawał się dystansować od wizerunku narzuconego mu siłą przez sukces „Transformersów”, który był gigantycznym hitem u publiczności nastoletniej właśnie i przede wszystkim. Gdy powoli opadał pył po walce robotów z kosmosu przez ekrany kin i torrenty przemknął znakomity film pt „Wszyscy twoi święci”, w którym luz i nonszalancja Shii grały główną rolę – kto nie widział, niech zobaczy na własne oczy. „A Guide to Recognizing Your Saints” to świetny dramat z Nowym Jorkiem lat 80. w tle. 

Ostatnio – po serii średnich produktów, z globalnym sukcesem sequeli Transformersów na koncie i niezłym remakiem filmu Hitchcocka – Shia zaczął się psuć. Zaczęło się od wypadku po pijaku parę lat temu. Była też bijatyka w barze. W 2010 udzielił wywiadu, w którym przyznał, że czwarty Indy i drugie Transformers były porażkami. Szczególnie oberwało się Spielbergowi, którego Shia obarczył winą za kiepską jakość „Królestwa Kryształowej Czaszki”. 

"I think the audience is pretty intelligent…. You get to monkey-swinging and things like that and you can blame it on the writer and you can blame it on Steven [Spielberg]. But the actor's job is to make it come alive and make it work, and I couldn't do it. So that's my fault. Simple….

"I'll probably get a call. But (Steven) needs to hear this. I love him. I love Steven. I have a relationship with Steven that supersedes our business work. And believe me, I talk to him often enough to know that I'm not out of line. And I would never disrespect the man. I think he's a genius, and he's given me my whole life. He's done so much great work that there's no need for him to feel vulnerable about one film. But when you drop the ball you drop the ball."

Harrison Ford, gdy usłyszał te słowa przytoczone przez jakiegoś dziennikarza, powiedział jedynie : “I think he was a fucking idiot.”

Co sądzi Spielberg, to nie wiadomo. W kolejnych częściach Transformersów nie uświadczymy Shii na pewno (Spielberg jest producentem filmów Baya), ale chyba nie z powodu niesnasek między nimi, a rebootu serii. Być może jest w Hollywood spalony, być może nie. Za pierwszą opcją świadczy fakt, że nadchodzące we wrześniu „Lawless”, gangsterski dramat, jest niskobudżetowym, niezależnym obrazem (choć z imponującą obsadą). Podobno Shia, który promował „Lawless” na tegorocznym Cannes, stawiał siebie w roli młodego gniewnego, który ucieka od hollywoodzkiego establishmentu. Co więcej, Lars von Trier zaprosił go do nowego projektu, czyli pornograficznego „Nymphomaniac”, w którym będzie dużo seksu, prawdziwego i nie udawanego, co trochę Szuję stresuje. Zresztą, zobaczcie, jak sam mówi o udziale (reakcja Jessiki Chastain – bezcenna). 

 

Ponadto Shia kręci eksperymentalne krótkie metraże, wystąpił w teledysku Sigur Ros i właśnie kręci video z Marilyn Mansonem. Jest tego trochę. 

Do czego doprowadzi artystyczna wolta LeBeoufa tego nie wie nikt, a na pewno on sam. Na pierwszy rzut oka słusznie wymierza środkowy palec w stronę gwiazdorskiego systemu, z drugiej powinien pamiętać, że jest jego częścią i nie powinno palić się za sobą mostów, a już na pewno nie te, które są zbudowane przez Spielberga. Wyobrażacie sobie: mieć na pieńku ze SPIELBERGIEM?! Popatrzcie na takiego Josepha Gordona-Levitta. Koleś gra u Nolana, czyli wielkich hiciorach, a jednocześnie nie jest mu obce kino niezależne, sundance’owe, w których aktorsko się spełnia, jest oklaskiwany i doceniany („500 dni miłości”!). Czyli się da. 

Bunt Shii jest więc nieco gówniarski: zbyt rewolucyjny, by uwierzyć w zasadność  działania i kompletnie nieprzemyślany pod względem strategii produktu. Z Kubusia nie tak łatwo zrobić Red Bulla. 

Ostatnio dodane