Serialowe uniwersum

Serialowe uniwersum. Koniec i bomba – kto oglądał, ten trąba…

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

Jeśli kiedykolwiek zdarzyło się wam oglądać ostatni odcinek jakiegoś serialu – nawet niekoniecznie ukochanego, może po prostu lubianego – i zgrzytać zębami, ten tekst jest dla was.

Zainspirował mnie do niego piąty sezon Wybranych/Impersonalnych. Twórcy wiedzieli, że to koniec, widać, że starali się niektóre wątki domknąć, ale w rezultacie całość wypadła naprawdę słabo. Nie jest to może najgorszy finał, jaki widziałam, ale mocno mnie zirytował. Do tego jeszcze wrócę – szykuję zresztą mocno spoilerowy artykuł – ale zorientowałam się, że większość amerykańskich seriali, które oglądałam, już się pokończyła (pisałam zresztą trochę o tym w jednym felietonie), a ja nie pamiętam, kiedy widziałam jakiś dobry ostatni odcinek. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i wyszło mi, że właściwie najlepiej wypadają produkcje, których scenarzyści najwyraźniej do samego końca nie wiedzą, czy dostaną kolejny sezon. A scenarzyści, którzy wiedzą, że serial nie będzie kontynuowany, potrafią zrobić ze swoim dziełem naprawdę dziwne rzeczy.

Siłą rzeczy nie jestem w stanie omówić ani każdego serialu, ani nawet każdego, który widziałam. Wybrałam parę, które z jakiegoś powodu – czy to złego, czy dobrego – zapamiętałam. Tekst jest mocno ogólnikowy, ponieważ bardzo starałam się uniknąć spoilerów, ale omawiam te produkcje znane, popularne i chętnie oglądane.

20160704003940

Stana Katic jako Kate Beckett, „Castle”, 08×22, „Crossfire”

Weźmy na tapetę takiego Castle’a. Producenci szumieli, że nie wiedzą, czy będą kolejne odcinki i że na wszelki wypadek przygotowali dwa zakończenia. Potem ogłoszono, że jeśli dziewiąty sezon dojdzie do skutku, nie pojawi się w nim Stana Katic, występująca jako jedna z dwóch głównych postaci. Zaraz potem pojawiła się informacja, że Fillion, grający w parze z Katic, przedłużył kontrakt, podobnie jak parę osób z drugoplanowej obsady. Nic, tylko czekać na zamówienie kolejnego sezonu. A tymczasem serial nieoczekiwanie skasowano. Dowcip polega na tym, że choć na początku Fillion przyciągnął większość widzów, to Stana Katic ich zatrzymała przy serialu. Gdy fani dowiedzieli się, że ją zwolniono – „z powodów finansowych” – w sieci wybuchła wielka awantura i wszyscy wyjątkowo jednogłośnie zapowiedzieli, że następnego sezonu nie będą oglądać. Afera była wyjątkowo burzliwa, stacja się ugięła i zrezygnowała z zamawiania kolejnych odcinków. I z tego powodu finał Castle’a jest dosyć zabawnym przypadkiem – widać, że wbrew zapewnieniom producentów przygotowywano się do dziewiątego sezonu i trzeba było improwizować. I w ten sposób przez cały odcinek dzieją się różne rzeczy, na sam koniec scenarzyści serwują coś bardziej dramatycznego, ekran robi się czarny… po czym pojawia się dwudziestosekundowy montaż pod tytułem „siedem lat później”. Jest boleśnie oczywiste, że doklejono go pospiesznie, w ostatniej chwili, żeby nie zostawiać serialu z otwartym zakończeniem. Rzekłabym, że aż człowieka rozpacz bierze.

Wybrałam na początek Castle’a, ponieważ to stosunkowo świeży przykład, a wyżej opisane szum i zamieszanie mocno mnie ubawiły. Ale niech będzie, że poszłam na łatwiznę, bo Castle nie był nigdy szczególnie wymagający i trudno się dziwić, że końcówka również się nie udała. Weźmy serial ambitniejszy. Omówmy takiego Dextera.

Michael C. Hallo jako Dexter Morgan, „Dexter”, 8x12, „Remember the Monsters”

Michael C. Hall jako Dexter Morgan, „Dexter”, 8×12, „Remember the Monsters”

Ratunku.

Producenci naprawdę nie wiedzieli, kiedy przestać. Stracili też chyba z oczu przesłanie swojego dzieła. Umówmy się – gdyby skończyli na czwartym sezonie, Dexter przeszedłby do historii amerykańskiej telewizji jako jeden z najlepszych seriali. Tymczasem finał ósmej serii sprawił, że sporo osób chciało wydłubać sobie oczy. To zakończenie było tak absurdalne, tak oderwane od czegokolwiek, że naprawdę nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Od szóstego sezonu scenarzyści zbłądzili tak straszliwie, jak to tylko możliwe, a ostatni odcinek tylko to udowodnił – był kompletnie niewiarygodny i nieprawdopodobny. Nawet jak na serial o seryjnym mordercy na co dzień pracującym z policją… Złośliwości na bok, chodzi mi o to, że postępowanie bohaterów było kompletnie nielogiczne. A problem w tym, że producenci na pewno wiedzieli wcześniej, że na tym sezonie kończą przygodę z Dexterem; stacja podała to do ogólnej wiadomości w kwietniu, dwa miesiące przed premierą, a twórcy na pewno zostali poinformowani wcześniej.

Kolejny popularny tytuł – Doktor House. Nigdy nie byłam wielką fanką, uważam, że tylko Hugh Laurie ciągnął całość swoją osobowością i charyzmą, ale zawsze bardzo lubiłam ten pokręcony związek House–Wilson. Pewnie dlatego, że jestem fanką powieści Conan Doyle’a, a Holmes i Watson stanowili inspirację dla doktorka i jego przyjaciela. Niemniej, poza nielicznymi przypadkami House raczej mnie nudził, a zakończenie również było mocno chybione. Zresztą chyba wszyscy spisali serial na straty po finale siódmego sezonu. Kasację ogłoszono jednak na tyle wcześnie, żeby scenarzyści zdążyli stworzyć coś sensownego… i znów się nie udało, mimo tego, że skoncentrowano się właśnie na relacji House’a z Wilsonem. Podobnie jak w przypadku Dextera, wyszło po prostu mało wiarygodnie.

Emily VanCamp jako Emily Thorne w „Revenge”, 01×01, „Pilot”. W tle Ashley Madekwe jako Ashley Davenport

Emily VanCamp jako Emily Thorne w „Revenge”, 01×01, „Pilot”. W tle Ashley Madekwe jako Ashley Davenport

O tym, że zbliża się koniec, wiedzieli również scenarzyści Zemsty. To o tyle bolesny przypadek, że starali się pogodzić motto serii – cytat Konfucjusza, pokazany na samym początku pilota: „zanim wyruszysz na zemstę, wykop dwa groby” – z lekkim, niezobowiązującym tonem całej produkcji. Bo choć serial starał się być poważny i miewał przygnębiające momenty, ogólnie rzecz biorąc był jednak rozrywką, typowym guilty pleasure. Dramatyczne zakończenie mogłoby nie wypaść najlepiej, podobnie jak bardzo wesołe, ale niestety połączenie jednego z drugim także się nie sprawdziło. Z dwojga złego chyba jednak wolę takie niż doklejanie na siłę kilkusekundowych scen…

Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy producenci mogą sobie pozwolić na taki luksus, jak wcześniejsza wiedza o losach ich serialu. W doskonałej sytuacji są twórcy akurat mniej znanego Bates Motel, który podobno został zaplanowany na pięć sezonów i dokładnie tyle producenci dostaną. Trzecia seria była może trochę chwiejna, ale po czwartej widać już, że wiedzą, w którym kierunku idą. Jestem bardzo ciekawa, jak skończy się – kiedyśtam, nie mówię, że teraz – Dawno, dawno temu, które również jakiś czas temu mocno pobłądziło.

Kwestia ostatnich odcinków, okoliczności zamawiania nowych sezonów i tym podobne problemy amerykańskiej telewizji to materiał na porządny artykuł, a nie luźny i skrajnie subiektywny felieton. Długo mogłabym pisać i przywoływać przykłady, zwłaszcza gdybym postanowiła rzucać spoilerami na prawo i na lewo. Nie da się jednak ukryć, że zazwyczaj problemem jest to, że seriale ciągną się i ciągną w nieskończoność. Dopóki liczba widzów jest wystarczająca, dopóki zyski przewyższają straty, dopóty serial jest emitowany. Niestety – w chwili, kiedy jakość zaczyna wyraźnie spadać, ważniejsze powinno być to, żeby wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym.

Ostatnio dodane