Seriale TV

WIELKIE KŁAMSTEWKA. Recenzja pierwszego odcinka

Jean-Marc Vallée wykorzystuje najlepsze cechy swojego stylu, aby zaprezentować widzom wciągającą, ciekawą historię.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Kiedy maski opadają

We wstępie mógłbym teoretycznie próbować popisać się elokwencją, porównywać Wielkie kłamstewka do innych telewizyjnych produkcji ostatnich lat, i tak dalej. Ale najuczciwiej będzie po prostu napisać: ALEŻ TO JEST DOBRE!

Kiedy tylko usłyszałem, że Jean-Marc Vallée ma nakręcić miniserial dla HBO, zacząłem odliczanie do premiery. Lubię filmy tego kanadyjskiego reżysera. Uwiodły mnie nie tylko te najbardziej chwalone, jak C.R.A.Z.Y, Dzika droga czy Witaj w klubie. Uważam, że z każdego jego projektu, nawet mniej udanego, przebija coś wyjątkowego. Jako że produkcje z zamkniętą liczbą odcinków mają ostatnio bardzo dobrą passę, a HBO jest klasą samą w sobie, Wielkie kłamstewka musiały być uznane za ważny punkt telewizyjnych zapowiedzi. A gdy okazało się, że na ekranie zobaczymy takie aktorki jak Reese Witherspoon, Nicole Kidman, Laura Dern i Shailene Woodley, sprawa była już całkiem jasna – to może być najlepszy serial tego roku.

Wiem, wiem… Jeśli nakładam na siebie taką presję przed emisją pierwszego odcinka, głównym uczuciem związanym z seansem może być jedynie niedosyt. Oglądając napisy początkowe, zwyczajnie bałem się, że mając tak wielkie oczekiwania, będę tym serialem rozczarowany. Nic z tych rzeczy! Vallée wykorzystał najlepsze cechy swojego stylu, aby opowiedzieć naprawdę interesującą, wciągającą historię. Czemu HBO, wzorem Netflixa, nie publikuje od razu całych sezonów…

Fabułę oparto na powieści Liane Moriarty. Rzecz dzieje się w nadmorskim miasteczku Monterey w stanie Kalifornia. W pierwszej scenie dowiadujemy się, że w tej sielskiej okolicy popełniono morderstwo. Widzimy urywki z przesłuchań policji – w zeznaniach przeważają plotki, ploteczki, małomiasteczkowa zazdrość, wyolbrzymione konflikty sąsiedzkie. Ludzie mówią przede wszystkim o kilku matkach, których dzieci poszły właśnie do pierwszej klasy. Najwięcej nieufności wzbudza wychowująca samotnie syna Jane (Woodley). Kobieta dopiero co się przeprowadziła, jest małomówna, tajemnicza, a jej Ziggy już pierwszego dnia szkoły został oskarżony o duszenie koleżanki. W zupełnie przypadkowych okolicznościach poznaje ona Madeline (Witherspoon), przebojową matkę na pełen etat, która bierze ją pod swoje skrzydła. Później zapoznaje ją z przyjaciółką, Celeste (Kidman).

Ta „małomiasteczkowość” to oczywiście pojęcie umowne, zupełnie niezwiązane z polską rzeczywistością. Monterey to raj na ziemi. Wielkie domy nad brzegiem oceanu, słońce, piękne matki, które wożą swoje równie pięknie dzieci drogimi samochodami, przystojni, zarabiający krocie mężowie. Obrazek jest wręcz idealny, ale to oczywiście tylko pozory. Wystarczy małe spięcie, aby maski opadły. Na wierzch wychodzą wtedy sekrety, kłamstewka, skrywana niechęć, strach. Okazuje się, że ten perfekcyjny, wręcz plastikowy świat to tylko powłoka. To, co znajduje się pod nią, może być szokujące. Czyżby te rywalizujące ze sobą supermamusie były skłonne zabić?

Nie, nie jest to żadne nowe spojrzenie na Żony ze Stepford, trudno szukać tu bezpośrednich skojarzeń z Gotowymi na wszystko. Serial ma elementy czarnej komedii, ale daleko mu do lekkiej rozrywki. Każda z głównych bohaterek ma jakąś skazę, tajemnicę – nie tylko Jane. Rewelacyjny montaż sprawia, że historia bardzo wciąga. Z jednej strony, Wielkie kłamstewka to wiwisekcja amerykańskiej klasy średniej, trochę na wzór na przykład Małych dzieci. Z drugiej, wszystko zaczyna się przecież od morderstwa. Nie wiemy, kto zginął, jak do tego doszło, kto jest zamieszany w sprawę. Przez większość czasu Vallée skupia się na tym, co działo się od pierwszego dnia szkoły, a o mającej miejsce dużo później zbrodni mówią nam jedynie urywki wypowiedzi z przesłuchań na komisariacie. Ta zagadka jest jak rozsypane puzzle – dopiero po kilku odcinkach będziemy w stanie poskładać ze sobą te elementy. W pierwszym uchylono nam zaledwie rąbka tajemnicy.

Oprócz Jane, Madeline i Celeste, tworzących na razie jedną drużynę, jest tu też ta z przeciwnej strony barykady – karierowiczka Renata, grana przez Laurę Dern. To właśnie jej córeczkę rzekomo dusił Ziggy. Swoisty sąd nad chłopcem, który odbywa się przed budynkiem szkoły, to pierwszy zwiastun realnego konfliktu. Co ważne, wszystkie aktorki świetnie to odgrywają. Na razie najbardziej wyrazista jest Witherspoon, ale to wątek Kidman i jej młodszego męża (Alexander Skarsgård) zapowiada się na najciekawszy.

Nie chcę wyrokować po zaledwie jednym odcinku, ale Wielkie kłamstewka zdecydowanie spełniają moje (wysokie) oczekiwania. Pierwszy rozdział tej opowieści intryguje i zachwyca realizacją – to pierwszy krok do sukcesu. Obyśmy 2 kwietnia, kiedy to zostanie wyemitowany finał serialu, zgodnie obwieścili, że to kolejna wybitna telewizyjna produkcja. Na razie mogę powiedzieć tyle, że są na to duże szanse.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane