Seriale TV

WIELKIE KŁAMSTEWKA, czyli HBO znowu nie zawodzi

Jeden z ciekawszych seriali ostatnich lat. Posypią się (zasłużone) nagrody.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Straszna szkoda, że ten serial to jedynie siedem odcinków i jeden zamknięty sezon. Chciałoby się to oglądać dłużej. Naprawdę zazdroszczę wszystkim tym, którzy Wielkie kłamstewka mają jeszcze przed sobą. Czeka was prawdziwa telewizyjna uczta.

Wszystko zaczęło się od książki Liane Moriarty, wydanej w 2014 roku. Zachwycona nią Witherspoon stwierdziła, że z tej historii mógłby powstać świetny miniserial. Skontaktowała się z reżyserem Jeanem-Markiem Vallée, z którym pracowała przy Dzikiej drodze, a następnie z Nicole Kidman. Obie aktorki zostały producentkami wykonawczymi. Kidman ponoć osobiście wybrała się do pisarki, pytając o sprzedaż praw do tekstu. Ten na potrzeby serialu zaadaptował zaś David E. Kelley, wyjadacz odpowiedzialny za Ally McBeal, Gdzie diabeł mówi dobranoc czy Prawników z miasta aniołów.

Skomplikowana narracja książki została przeniesiona na ekran w sposób mistrzowski.

Co ciekawe, Kelley w ostatnich latach zaliczał raczej (mniejsze lub większe) wtopy. Aż do teraz. Wielkie kłamstewka to jego ogromny sukces – skomplikowana narracja książki została przeniesiona na ekran w sposób mistrzowski. Widać tu rękę Vallée, klimat tworzą zdjęcia oraz ścieżka dźwiękowa (te piosenki!), swoje robi też obsada, składająca się z niemal z samych świetnych aktorów (przede wszystkim płci pięknej). Ta praca zespołowa przyniosła jeden z ciekawszych seriali ostatnich lat.

Rzecz dzieje się w nadmorskim miasteczku Monterey w stanie Kalifornia. W pierwszej scenie dowiadujemy się, że w tej sielskiej okolicy podczas szkolnej imprezy charytatywnej wydarzyło się coś strasznego, prawdopodobnie doszło do morderstwa. Nie wiemy, kto zginął, nie wiemy, kto jest zamieszany w sprawę. Widzimy urywki z przesłuchań policji – w zeznaniach przeważają plotki, ploteczki, małomiasteczkowa zazdrość, wyolbrzymione konflikty sąsiedzkie. Ludzie mówią przede wszystkim o kilku matkach, których dzieci poszły właśnie do pierwszej klasy. Najwięcej nieufności wzbudza wychowująca samotnie syna Jane (Shailene Woodley). Kobieta dopiero co się przeprowadziła, jest małomówna, tajemnicza, a jej Ziggy już pierwszego dnia szkoły został oskarżony o duszenie koleżanki. W zupełnie przypadkowych okolicznościach poznaje ona Madeline (Reese Witherspoon), przebojową matkę na pełen etat, która bierze ją pod swoje skrzydła. Później zapoznaje ją z przyjaciółką, Celeste (Nicole Kidman).

Twórcom udało się w tych siedmiu mniej niż godzinnych odsłonach ukazać szerokie spektrum problemów.

To, co oglądamy, rozgrywa się jakiś czas przed feralną imprezą – czy są to tygodnie, czy miesiące, nie wiadomo. Obserwujemy losy tej trójki kobiet, zarówno z osobna, jak i razem, gdy na przykład występują przeciwko karierowiczce Renacie, chcącej napiętnowania Ziggy’ego, który rzekomo skrzywdził jej córeczkę. Ten konflikt przewija się niemal przez wszystkie odcinki – rodzice opowiadają się po którejś ze stron, zostają w to wciągnięte dzieci, a sytuacja powoli wymyka się spod kontroli. Wspaniała socjologiczna obserwacja. W ogóle twórcom udało się w tych siedmiu mniej niż godzinnych odsłonach ukazać szerokie spektrum problemów. Przedstawili to w tak ciekawy sposób, że sama kwestia morderstwa, tego, kto nie żyje, i kto jest za to odpowiedzialny, zeszła na dalszy plan. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele z fabuły, napiszę tylko, że to na wskroś feministyczna produkcja, ale jednocześnie taka, która opowiada o kobietach w różnych odcieniach, w sposób subtelny i zniuansowany.

Raz na jakiś czas, oprócz urywków z przesłuchań, które funkcjonują jako społeczny komentarz do oglądanych wydarzeń, pojawiają się też na ekranie krótkie, zupełnie niepasujące do reszty sceny – trudno powiedzieć, czy to przeszłość, przyszłość, jawa czy sen. Montaż w tym serialu jest czymś wyjątkowym, choć zdaję sobie sprawę z tego, że albo się go pokocha, albo znienawidzi. Ja na szczęście byłem w tej pierwszej grupie. Bardzo doceniam to, jak twórcy potrafili wodzić za nos – stosując skomplikowaną narrację, cały czas utrzymywali moją uwagę, choć tak naprawdę nie odkrywali niczego. Cała ta historia złożona jest z małych, trudnych do połączenia elementów. Dopiero przy czwartym, piątym odcinku wszystko zaczęło nabierać konkretnego kształtu.

Czy serial ten trzyma w napięciu do samego końca? I tak, i nie. Powiem zupełnie szczerze – nigdy nie byłem dobry w klasycznym szukaniu odpowiedzi na pytanie „kto zabił?”. Oglądając film czy serial, właściwie w ogóle nie skupiam się na przewidywaniu zakończenia, typowaniu kto jest kim w zaproponowanej przez twórców układance, i tak dalej. Tutaj jednak już od pierwszego odcinka miałem pewne przeczucie, a podczas kolejnych tylko się w nim utwierdzałem. Okazało się, że mój typ był słuszny. Przy wspomnianym już przeze mnie czwartym, może piątym odcinku, wszystkie elementy zaczęły wskakiwać na odpowiednie miejsca. W wielkim finale wszystko odbyło się tak, jak miało się odbyć, może z jednym małym wyjątkiem. Dla mnie nie było tu żadnych zaskoczeń, a całość mógłbym określić wręcz jako bardzo przewidywalną. Sukces Wielkich kłamstewek polega na tym, że w ogóle mi to nie przeszkadzało. Jasne, może i chciałbym, aby w rozwiązaniu głównej zagadki pojawiło się coś takiego, że otworzę szeroko oczy i buzię ze zdziwienia. Ale tak naprawdę nie o tę zagadkę tu do końca chodziło. Mogło to zostać wykonane nieco lepiej, te wszystkie fałszywe tropy, które pojawiają się w ogromnych ilościach, mogłyby w ostatnich odcinkach wyglądać na nieco mniej fałszywe, jednak z drugiej strony – jakiekolwiek inne zakończenie nie przyniosłoby chyba widzom satysfakcji. Z pokazaniem, jak dokładnie doszło do tego, o czym mówi się już w pierwszej scenie pierwszego odcinka, twórcy czekają zresztą do samego końca. I trzeba przyznać, że to naprawdę wybitny finał.

Pisząc o tym serialu, po prostu nie można nie wspomnieć o obsadzie. Nie ma tu żadnych słabych punktów, poczynając od dzieciaków, przez role drugoplanowe (między innymi Laura Dern, Alexander Skarsgård, Zoë Kravitz), aż do gwiazd produkcji, czyli Nicole Kidman, Reese Witherspoon oraz Shailene Woodley. Świetne są wszystkie. Woodley wciela się w kobietę z krwi i kości, samotną matkę, której los podtyka pod nogi kolejne kłody, i pokazuje zupełnie inne oblicze niż w Niezgodnej czy Gwiazd naszych wina. Witherspoon poprosiła scenarzystę, aby jej bohaterka była bardziej skomplikowana niż w książce – posłuchał; Madeline zdecydowanie nie jest kobietą bez skazy, a aktorka bardzo dobrze oddała to na ekranie. Największe wrażenie robi jednak Nicole Kidman. Po kilku latach z raczej średnimi rolami lub dobrymi występami w przeciętnych filmach Australijka znowu ma rewelacyjną passę. Dostała nominację do Oscara za Lion. Droga do domu, teraz zbiera same pozytywne recenzje za Wielkie kłamstewka, a na premierę czeka The Beguiled Sofii Coppoli oraz drugi sezon Top of the Lake. A to nie wszystko. Kidman oraz Witherspoon już kupiły prawa do kolejnej powieści Moriarty, Truly Madly Guilty. Nie jest powiedziane, czy któraś z nich również pojawi się na ekranie, ale ta informacja i tak bardzo cieszy. Drugiego sezonu Wielkich kłamstewek oczywiście nie będzie, to zamknięta całość. Ale kolejna adaptacja książki tej samej autorki, w dodatku z podobną ekipą? Byłoby wspaniale.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane