Seriale TV

Usta Usta – fenomen

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano
Wczoraj wieczorem zakończył swój żywot najlepszy polski serial ostatnich lat. „Usta Usta” należał do tych dziwnych tworów telewizyjnych, które z jednej strony nie zapowiadały niczego wyjątkowego (wszak to TVN, czyli telewizja tak samo atrakcyjna, jak i przewidywalna, totalnie podporządkowana publiczności masowej), a z drugiej zaskoczyły tak mocno, tak wieloma elementami, że coś takiego jak „kultowość” w kontekście tej produkcji może niechybnie się pojawić. I nie będzie to przesada.
Słodko, nie? Niekoniecznie.
Od razu powiem, że nie jestem fanem polskich współczesnych seriali z prostego powodu – omijam je szerokim łukiem, choć zawsze staram się zahaczyć okiem i przebadać większość produkcji. Omijam je, bo – w przytłaczającej większości – są zwyczajnie źle napisane, kiepsko zagrane, niechlujnie zrobione, schematyczne, schlebiające gustom jak największej publiczności, więc z tego powodu mało odważne, podporządkowane wywoływaniu  średnich stanów emocjonalnych, grzeczne, przykładne. Epitetów można znaleźć sporo, żaden z nich nie będzie pozytywny, bo i za co? Oczywiście mój stan jest podyktowany porównaniem z tym, co dobre, w tym przypadku jankeskie, spod znaku HBO, AMC, Fox, Showtime czy BBC (to ostatnie brytyjskie) i nie uważam tego za niesprawiedliwe. Bo czyż wypracowane standardy, doceniane wszędzie, także nad Wisłą, nie powinny obowiązywać wszędzie, tym bardziej, że nie rozchodzi się zawsze o kasę, a pomysł? No właśnie.
„Usta Usta” stanowią na tym łez padole wyjątek, tyle przynajmniej mogę powiedzieć o swojej reakcji na ten serial. Nie rozgrzał mnie do gorąca, nie wessał do swego świata, ale to produkcja na tyle sympatyczna i solidna, że „nie wessanie” jest całkowicie usprawiedliwione – „Usta Usta”, wbrew pozorom i oczekiwaniom, zbyt daleko od rzeczywistości nie uciekają, a że rzeczywistość wsysa mnie od lat trzydziestukilku, to akceptacja wykreowanego serialowego świata jest uczuciem co najmniej dziwnym. I niepokojącym. Na pewno intrygującym.
Serial o kumplowaniu się, tak po prostu.
Bohaterowie są ludzcy. Mają swoje słabości, idiotyczne przyzwyczajenia, żale, nadzieje. Niekoniecznie wyrażane dosłownie. Problemy – również ludzkie.  Zdrada, rozwód, przyjaźń, kłopoty z posiadaniem dziecka, z pracą, obowiązkami, dorastaniem. Nie są supermenami dnia codziennego, kimś wyjątkowym w wyjątkowym świecie. Są niesamowicie zwykli, naturalni. Spotkani na ulicy nie wzbudzą żadnego podziwu, bo i z jakiego powodu? Ani przesadnie piękni, ani brzydcy, ani ekstremalnie bogaci, ani socjopatycznie biedni. Niekoniecznie uśrednieni, czyli serialowi reprezentanci wszystkich postaw społecznych. To klasyczna, wielkomiejska klasa średnia – samodzielna, wykształcona, korzystająca z życia (choćby z dóbr kulturalnych) świadomie, intensywnie i na pewno częściej niż ich dziadkowie lub rówieśnicy z mniejszych miast lub wsi.
I mimo tego, że powyższy opis tła brzmi cokolwiek tendencyjnie, jak z najlepszych komromów produkcji tefałen, to jednak wspomniana naturalność dominuje nad całością. Z pewnością to zasługa scenariusza. Nie wiem, na ile „Usta usta” są wierne brytyjskiemu pierwowzorowi („Cold Feet”), ale tak dobrze brzmiących dialogów nie słyszałem w języku polskim od… Kurcze, nawet nie wiem od kiedy. Nie ma tu przegadania, zbędnych słów, wyjaśniania, monologów. Żywi ludzie rozmawiają z innymi żywymi ludźmi. Brawo! Ten, kto odpowiada za scenariusz, odpowiada więc również za swoistą rewolucję telewizyjną. Sama historia rozpisana na trzy sezony ma ręce, nogi, głowę, rozum, humor. Co więcej – udanie mruży oko do widza i gra konwencją.  Rozwija się i kończy w odpowiednim tempie, choć niejednokrotnie wkurzały mnie przeskoki czasowe, oczywiście niezauważalne przez nikogo, oczywiście z tego powodu bezsensowne. Ale to mało ważne. Podobnie jak efekciarska róża w dupie Wilczaka z pierwszego odcinka.
Mecwaldowski, dobry jest!
Nie wiem też na ile sukces tej produkcji byłby możliwy bez odpowiednio dobranych aktorów GRAJĄCYCH ZNAKOMICIE, na których patrzy się dobrze i słucha się jeszcze lepiej. Z całej obsady chyba najlepiej wypadł Mecwaldowski, który idealnie połączył niezdarność z życiową goryczą. Reszta równie świetna, bo  każda uszyta z innego materiału, każda ewoluująca, nierzadko – zaskakująca.
A sama kultowość, o której wspomniałem na początku? Nie mam pojęcia, jak to będzie. W tym serialu wszystkie elementy układanki pasują do siebie, nie irytują i nie powielają błędów setek podobnych do siebie produkcji w polskiej telewizji. Jakościowo więc to produkt wyróżniający się, w dużej mierze reprezentant swoich czasów i rodzącej się  tu i teraz klasy średniej. Mało? Jak dla mnie tyle wystarczy, aby o „Usta usta” pamiętać tylko dobrze.
Wiem, że tego typu laurka może wywołać pawia, ale niech i tak będzie – peanów na część polskich produkcji telewizyjnych w życiu nie popełniłem, więc dlaczego teraz nie miałby być dobry moment, skoro jest okazja?

Ostatnio dodane