Usta Usta - fenomen | FILM.ORG.PL

Usta Usta – fenomen








Rafał Oświeciński
04.05.2011


Wczoraj wieczorem zakończył swój żywot najlepszy polski serial ostatnich lat. „Usta Usta” należał do tych dziwnych tworów telewizyjnych, które z jednej strony nie zapowiadały niczego wyjątkowego (wszak to TVN, czyli telewizja tak samo atrakcyjna, jak i przewidywalna, totalnie podporządkowana publiczności masowej), a z drugiej zaskoczyły tak mocno, tak wieloma elementami, że coś takiego jak „kultowość” w kontekście tej produkcji może niechybnie się pojawić. I nie będzie to przesada.
Słodko, nie? Niekoniecznie.
Od razu powiem, że nie jestem fanem polskich współczesnych seriali z prostego powodu – omijam je szerokim łukiem, choć zawsze staram się zahaczyć okiem i przebadać większość produkcji. Omijam je, bo – w przytłaczającej większości – są zwyczajnie źle napisane, kiepsko zagrane, niechlujnie zrobione, schematyczne, schlebiające gustom jak największej publiczności, więc z tego powodu mało odważne, podporządkowane wywoływaniu  średnich stanów emocjonalnych, grzeczne, przykładne. Epitetów można znaleźć sporo, żaden z nich nie będzie pozytywny, bo i za co? Oczywiście mój stan jest podyktowany porównaniem z tym, co dobre, w tym przypadku jankeskie, spod znaku HBO, AMC, Fox, Showtime czy BBC (to ostatnie brytyjskie) i nie uważam tego za niesprawiedliwe. Bo czyż wypracowane standardy, doceniane wszędzie, także nad Wisłą, nie powinny obowiązywać wszędzie, tym bardziej, że nie rozchodzi się zawsze o kasę, a pomysł? No właśnie.
„Usta Usta” stanowią na tym łez padole wyjątek, tyle przynajmniej mogę powiedzieć o swojej reakcji na ten serial. Nie rozgrzał mnie do gorąca, nie wessał do swego świata, ale to produkcja na tyle sympatyczna i solidna, że „nie wessanie” jest całkowicie usprawiedliwione – „Usta Usta”, wbrew pozorom i oczekiwaniom, zbyt daleko od rzeczywistości nie uciekają, a że rzeczywistość wsysa mnie od lat trzydziestukilku, to akceptacja wykreowanego serialowego świata jest uczuciem co najmniej dziwnym. I niepokojącym. Na pewno intrygującym.
Serial o kumplowaniu się, tak po prostu.
Bohaterowie są ludzcy. Mają swoje słabości, idiotyczne przyzwyczajenia, żale, nadzieje. Niekoniecznie wyrażane dosłownie. Problemy – również ludzkie.  Zdrada, rozwód, przyjaźń, kłopoty z posiadaniem dziecka, z pracą, obowiązkami, dorastaniem. Nie są supermenami dnia codziennego, kimś wyjątkowym w wyjątkowym świecie. Są niesamowicie zwykli, naturalni. Spotkani na ulicy nie wzbudzą żadnego podziwu, bo i z jakiego powodu? Ani przesadnie piękni, ani brzydcy, ani ekstremalnie bogaci, ani socjopatycznie biedni. Niekoniecznie uśrednieni, czyli serialowi reprezentanci wszystkich postaw społecznych. To klasyczna, wielkomiejska klasa średnia – samodzielna, wykształcona, korzystająca z życia (choćby z dóbr kulturalnych) świadomie, intensywnie i na pewno częściej niż ich dziadkowie lub rówieśnicy z mniejszych miast lub wsi.
I mimo tego, że powyższy opis tła brzmi cokolwiek tendencyjnie, jak z najlepszych komromów produkcji tefałen, to jednak wspomniana naturalność dominuje nad całością. Z pewnością to zasługa scenariusza. Nie wiem, na ile „Usta usta” są wierne brytyjskiemu pierwowzorowi („Cold Feet”), ale tak dobrze brzmiących dialogów nie słyszałem w języku polskim od… Kurcze, nawet nie wiem od kiedy. Nie ma tu przegadania, zbędnych słów, wyjaśniania, monologów. Żywi ludzie rozmawiają z innymi żywymi ludźmi. Brawo! Ten, kto odpowiada za scenariusz, odpowiada więc również za swoistą rewolucję telewizyjną. Sama historia rozpisana na trzy sezony ma ręce, nogi, głowę, rozum, humor. Co więcej – udanie mruży oko do widza i gra konwencją.  Rozwija się i kończy w odpowiednim tempie, choć niejednokrotnie wkurzały mnie przeskoki czasowe, oczywiście niezauważalne przez nikogo, oczywiście z tego powodu bezsensowne. Ale to mało ważne. Podobnie jak efekciarska róża w dupie Wilczaka z pierwszego odcinka.
Mecwaldowski, dobry jest!
Nie wiem też na ile sukces tej produkcji byłby możliwy bez odpowiednio dobranych aktorów GRAJĄCYCH ZNAKOMICIE, na których patrzy się dobrze i słucha się jeszcze lepiej. Z całej obsady chyba najlepiej wypadł Mecwaldowski, który idealnie połączył niezdarność z życiową goryczą. Reszta równie świetna, bo  każda uszyta z innego materiału, każda ewoluująca, nierzadko – zaskakująca.
A sama kultowość, o której wspomniałem na początku? Nie mam pojęcia, jak to będzie. W tym serialu wszystkie elementy układanki pasują do siebie, nie irytują i nie powielają błędów setek podobnych do siebie produkcji w polskiej telewizji. Jakościowo więc to produkt wyróżniający się, w dużej mierze reprezentant swoich czasów i rodzącej się  tu i teraz klasy średniej. Mało? Jak dla mnie tyle wystarczy, aby o „Usta usta” pamiętać tylko dobrze.
Wiem, że tego typu laurka może wywołać pawia, ale niech i tak będzie – peanów na część polskich produkcji telewizyjnych w życiu nie popełniłem, więc dlaczego teraz nie miałby być dobry moment, skoro jest okazja?
Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Gdzie jest Robin?

Następny tekst

Robiliśmy gry, teraz będziemy jeszcze kręcić filmy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE