THE WALKING DEAD. Recenzja trzeciego sezonu | FILM.ORG.PL

THE WALKING DEAD. Recenzja trzeciego sezonu








Andrzej Brzeziński
11.07.2014


TheWalkingDeadThankful

UWAGA! SPOJLERY!

Przeczytaj artykuł o komiksie i pierwszych dwóch sezonach „The Walking Dead”

Jest coś naprawdę niepokojącego w „Żywych trupach” Kirkmana. Zarówno w komiksie, jak i serialu na jego podstawie. Lektura komiksu do najłatwiejszych nie należy. Całość zbudowana jest bardziej na dialogach, niż na żywej akcji. Cała historia oparta jest na ciągu przyczynowo-skutkowym, a logicznym następstwem zaistniałych wydarzeń są decyzje podejmowane przez bohaterów – czasem to decyzje dobre, a czasem kompletnie niezrozumiałe i kontrowersyjne. A no i są jeszcze trupy, chociaż one przecież nie przerażają tak bardzo jak ludzie. Bo według Kirkmana bardziej powinniśmy się obawiać nas samych niż wygłodniałych hord zombie. I to faktycznie przeraża. Czytelnik najpierw się zastanawia nad tym, co przeczytał, a później rodzi się w nim niepokój i strach. Ten strach podkreślony jest czarno-białymi surowymi rysunkami, które tylko podkreślają tragizm tej historii.

Z kolei jeśli chodzi o serial, jak już wspominałem wcześniej, to nie jest typowy horror o zombie. Widzicie, jeśli oglądacie standardowy zombie-movie, trwa on średnio 90 minut. I w tym czasie widzowie siedzą sobie wygodnie w fotelu i prawdopodobnie obżerają popcornem, jednym słowem jesteście całkowicie bezpieczni. Inaczej sprawa ma się podczas lektury komiksu lub seansu „Żywych trupów”. Tutaj nie ma półtoragodzinnego limitu. Ta historia nie kończy się po napisach końcowych. Z odcinka na odcinek widz pogrąża się coraz bardziej w otchłań koszmaru, w paszczę szaleństwa. Ta opowieść nie zmierza do happy endu i nikt nawet przez chwilę nie łudzi się, że może się ona potoczyć w innym kierunku. Z odcinka na odcinek będzie tylko gorzej i to jedyna rzecz, jakiej można być pewnym. Z niepokojem i nieprzyjemnym uścisku w żołądku tylko oczekuje się kolejnych wydarzeń, które tylko zbliżają bohaterów do nieuchronnego końca. To jest koniec świata, któremu najbliżej do równie pesymistycznej wizji poetycko opisanej przez Cormaca McCarthy’ego w jego genialnej „Drodze”. Taki był pierwszy sezon, taki był również drugi sezon. Zatem nic nie wskazywało, że inaczej miało być z sezonem trzecim.

prison3b

Podobnie jak to miało miejsce wcześniej, kolejny sezon został zapowiedziany tuż po emisji pierwszego odcinka sezonu aktualnie nadawanego. Sezon trzeci zatem został zapowiedziany w tydzień po emisji „What Lies Ahead” z sezonu drugiego, a swoja premierę miał w niecały rok rok później 14 października 2012 roku.

Fabularnie sezon drugi i trzeci dzieli kilkumiesięczna przepaść. Grupę Ricka spotykamy bowiem po dobrej kilkumiesięcznej tułaczce – to ekipa wygłodniałych, zabiedzonych, brudnych i zapewne śmierdzących ludzi. Dodać trzeba, że spotykamy ich na wiosnę, zatem okres zimowy został całkowicie pominięty przez twórcy tak jakby uznali go za niezbyt ciekawy epizod w życiu głównych bohaterów. W komiksie nic takiego nie miało miejsca. Jeśli ktoś pamięta, to właśnie podczas zimy poznaliśmy jednego z ważniejszych bohaterów – Tyresse’a, byliśmy świadkiem dramatycznych wydarzeń w Wiltshire Estates (które pojawia się na chwilę w drugim sezonie) i pod koniec trafiliśmy na farmę Hershela Greena i w końcu do opuszczonego więzienia. I tutaj powstaje pewna rysa, bowiem w serialu fakt, że akcja sezonu trzeciego będzie się toczyć w więzieniu, zasugerowana jest w ostatnim odcinku „Beside the Dying fire”, kiedy w ostatnich scenach dosłownie za plecami bohaterów z ciemności wyłaniają się zarysy kompleksu więziennego. Dziwi zatem fakt, że Rick i spółka przez te kilka miesięcy nie potrafili odkryć więzienia, mimo że byli tak blisko i w dodatku posiadali mapę. No nic trudno, wpadki się zdarzają. W każdym razie twórcy serialu doszli do jednego z najciekawszych momentów w całej historii „Żywych trupów”, bowiem właśnie wtedy pojawiają się najbardziej intrygujące postacie w całym uniwersum Kirkmana.

Walking-Dead-Prison-1

Sezon trzeci zaczyna się naprawdę ostro. Odcinek „Seed” co prawda nie dorównuje takim gigantom jak „Days Gone Bye” czy „What Lies Ahead”, ale może się pochwalić bardzo wysokim wynikiem oglądalności, ponad 10 milionów widzów, co było jak dotąd najlepszym wynikiem w historii serialu, ale również całego kanału AMC w ogóle. Ten odcinek, jak i zresztą cały sezon, to prawdziwa wizytówka utalentowanego Grega Nicotero, głównego speca od charakteryzacji i odpowiedzialnego za wszystkie efekty gore, którymi ten odcinek jest naprawdę przesiąknięty. Sceny odzyskiwania więzienia i „czyszczenia” go z żywych trupów, robią naprawdę spore wrażenie. Bez wątpienia to jeden z najbardziej dynamicznych epizodów w całej historii serialu, co niestety odbiło się na klimacie, którego zdecydowanie zabrakło. „Żywe trupy” na moment stały się krwawą orgią z latającymi dookoła wnętrzności i członkami, zniżając się do poziomu przeciętnego straszaka klasy B. Podobnie, choć już troszkę lepiej było w kolejnym odcinku „Sick”. Dopiero od trzeciego „Walk with Me” serial wrócił na właściwe tory, ponownie stając się wciągającą historią ze sprawnie rozpisanymi postaciami. Trzeci sezon, podobnie jak dwa wcześniejsze, jest napędzany mnogością ludzkich interakcji. Z tym, że procent ludzki jest tutaj o wiele wyższy niż było to do tej pory. Nagle pojawiło się wiele nowych postaci, więcej ludzi żywych przewijało się po ekranie niż tych martwych.

450234

Podobnie jak to było w komiksie, Rick i reszta spotykają grupkę ocalałych więźniów, którym udało się przeżyć w oblężonym budynku. W serialu ich liczba urosła do pięciu, podczas gdy w komiksie mamy ich tylko czwórkę. Problem jednak polega na tym, że ci serialowi skazańcy nijak się mają do tych przedstawionych na kartach komiksu. Oglądając ich człowiek zastanawia się czy twórcy włożyli choć trochę czasu i wysiłku w przeniesienie tych postaci na ekran. W komiksie to były naprawdę ciekawe charaktery, które w dodatku spędziły z bohaterami nieco więcej czasu niż w serialu, gdzie widz szybko o nich zapomina. Jedynie sympatyczny Alex, fajnie zagrany przez Lewa Temple, zapada jako tako w pamięć i to mimo faktu, że różnił się trochę od swojego pierwowzoru. Grupce więźniów w komiksie przewodził czarnoskóry Dexter, który z pewnością przez zombie-apokalipsą miał szacun na dzielni, podczas gdy w serialu jego miejsce zajął Tomas, bezjajeczny koleś, który im bardziej próbuje mieć groźny wyraz twarzy, tym komiczniej wygląda. Co więcej serialowy Tomas, tragicznie zagrany przez Nicka Gomeza, teoretycznie miał być odpowiednikiem komiksowego Thomasa Richardsa, psychopatycznego mordercy lubującym się w członkowaniu ciał swoich ofiar, który z zimna krwią zamordował dwie najmłodsze córki Hershela. W praktyce jednak te dwie postaci nic nie łączy, a sam motyw morderstw w więzieniu pojawia się dopiero w czwartym sezonie „Żywych trupów”, kiedy o ocalałych skazańcach dawno wszyscy zapomnieli.

Walkers - The Walking Dead - Season 3, Episode 11 - Photo Credit: Gene Page/AMC

Po wydarzeniach w „Beside the Dying Fire” fabuła serialu podzieliła się na dwa równolegle względem siebie wątki, które z czasem zaczną się zazębiać. I nie muszę chyba dodawać, że to przenikanie się wątków kończy się konfliktem z wybuchowym finałem. Z jednej strony mamy wspomniane wcześniej porzucone więzienie, które dla Rick i jego grupa mogą nazwać domem i dające im złudną nadzieję na przyszłość. Z kolei z drugiej wydarzenia kierują widzów do Woodbury – niewielkiego miasteczka, którego centrum zostało szczelnie ogrodzone murami i barykadami, umożliwiając jego mieszkańcom prowadzenie normalnej egzystencji z dala od żywych trupów, rządzonej przez postać, która stała się wręcz kultowa w uniwersum „Żywych trupów”.

Zanim jednak to nastąpi poznajemy postać jedną z bardziej charakterystycznych postaci z komiksu. Po wydarzeniach z „Beside the Dying Fire” w całym zamieszaniu od grupy Ricka odłącza się Andrea. Uznana za zmarłą zostaje „porzucona” przez swoich kompanów, którzy ruszają dalej. W jednej z ostatnich scen tego odcinka zostaje ocalona przez tajemniczą zakapturzoną postać w towarzystwie dwóch okaleczonych i zakutych w łańcuchy trupów. Wystarczyło sekundowe ujęcie i wszyscy fani komiksu wiedzieli kim ona jest. Jak się bowiem okazuje, wybawicielem Andrei jest Michonne – czarnoskóra kobieta, której cechą charakterystyczną są opadające na twarz klimatyczne dredy i nieprzeciętne umiejętność władania starożytnym samurajskim mieczem.

The-Walking-Dead-409-Michonne-katana

Ci którzy pamiętają ją z komiksu, odnotować mogą różnicę, z jaką ta postać zostaje wprowadzona do fabuły względem serialu. W komiksie Michonne trafia od razu do więzienia, pomagając ocalałym w walce z martwymi, które przedostały się przez ogrodzenie. W serialu wraz z nią i Andreą widzowie trafiają do wspomnianego Woodbury, gdzie poznają niejakiego Gubernatora. W postać Michonne wcieliła się Danai Gurira, która nie dość, że przeszła intensywne treningi, aby nauczyć się posługiwać kataną, to w dodatku musiała nosić na głowie perukę z dredami. Jeśli ktoś widział aktorkę poza planem zdjęciowym serialu dobrze wie, że jest ścięta na przysłowiowego „jeża”. W każdym razie nie jest to dobrze zagrana postać. Podczas gdy komiksowa Michonne wydaje się być bardziej na luzie, otwarta na dialog i chęć przynależności do grupy, to jej serialowa wersja zamkniętą w sobie, małomówną sztywniarą z wiecznie naburmuszonym wyrazem twarzy. Rozumiem, że twórcy postanowili stworzyć te postać jako bardziej tajemniczą i naznaczoną tragicznymi wydarzeniami z przeszłości, jednak zdaje się, że trochę przesadzili. W dodatku ograniczona ekspresja aktorki potęguje irytację w niektórych scenach z jej udziałem. Niemniej jednak Michonne należy do najbardziej charakterystycznych i wartościowych postaci , zarówno w komiksie jak i w serialu.

W świecie Kirkmana, tym komiksowym i tym serialowym, ludzi można podzielić na trzy grupy. Tacy, którzy po prostu giną, bezradni wobec otaczającej ich rzeczywistości, nie mogąc jej zrozumieć ani się z nią pogodzić. Ludzie, którzy jedyne czego pragną, to dożyć następnego dnia. I są też tacy, którzy zatracają się w nowym świecie, wprowadzają własne zasady na jakich ten świat ma funkcjonować, tworzą systemy, które mają usprawnić jego działanie i wreszcie chcą go zwyczajnie sobie rzucić na kolana i podporządkować. Taki był właśnie Shane i taki jest właśnie Philip Blake bardziej znany jako Gubernator.

Postać stworzona w umyśle Kirkmana, to prawdopodobnie najczarniejszy charakter całej serii, zajmujący zresztą zasłużone miejsce pośród 100 największych komiksowych złoczyńców w rankingu sporządzonego przez serwis IGN. Serialowy Gubernator to z jednej strony przywódca idealny, troszczący się o swoją małą społeczność i jako jedyny potrafiący zapewnić im poczucie bezpieczeństwa niemalże całkowicie eliminując zagrożenie ze strony zombie. Jest świetnym mówcą, którego pełne patosu przemowy potrafią przekonać do jego racji, dzięki czemu w oczach każdego z mieszkańców Woodbury uchodzi za autorytet. Już od pierwszych scen jednak wiemy, że coś jest z tą postacią nie tak, bowiem jego drugie oblicze nie jest tak nieskazitelne. Tak naprawdę to socjopata, który stworzył sobie hermetycznie zamknięty azyl, w którym ma wszystko i wszystkich pod kontrolą. Wydawać by się mogło, że drzwi Woodbury są otwarte dosłownie dla każdego kto szuka schronienia. Problem jednak polega na tym, że po ich przekroczeniu nie ma możliwości odwrotu. Pozorna gościnność zamienia się w całodobową inwigilację. To osoba bez oporów karmi ludzi kłamstwami, aby osiągnąć swoje cele. Jest zręcznym manipulatorem, który traktuje otaczających go ludzi niczym pionki w jego chorej grze, a każdego kto stanie mu na drodze, niczym robaka pod podeszwą swojego buta. Nie bez powodu tagline trzeciego sezonu brzmiał: Fight the Dead, Fear the Living. A było się kogo bać.

The-Walking-Dead-38-David-Morrissey

Serialowy Gubernator to postać dosyć wiernie odwzorowana względem swojego komiksowego pierwowzoru. Co prawda nie dopuszcza się takich okrucieństw jak w komiksie, ale cały zamysł postaci został odzwierciedlony prawidłowo. Duża w tym zasługa Davida Morriseya, którego niemalże przeciętny wyraz twarzy, jakże różniący się od komiksowego wizerunku Gubernatora, tylko podkreśla jego dwulicową naturę. Co więcej wydaje mi się, że aktor dodał tej postaci więcej tragizmu, co najlepiej go postacią bardziej ludzką, podczas gdy komiksowy Gubernator to rasowy skurczybyk, którego się serdecznie nienawidzi. Za sprawą Morriseya, czujemy względem tej postaci coś więcej. Z jednej strony przeraża, kiedy patrzy się niczym zahipnotyzowany na swoje trofea, którymi są odcięte głowy w akwariach, a z drugiej gdzieś tam wzbudza niewielkie pokłady współczucia, jak w scenach ze swoją zmarłą córeczką Penny.

Warto w tym miejscu wspomnieć o książce, która jest ciekawym uzupełnieniem uniwersum „Żywych trupów” i która rzuca światło na tajemniczą przeszłość i genezę powstania postaci Gubernatora. Powieść autorstwa Roberta Kirkmana, któremu pomagał Jay Bonansinga, zatytułowana po prostu „Narodziny Gubernatora” posłużyła Davidowi aktorowi jako materiał źródłowy w trakcie przygotowań do roli. Szkoda tylko, że twórcy serialu nie poświecili chociaż jednego odcinka na przedstawienie wcześniejszych losów głównego antagonisty trzeciego sezonu.

The-Walking-Dead-35-David-Morrissey

Jak w wielu momentach, serial idzie tutaj własną drogą. Bo nie dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę nazywa się Brian i nie ma słowa o jego zmarłym bracie Philipie, po którym przejął imię. Co więcej, ujęcia na rodzinną fotografię w domu Gubernatora przeczą książkowemu faktu, że Penny to jedynie jego bratanica. Jest wyraźnie zasugerowane, że jest to jego córeczka, a sceny, w których zajmuje się jej ożywionymi zwłokami, podkreślają jego niejednoznaczność. Z jednej strony widz dostrzega prawdziwy dramat tej postaci, wiemy, że jego postawa jest egoistyczna a zachowanie całkowicie patologiczne. W każdym razie Gubernator, względem komiksu jest najlepiej zaadaptowaną postacią na potrzeby serialu. To najjaśniejszy punkt sezonu trzeciego i jest moją ulubioną postacią z „Żywych trupów” w ogóle. Wspomnę jeszcze o tym, że to właśnie do niego należy jeden z najlepszych tekstów w serialu: „In this life now you kill or you die. Or you die and you kill” (W dzisiejszym świecie zabijasz albo giniesz. Albo giniesz i zabijasz.)

Obok Gubernatora, a trochę nawet w jego cieniu, najważniejszą postacią jest trzeciego sezonu oczywiście jest Rick Grimes. Kirkman wiele razy podkreślał, że „Żywe trupy” są jakby kroniką życia tego bohatera i trwać będzie tak długo jak będzie się on utrzymywał przy życiu. Jesteśmy z nim od jego „narodzin” w nowym świecie, kiedy to obudził się w szpitalnym łóżku, i będziemy z nim prawdopodobnie do jego śmierci.

o-THE-WALKING-DEAD-PRISON-facebook

Trzeci sezon jest bardzo ważny dla tej postaci. W pierwszym był jeszcze idealistą, chcącym zachować zasady, którymi świat kierował się zanim zaczął upadać. W drugim jego postawa zaczęła się trochę zmieniać, do czego z pewnością przyczynił się konflikt z najlepszym przyjacielem, postrzał Carla, zaginięcie Sophii i niespodziewana wiadomość o ciąży Lori i jej romansie z Shanem, co równoważyło z brakiem pewności czy to o jest faktycznym ojcem. Problemy małżeńskie, poczucie odpowiedzialności za grupę i wątpliwości wynikających z udźwignięciem roli przywódcy doprowadziło Ricka do tego, że stał się kimś, kim nie chciał się stać, co zasugerowano w „Beside the Dying Fire”. Co prawda nie wiemy jak wyglądały jego rządy żelazną ręką, ale domyślić się można, idąc za jego tekstem z ostatniego odcinka sezonu drugiego „this isn’t a democracy anymore.”, że Rick trzymał grupę żelazną ręką. Taki byłby zapewne Shane, gdyby wygrał walkę o przywództwo, z tą różnicą, że Rick robił to w dobrej wierze.

Takiego Ricka poznaliśmy na początku sezonu trzeciego, wymagającego i zdeterminowanego. Bez mrugnięcia okiem zabija jednego z więźniów, który stanowił dla jego grupy zagrożenie. Jest dobrym przywódcą, ale jednocześnie pozostającym na uboczu, komunikującym się z grupą jedynie w momentach planowania kolejnych posunięć, oraz niepotrafiącego wyrazić swoich uczuć co do Lori i . Jednak ta maska nieprzystępnego twardziela i dyktatora zostaje brutalnie zerwana z jego twarzy. Pod wpływem tragicznych wydarzeń z „Killer Within”, o których wspomnę pod koniec tekstu, jego świat dosłownie się zawalił. To co miało przyjść później miało określić Ricka i stronę w jaką będzie zmierzał. Rozwój tej postaci będzie trwał jeszcze w sezonie czwartym, jednak to właśnie sezon trzeci był tym ważnym punktem zwrotnym.

The-Walking-Dead-Tyreese

Jedną z trzech postaci wprowadzonych do serialu, obok Gubernatora i Michonne, był Tyreese. W komiksie był on równym kompanem dla Ricka, jego przyjacielem, który nie raz uratował mu tyłek przed trupem i z którym niemalże zatłukł się na śmierć. Był jednym z tych ogarniętych kolesi, którego dobrze było znać w momencie wybuchu pandemii zombie. Bez wątpienia należał do tych twardszych i ciekawszych postaci, które mają cos do powiedzenia i zaprezentowania sobą, dzięki czemu był jedną z bardziej lubianych bohaterów serii. Odnośnie serialowego Tyreese lepiej by było gdyby nie napisać nic, bowiem nie ma on nic wspólnego ze swoim komiksowym odpowiednikiem, poza oczywiście wyglądem zewnętrznym i upodobaniem do stosowania młotka jako broni.

Serialowego Tyreese w przeciętnym wykonaniu Chada Colemana, można śmiało określić jako ciepłe kluchy z wiecznie przerażono-zdziwioną miną. Na kartach komiksu poznaliśmy go na długo przed odkryciem więzienia, kiedy to podróżował wraz z córką Julie i jej chłopakiem Chrisem. W serialu zamiast córki postanowiono dać mu siostrę Sashę i dołączyć do niego grupkę ocalałych – małżeństwo Allena i Donnę z nastoletnim synem Benem, co z kolei miałoby luźnym nawiązaniem do postaci pojawiających się od pierwszych zeszytów komiksie. W ogóle wprowadzenie Tyresse’a i jego grupy i do serialu w połowie sezonu nic tak naprawdę nie wnosi do fabuły. Jego obecność wydaje się czymś zbędnym, co jest naprawdę rozczarowujące dla mnie, dla którego komiksowy Tyreese był jedną z tych ulubionych postaci. Interesującym jednak pozostaje fakt, że odcinek w którym się pojawił, czyli „Made to Suffer”, nazywa się tak samo jak komiks wolumin, w którym… zginął.

316_andrea

Skoro już marudzę na źle poprowadzone serialowe postacie względem ich komiksowych odpowiedników, warto by wspomnieć o jeszcze jednej, która pojawia się już od pierwszego sezonu i jednocześnie jest jedną z głównych w komiksie. Oczywiście tą postacią jest Andrea, najtwardsza babka ze wszystkich w komiksie i nie przebija jej nawet Michonne ze swoim wymachiwaniem kataną. I oczywiście nie da się jej porównać do serialowej wersji.

Jeszcze w drugim sezonie Andrea była blisko tej komiksowej, buntownicza, odważna i wyrywała się do walki. Po tragicznej śmierci jej siostry i dramatycznej decyzji w Centrum Chorób Zakaźnych pozbierała się stając się jednym z silniejszych charakterów. Niestety w trzecim sezonie twórcy zmienili ją na naiwną laskę, której nagle zaczynają przeszkadzać niewygody post apokaliptycznego świata i która chętnie zagrzałaby kącik w Woodbury. Jej fascynacja Gubernatorem już od pierwszej chwili zaczyna irytować widza, podobnie zresztą jak jej zachowanie wobec Michonne, z którą przecież łączyła ją szczególna zażyłość. Jednak największą rysa na historii tej postaci pojawiła się na jej końcu. Twórcy bowiem zdecydowali się uśmiercić postać, która w komiksie jako jedna z nielicznych po dzień dzisiejszy trzyma się przy życiu. I koniecznie trzeba zrobić, że zrobili w bardzo głupi sposób. Andrea, która nie dała się ścigającej ją hordzie w końcówce drugiego sezonu, tutaj dała się zabić jednemu zombie, zamknięta w jednym pomieszczeniu. Jeden truposz wydaje się być łatwym celem do odparcia, zwłaszcza dla tak wprawionej kobiety jak Andrea. Jedyny problem polega na tym, że nasza bohaterka robiła wszystko, by stracić każdą cenną sekundę, a wraz z nią swoje życie. Śmierć Andrei należy do najbardziej nieoczekiwanych, ale i zarazem rozczarowujących momentów w „Żywych trupach”.

THE-WALKING-DEAD-Season-3

Skoro jestem przy uśmiercaniu ważnych postaci, to warto w tym miejscu wspomnieć Merle’a Dixona, starszego brata Daryla, który powrócił po długiej nieobecności stając się jedną z głównych postaci sezonu, w dodatku stając się prawą ręką Gubernatora. W pierwszym sezonie zniknął tak szybko jak się pojawił, jednak udało mu się zapaść w pamięć dzięki genialnej grze aktorskiej i dialogom, w drugim sezonie zaliczył mały epizod w świetnym odcinku „Chupacabra”.

W trzecim sezonie im go więcej tym ta postać traci na swoim magnetyzmie. Już nie fascynuje tak jak wcześniej, aczkolwiek jego proteza (jak pamiętamy z „Tell it to the Frogs” obciął sobie rękę) z wysuwanym ostrzem to iście ciekawy atrybut. O ile w poprzednich sezonach był on bez dwóch zdań typkiem spod ciemnej gwiazdy z aspiracjami do czarnego charakteru, tak w tym sezonie ukazali go z ludzkiej strony. Z jednej strony potrafi być bezwzględny, z drugiej jednak jest zdeterminowany aby odnaleźć brata. Z kolei gdy już go odnajduje, jego wewnętrzny demon lub może po prostu głupota, sprawia, że nie jest on zaufać komukolwiek, ani tym bardziej wzbudzić zaufania. To postać jedyna w swoim rodzaju, będąca ubarwieniem jednocześnie dla Gubernatora i dla swojego młodszego brata Daryla. Niestety sezon trzeci był jego ostatnim, bowiem twórcy niespodziewanie postanowili go uśmiercić. Z jednej strony myślę jednak sobie, że to było dobrym posunięciem, bowiem gdyby przyłączył się na stałe do grupy Ricka mógłby się zresocjalizować, co w przeciwieństwie do Daryla, nie wyszłoby mu na dobre. Dobrze, że do końca pozostał postacią niejednoznaczną i skonfliktowaną, być może nawet z samym sobą. Ostatnie sceny z jego udziałem zobaczyć można w przedostatnim odcinku serii „This Sorrowful Life”, który bez wątpienia należał do tej właśnie postaci.

Sarah-Wayne-Callies-in-The-Walking-Dead-3.04-The-Killer-Within

Trzeci sezon obfitował w naprawdę wiele zaskakujących zwrotów wydarzeń. Wspomniane wyżej śmierci Andrei i Merle’a tak naprawdę wieńczyły całość w dwóch ostatnich odcinkach. Wcześniej widzowi mogli zbierać swoje szczęki po niespodziewanej śmierci Lori Grimes. Co prawda w komiksie ta postać również ginie, jednak dzieje się to trochę później porównując do wydarzeń w serialu. Otóż wszystko rozgrywa się w jednej z najbardziej dramatycznych i drastycznych scen jakie dane mi było zobaczyć w „Żywych trupach”. W sezonie trzecim Lori była już w zaawansowanej ciąży i tylko dni dzieliły ją od rozwiązania. Wydawało się, że więzienie będzie sprzyjać w przyjściu na świat noworodka. Zapewni bezpieczeństwo i warunki tak aby poród przebiegał w spokoju i bez komplikacji. Wystarczyło jedynie skompletować potrzebne środki medyczne. Niestety moment rozwiązania przypadł na zamieszanie spowodowane przez jednego z więźniów, przez którego duża grupa żywych trupów wtargnęła na teren więzienia. Rozpoczął się dramatyczny poród, przy którym obecny był Carl i Maggie, który zakończył się cesarskim cięciem bez znieczulenia. Na świat przychodzi zdrowa dziewczynka, matka natomiast wykrwawia się na śmierć. Ta scena jest naprawdę szokująca. I nie psuje jej ckliwe pożegnanie Lori z synem i ogólnie denerwująca Sarah Wayne Callies.

WD-_012

Pojawienie się Judith w serialu zmusiło mnie również do pewnej refleksji. Nowonarodzona Judith – bo tak została nazwana dziewczynka – jest pierwszym dzieckiem w „Żywych trupach”, które przyszło na świat tuż po tym jak umarli zaczęli powracać do życia. Zastanawiające jest to, że to dziecko nie będzie znało innego świata, niż tez wyniszczony przez hordy żywych trupów. Od wczesnych lat będzie musiała żyć ze strachem i niepewnością i czy w ogóle dostanie szansę na normalny rozwój, bez dzieciństwa. To jest, przynajmniej dla mnie, przerażająca konkluzja, zwłaszcza, że twórcy postanowili dać serialowej Judith trochę więcej czasu. W komiksie, co jest równie wstrząsające, dziewczynka ginie niedługo po porodzie wraz ze swoją matką podczas ataku Gubernatora na więzienie. Śmierć Lori z pewnością była czymś zaskakującym. Nikt kto zna komiks nie spodziewał się, że nastąpi ona tak wcześnie. Wielu również odetchnęło z ulgą, bowiem ta postać uchodziła za irytującą i słabo zagraną i przyznaje, że do tej pory tak udawałem. Jednak ostatnia scena z jej udziałem każe jakoś inaczej spojrzeć na tę postać. W ogóle wydaje mi się, że w trzecim sezonie scenarzyści trochę bardziej przyłożyli się do napisania jej ostatnich chwil w serialu, stąd może znalazł się ktoś kto uronił wówczas choć jedną łzę. W każdym razie „Żywe trupy” po raz kolejny pokazały z jak pesymistyczną wizją świata widz ma do czynienia jeśli sięgnie po ten tytuł.

Śmierć Lori i narodziny córeczki były dla Ricka ogromnym wstrząsem, zwłaszcza, że ich małżeńskie relacje nie były najlepsze. Twórcy rewelacyjnie zobrazowali obłęd w jaki popada bohater, targany złością i wyrzutami sumienia. Sceny, w których Rick samotnie „oczyszcza” korytarze więzienia, co prawda lekko przesadzone, ale świetnie oddawały to co się musiało dziać w głowie bohatera. Warto w tym miejscu wspomnieć o przeniesieniu z komiksu do serialu scen, w których Rick za pomocą starego telefonu kontaktuje się ze swoją nieżyjącą żoną. Tak się działo w odcinku „Say the Words”. Z kolei w „The Suicide King” dochodzą do tego halucynacje, w których widzi ducha Lori, ubraną w suknię ślubną. Świetna jest niewykorzystana scena z odcinka „Home”, kiedy to Rick podczas jednej z tych halucynacji widzi Lori, podchodzi do niej i całuje, podczas gdy ona ku jego przerażeniu zamienia się w zombie. W komiksie podobne wydarzenie miało miejsce podczas snu, w którym Lori podczas pocałunku odgryza Rickowi kawałek twarzy, po czym zaczyna patroszyć jego ciało. Rick do końca sezonu będzie się zmagał z traumą po śmierci Lori, co zresztą zaprowadziło go do podjęcia decyzji o rezygnacji z roli przywódcy grupy. Z całą pewnością od tamtego momentu Rick już nie był tą samą postacią.

Woodbury_survivors_emerge_from_bus

Podobnie zresztą jest z jego synem Carlem, który nie dość, że był świadkiem przy porodzie, to zaraz po śmierci matki strzelił jej w głowę, aby nie powróciła jako zombie. Od tamtej pory ta postać zamyka swoją rozpacz w twardej skorupie, zdając się nie dopuszczać, aby wyciekła przez nią chociaż jedna łza. Dopiero w ostatnim odcinku sezonu „Welcome to the Tombs” chłopak pokazuje wszystkim co tak naprawdę leżało mu od śmierci matki na sercu i w jakim stopnie odcisnęło się to na jego psychice. A najlepiej widać to w scenie, kiedy to z zimną krwią morduje jednego z ludzi Gubernatora, który jest w dodatku niewiele starszy niż on. Co prawda Carl, już wcześniej przejawiał pewne mordercze skłonności, kiedy to bez cienia zastanowienia opowiadał się za egzekucją Randalla pod koniec drugiego sezonu, jednak to właśnie w trzecim tak naprawdę widać, że z tym chłopakiem nie jest najlepiej. Nic dziwnego, Carl nie dość, że musiał zmierzyć się z rzeczywistością, w której martwi atakują żywych, w której przyszło mu dorastać to był świadkiem jak jego matka umiera w straszliwych męczarniach. Jemu, podobnie jak i małej Judith, zabrano dzieciństwo. Oba te przypadki są naprawdę poruszające. I za to kocham „Żywe trupy”.

ScreenShot014

Sezon numer trzy zdaje się być najbliżej komiksowym „Żywym trupom” za sprawą akcji, która w przeciwieństwie do drugiego, ruszyła do przodu. Nie było przestoju, dużo się działo, pojawiło się wiele nowych postaci i mieliśmy kilka znaczących zgonów, czyli tak jak w komiksie. Niestety jest to również sezon pełen rozczarowań, a to głównie za sprawą przedstawienia niektórych postaci, w tym pozbycie się tak charakterystycznej postaci uniwersum jakim była Andrea. Jednak największym zawodem wydaje się być odcinek finałowy „Welcome to the Tombs” z ostateczną, a przynajmniej tak się wówczas wydawała konfrontacją Ricka i jego grupy z Gubernatorem stojącym na czele mieszkańców Woodbury.

Finał sezonu tak naprawdę jest jednym z najsłabszych odcinków z wszystkich szesnastu wyemitowanych, a irytacje widza można porównać do furii Gubernatora tuż po całej akcji. W każdym razie lepiej w pamięci mieć pozostawić takie perełki jak „Walk with Me” z efektownym wejściem do fabuły wyżej wspomnianego i „Arrow the Doorpost” opartym głównie na dialogu pomiędzy Rickiem a Gubernatorem. Jest również dramatyczny „Killer Within” i z pozoru spokojny „Home”, który w końcówce wręcz eksploduje czy jakże inny od całości „Clear”, w którym na chwilę do serialu powróciła postać Morgana Jonesa, z pilotażowego odcinka, w którego ponownie wcielił się Lennie James.

TWD_GP_316_1116_0278

Trzeci sezon otworzył przed widzem jeszcze większy świat, w którym bohaterowie musieli stawić czoła już nie tylko niezliczonym zastępom żywych trupów, ale innym ocalałym z zagłady. Ludziom, którzy wydają się być jeszcze bardziej bezwzględni niż te bezduszne istoty. Nagle okazało się, że świat, ten który chyli się ku zagładzie, jest pełny ludzi i miejsc. Świat „Żywych trupów” stał się o wiele większy i gotowy do eksploracji, co bez wątpienia miało nastąpić w czwartym sezonie.

Aaron

Jestem wielkim miłośnikiem kina spod ręki takich geniuszy jak Paul
Thomas Anderson, Stanley Kubrick, Quentin Tarantino czy Joel i Ethan
Coen oraz w wykonaniu takich talentów jak Philip Seymour Hoffman,
Daniel Day-Lewis oraz Kate Winslet. Lista moich ulubionych filmów,
tych najbliższych mojemu sercu jest bardzo długa i nie ma sensu jej
tutaj wypisywać. Jednak gdy ktoś pyta mnie o wskazanie tego jedynego,
zawsze odpowiadam, że jest to "Magnolia" Paula Thomasa Andersona.






  • Snow

    To był najsłabszy sezon jak na razie.

  • Artur Gralla

    Mi osobiscie komiks nie przypadl do gustu,wole serial.

  • Andriej

    I oczywiście znowu wazeliniarstwo – jeśli tak to ma wyglądać, to darujcie sobie te recenzje

  • Kozas

    Komiks jakoś mi się nie spodobał, serial po dobrym pierwszym sezonie stracił dramatycznie, jedyne co jest naprawdę wybitne z tej marki to gra. Pierwszy sezon 9/10, drugi chyba trochę słabszy ale nadal 8/10 i czekam z zapartym tchem na zakończenie. Twórcy serialu powinni się uczyć od Telltale.

    • akuku

      Gra traci przy tym rysunkowym stylu mnie bardziej ona bawi niż przeraża.

      • Kozas

        No, ale powiedziałbym, że pasuje do gry opartej na komiksie ;) Poza tym mi to pasuje, gra ma małe wymagania a przy tym wygląda dość stylowo.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

FOTA: Ian McKellen jako Sherlock Holmes

Następny tekst

Ewolucja planety małp



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE