Seriale TV

THE GIFTED: NAZNACZENI. Recenzja pierwszego odcinka

Był chłodny, październikowy wieczór. W powietrzu dało się wyczuć specyficzną woń – rześki zapach niósł ze sobą jakąś dziwną nutę... niczym powiew świeżości wprost znad kontenera z przeterminowaną żywnością.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Tak przeciętnie, że aż dobrze?

Rok 2017 jest dla 20th Century Fox bardzo łaskawy – przynajmniej jeśli chodzi o twórczość związaną z posiadanymi przez wytwórnię prawami do adaptacji przygód komiksowych X-Menów. The Gifted: Naznaczeni miało być kolejnym krokiem naprzód, autorską próbą poszerzenia mutanckiego dorobku o coś zupełnie nowego, pozostającego jednak w ścisłej korelacji z poprzednimi produkcjami. Serial trafi do widzów w ponad 180 krajach, ale po obejrzeniu pierwszego odcinka nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś u steru wyraźnie spanikował przed kolejnym potencjalnym sukcesem.

Ciągle jeszcze mam w pamięci doskonały pierwszy sezon serialu Legion, który zdawał się być dla 20th Century Fox kolejnym dowodem na to, że ryzyko się opłaca. W zeszłym roku właśnie za sprawą owego ryzyka zaserwowali nam niepohamowanego zaniżoną kategorią wiekową Deadpoola – różnie można ocenić tę produkcję pod względem jakościowym, ale sukces wytwórni był niepodważalny. 2017 rozpoczęliśmy od wspomnianego już Legionu, który bawił niezmiernie, będąc jedną z najlepszych produkcji telewizyjnych w tym roku, a gdy serial był na półmetku, na ekrany kin wszedł Logan: Wolverine – piękne pożegnanie z Rosomakiem, w którego przez ostatnie siedemnaście lat wcielał się Hugh Jackman.

Połechtani pasmem sukcesów włodarze 20th Century Fox nagle zaczęli strzelać jak z procy informacjami o kolejnych produkcjach powiązanych ze światem X-Menów. Dość powiedzieć, że tylko w przyszłym roku czekają nas trzy premiery kinowe, a do roku 2021 już rozplanowano kolejne sześć (a potencjalnie osiem) tytułów. Cały ten rozmach sprawiał wrażenie złapania wiatru w żagle przez studio, które przecież przez lata nie potrafiło wykreować spójnej strategii dla posiadanych przez siebie praw do adaptacji Marvelowskich komiksów o mutantach. Gdy zdawało się, że znaleziono złoty środek na rozwój ciążącego im dotąd uniwersum, do sieci trafił ten oto potworek:

Już po zobaczeniu trailera miałem co do The Gifted: Naznaczeni mieszane uczucia. Zdawał się toporny, wykonany niechlujnie. Nie robił takiego wrażenia, by móc nawiązać choćby iluzoryczną walkę z dwoma tegorocznymi poprzednikami. Na szczęście efekty specjalnie nie wyglądają źle, ale za to ktoś nawalił przy montażu. Najwyraźniej głównym celem było w tym przypadku dopasowanie się do rozkładu bloków reklamowych, gdyż segmenty z poszczególnymi wątkami zdają się serią kilku odciętych od siebie wątków, co w moim odczuciu wygląda przynajmniej półamatorsko – zwłaszcza że u nas układ reklam jest zupełnie inny, więc w miejscu cięć po prostu przeskakujemy w zupełnie inne miejsce. Co gorsza, podczas oglądania pierwszego odcinka okazało się, że niemal godzinny materiał ma w sobie niewiele więcej treści niż ten dwuipółminutowy zwiastun, a każdy kolejny wątek stanowi jedynie balast.

Historia, która miała być powiewem świeżości, jest w jakimś stopniu innowacyjna – przynajmniej na skalę tego uniwersum. Nie uświadczymy tu obecności znanych nam X-Menów ani też ich przeciwników z Bractwa, natomiast fabuła The Gifted: Naznaczeni kręci się wokół rodziny, w której objawiły się moce dwóch młodych, nieznanych z kart komiksów mutantów. Oczywiście nikomu choć odrobinę zorientowanemu w tym świecie nie trzeba tłumaczyć, że „specjalnie uzdolnione” osoby nigdy nie miały lekko. W tym konkretnym przypadku sytuacja jest o tyle trudniejsza, iż pewne wydarzenia doprowadziły do zniknięcia większości mutantów (najprawdopodobniej mowa o M-Day, choć oczywiście nikt nam tego nie pokaże, gdyż prawa do jego prowodyrki, Wandy Maximoff/Scarlet Witch, posiada Marvel), zaś na niedobitków prowadzone są szeroko zakrojone poszukiwania. Część osób może to uznać za swoisty prequel wydarzeń, o jakich wspomina się w Logan: Wolverine, jednak nie szedłbym w tym kierunku. Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że film Jamesa Mangolda będzie dla uniwersum niemałym obciążeniem.

Jeśli oparcia dla wydarzeń z The Gifted: Naznaczeni mielibyśmy szukać wśród dotychczasowych filmów o Mutantach, zdecydowanie najbardziej trafnym typem okazałaby się Przeszłość, która nadejdzie.

Reżyserem pilotażowego odcinka The Gifted: Naznaczeni jest Bryan Singer, który w przeszłości zafundował nam trzy najlepsze filmy o mutantach: X-Men, X-Men 2 oraz X-Men: Przeszłość, która nadejdzie, za sprawą tego ostatniego przeprowadzając wręcz reanimację serii. Co prawda noga powinęła mu się przy zeszłorocznym X-Men: Apocalypse, ale każdemu może przytrafić się wpadka, prawda? Wygląda więc na to, że The Gifted: Naznaczeni będą kolejną.

Singer już od samego początku nie daje nam wielu możliwości interpretacyjnego manewru. Jeśli mielibyśmy szukać oparcia w poprzednich filmach o X-Menach, zdecydowanie najbardziej trafnym typem okazałoby się X-Men: Przeszłość, która nadejdzie. Niech świadczy o tym choćby fakt, że cały pierwszy odcinek zbudowany jest na motywach i postaciach, które w produkcji z 2014 roku próbowano wprowadzić. Pierwsze minuty, zanim jeszcze poznany rodzinę Struckerów, to policyjny pościg za młodą Azjatką, która umyka obławie przy pomocy własnoręcznie wytworzonego portalu. To Blink, której umiejętności nie są jeszcze na tym poziomie, jaki obserwowaliśmy w futurystycznym X-Men: Przeszłość, która nadejdzie, ale powoli zaczyna je opanowywać. Na ratunek przybywa jej trio mutantów, spośród których dwoje zdaje się również pojawiać w filmie będącym łącznikiem starej i nowej serii o X-Menach, tu jednak czekają nas dwie małe „podmianki”. Zamiast Jamesa Proudstara (Warpath) oglądamy jego starszego brata Johna (Thunderbird); miejsce znanego z komiksów Roberto da Costy (Sunspot) zajmuje natomiast stworzony na potrzeby serialu Marcos Díaz (Eclipse), posiadający podobne umiejętności. Trio zamyka Lorna Dane (Polaris), potrafiąca władać polem magnetycznym podobnie jak jej ojciec, Magneto. Nieprzypadkowy jest tu także motyw polującej na mutanckie podziemie organizacji Sentinel Services, którą w przyszłości zastąpią niesamowicie rozwinięte drony.

To wszystko smaczki, podobnie jak cameo Stana Lee, który mija Reeda Struckera w progu baru mutantów. Nieprzypadkowe zdaje się też nazwisko rodziny, której losy śledzimy w The Gifted: Naznaczeni. Czy jest możliwe, że są oni powiązani z baronem Wolfgangiem von Struckerem, nazistą i jednym z liderów HYDRY? Dużo tych domysłów. Zdecydowanie za dużo jak na jeden odcinek.

The Gifted: Naznaczeni zdaje się projektem, w którym chciano nam przekazać maksimum informacji, co rusz puszczając oko do fanów komiksów, jednak z zupełnie niewiadomych mi przyczyn zdecydowano się na dokooptowanie ich do historii tak banalnej i wtórnej, że wręcz wstyd byłoby mi zaproponować taki pomysł podczas burzy mózgów w ekipie scenarzystów. Zaproponować, a co dopiero o tym pisać! Po pierwszym odcinku jestem więc rozdarty. Z jednej strony od momentu zobaczenia pierwszego zwiastuna spodziewałem się totalnej porażki, z drugiej jednak ujmuje mnie liczba komiksowych nawiązań. Z ostatecznym werdyktem wstrzymam się do końca – przede mną jeszcze pięć odcinków, ale już po pierwszym potencjał The Gifted: Naznaczeni zdaje się zmarnowany. Obym się mylił, choć w zachodnich recenzjach nie brak głosów, że im dalej w las, tym… mniej drzew, a to dobrze nie rokuje. Szkoda, bo obsada, mimo braku większych nazwisk, zdaje się dobrze odgrywać swoje role. Jeśli ktoś nawalił, to raczej scenarzyści, którzy chcieli uczynić tę historię bardziej ludzką, niż tego potrzebowała.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane