Seriale TV

SYN. Pierce Brosnan w potrzasku czasu

Trudna lekcja historii i kopniak w krocze amerykańskiego mitu założycielskiego.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Historia początków Stanów Zjednoczonych Ameryki to wdzięczny temat do ekranizacji – zwłaszcza jeśli kierowane są głównie na rodzimy rynek, wręcz ubóstwiający produkcje dotyczące ich wspaniałego mitu założycielskiego. Syn stacji AMC stanowi więc idealny lep na amerykańskich patriotów, którzy bardzo szybko mogą poczuć się, jakby ktoś zafundował im solidny kopniak w krocze. Mit założycielski jest bowiem w rozsypce, a niewinni ludzie giną, by „prawdziwi Amerykanie”, którzy ledwo kilkadziesiąt lat wcześniej przybyli do kraju, mogli pokazać swą wyższość nad miejscowymi. Wychodzi to całkiem zgrabnie, choć twórcy serialu mają sporo do poprawienia, jeśli nie chcą, by przyszłoroczny drugi sezon był ostatnim.

Mam ogromny szacunek do AMC. Stacja od lat legitymuje się sloganem Tutaj liczy się historia (ang. Story matters here) i rzeczywiście czuć, że produkowane przez nią seriale mają w sobie „to coś”. Oczywiście nie każdy odnosi tak wielki sukces jak Mad Men czy Breaking Bad; niektóre z czasem zaczynają zjadać swój własny ogon (patrz: The Walking Dead), a część, jak choćby Into the Badlands: Kraina bezprawia, jest dla mnie zupełnie niestrawna – choć to akurat kwestia estetyki (nieszczególnie przepadam za scenami walki, które wyglądają jak upośledzone dziecko niskobudżetowych filmów akcji i bijatyki rodem z Bollywood). Grunt, że ambicją włodarzy stacji nie jest zapychanie ramówki popularnymi tytułami, a właśnie snucie opowieści, które niekoniecznie mają zyskać uznanie wielomilionowej widowni. Mając tego świadomość (i wcale nie robiąc tego z ciekawości, co pokaże obsadzony w głównej roli Pierce Brosnan), zdecydowałem się na śledzenie osadzonego w nienależącej do moich ulubionych epoce serialu Syn, którego ostatni odcinek zostanie wyświetlony dziś wieczorem. A oto bezspoilerowa recenzja całości.

Ciężko nie odnieść wrażenia, że pomysł na stworzenie serialu w westernowej otoczce to pokłosie olbrzymiego sukcesu, jakim było zeszłoroczne Westworld od HBO. Nie ma jednak sensu porównywać tych dwóch produkcji, ponieważ Syn nie jest wyrazem pogoni AMC za rynkowymi trendami, a telewizyjną adaptacją bestsellerowej powieści Philippa Meyera o tym samym tytule, wydanej w roku 2013 (w zeszłym roku książka doczekała się także polskiego wydania, nakładem wydawnictwa Czwarta Strona). Rozciągająca się na przestrzeni około 160 lat historia trzech pokoleń rodziny McCulloughów, zapisana przez wschodzącą gwiazdę amerykańskiej literatury na przeszło sześciuset stronach, z miejsca stała się hitem, zyskując między innymi nominację do Nagrody Pulitzera. Jak widać – tutaj liczy się historia – choć fani książkowego oryginału nie kryją swego rozgoryczenia, widząc, jak mocno serial okroił fabułę książki. Na ich miejscu pamiętałbym jednak, że Meyer żywo uczestniczy w tworzeniu tego widowiska, co może oznaczać ni mniej, ni więcej tyle, że prawdopodobnie wszystko jeszcze przed nami. Serial ma zamówienie na kolejny sezon, więc po wprowadzającym nas w wydarzenia z amerykańsko-meksykańskiego pogranicza na początku XX wieku pierwszym sezonie, mamy szansę zabrnąć znacznie dalej – być może otrzymamy nawet trzecią linię czasową, której brak jest tu wyraźnie widoczny!

Pierce Brosnan i Jacob Lofland – odtwórcy roli Elia McCullougha, fot. AMC

Jak wspomniałem, Syn to historia trzech pokoleń McCulloughów. Najważniejszą z postaci jest tu głowa rodziny – Eli – zwany „pierwszym synem Teksasu” [urodzony 2 marca 1836, gdy powołano do życia Republikę Teksasu – przyp. red.] bądź po prostu Pułkownikiem – ze względu na jego zasługi na polu bitwy. W tej roli oglądamy młodziutkiego Jacoba Loflanda oraz największa gwiazdę serialu, czyli Pierce’a Brosnana. Trzeba bowiem pamiętać, że twórcy serialu przeplatają ze sobą dwie linie czasowe. Pierwsza z nich rozgrywa się między rokiem 1849 a 1850. Młody Eli, syn osadników, zostaje porwany przez plemię Komanczów i za sprawą swego krnąbrnego charakteru z czasem zdobywa ich szacunek, z niewolnika stając się członkiem plemienia imieniem Tiehteti (po naszemu „żałosny białas”). Ten wątek ma oczywiście olbrzymi wpływ na dalsze losy Elia, jednak nie zostaje on rozwiązany, w związku z czym widzowie nie mają pojęcia, co działo się w trakcie kolejnych sześćdziesięciu pięciu lat. Druga linia czasowa rozgrywa się bowiem w roku 1915, gdy Eli jest już bogatym ranczerem, ulegającym pokusie dorobienia się na ropie naftowej. Warto zauważyć tu pewną nieścisłość – w serialu kilkukrotnie padają słowa „trzymasz się nieźle, jak na sześćdziesięciolatka”, jednak w zestawieniu czasu akcji z domniemaną datą urodzenia główny bohater powinien dobijać właśnie do osiemdziesiątki. Tak czy owak – dziarski staruszek świetnie sobie radzi, czy to podczas jazdy konno, czy też w notorycznych strzelaninach. W tej linii czasowej poznajemy też kolejne dwa pokolenia McCulloughów: synów Elia – Pete’a (Henry Garrett) i Phineasa (David Wilson Barnes) – oraz gromadkę dzieci pierwszego z nich, pośród której najmocniej wybija się oczko w głowie całej rodziny – młodziutka Jeannie (Sydney Lucas), której dalsze losy powinny stanowić trzecią linię czasową, kończącą się w roku 2012.

Pierce Brosnan, Sydney Lucas i Henry Garrett – trzy pokolenia McCulloughów, fot. AMC

Tyle teorii, bo choć proza Meyera to czysta fikcja, zmagania McCulloughów z otaczającym ich światem to kwestie o podłożu historycznym, które mocno uderzają w poczynania osadników, dzięki czemu całość nabiera jeszcze większego autentyzmu. Czy to w kwestiach notorycznych starć z Indianami w połowie XIX wieku, czy też walk z meksykańskimi rebeliantami o prawo do teksańskich ziem, serial zupełnie odrzuca na bok czarno-białe podziały na dobrych i złych, jednocześnie serwując nam sporo czystko westernowej rozrywki, przerywanej wątkiem miłosnym, który też nie pozostaje bez wpływu na i tak napiętą sytuację.

Syn jest jak rewizjonistyczna wersja Romea i Julii, gdzie Teksańczycy i Meksykanie stają naprzeciw siebie.

Ulubieniec ojca, Pete, który ma piękną żonę (Jess Weixler) i trójkę dzieci (Shane Graham, Caleb Burgess, Sydney Lucas) stara się bowiem oderwać od jakże tradycjonalistycznego podejścia ojca. Pete próbuje wychowywać potomków na nowoczesną modłę. Chce ich wykształcić, dać im możliwość rozwoju i ucieczki z typowo teksańskiego rancza. Konflikt między nim a ojcem narasta nie tylko na tle problemów finansowych seniora rodu, który nie ma zamiaru odpuszczać i stara się zrobić wszystko (także wbrew prawu), by zatrzymać swoje włości, ale też przez powrót w rodzinne strony Marii (Paola Nuñez) – córki sąsiadów, którzy choć zamieszkują te tereny od czterech stuleci i sami uznają siebie za Amerykanów, pozostają w stałym konflikcie z ludnością napływową, wytykającą im ich meksykańskie pochodzenie.

Czyżby Romeo i Julia porzucili Montecchich i Capuletich na rzecz McCulloughów i Garciów, by zmierzyć się z amerykańskim mitem założycielskim? Historia kończy się znacznie tragiczniej, niż umiejscowiony w Weronie dramat Szekspira, co tylko podkreśla wielowarstwowość bohaterów serialu Syn. Miało nie być spoilerów, więc dodam tylko, że finałowy odcinek – zdecydowanie najlepszy w całym sezonie – kończy się w takt It Seemed The Better Way Leonarda Cohena.

Kolejno: Zahn McClarnon, Elizabeth Frances, Jacob Lofland, Pierce Brosnan, Henry Garrett, Sydney Lucas, Jess Weixler i David Wilson Barnes, fot. AMC

W tej beczce miodu nie mogło jednak zabraknąć łyżki dziegciu. Syn zdecydowanie nie jest produkcją dla niecierpliwych. Akcja posuwa się do przodu bardzo mozolnie, nabierając tempa tak naprawdę w ostatnich dwóch odcinkach. Ja wytrzymałem, wyłapując smaczki (przykładowo: czarnoskóry kowboj – z miejsca można by go uznać za przejaw koloryzowania społeczeństwa, by mniejszości nie czuły się pokrzywdzone, jednak wyraźna jest wrogość najbardziej nacjonalistycznych jednostek do jego osoby, a w jednym z odcinków dochodzi nawet do sprzeczki na tym tle), jednak nie dziwią mnie komentarze o zmarnowanym potencjale czy totalnej nudzie. Western sam w sobie jest gatunkiem specyficznym, który nie każdemu przypada do gustu, ale przegadanie go może jedynie odstraszyć nawet największych fanów. Dynamika poszczególnych odcinków jest bardzo nierówna, podobnie jak przejścia między obiema liniami czasowymi. Zwaliłbym to na karb zbyt szerokiego grona scenarzystów, którzy nie pracowali wspólnie, a niejako wymieniali się między fragmentami tej dziesięcioczęściowej układanki. Dopiero z czasem zaczyna to mieć ręce i nogi, a ostatnie dwa odcinki wyglądają dokładnie tak, jak chciałoby się, by wyglądał cały serial. To dobry omen, bo stacja AMC na początku maja poinformowała o zamówieniu drugiego sezonu, który zobaczymy w przyszłym roku.

Mogło być lepiej, ale Syn to solidna produkcja, która wciąż ma olbrzymi potencjał – zarówno fabularny, bo odnoszę wrażenie, że twórcy serialu największe smakołyki zostawili sobie na później, licząc na wielosezonową przyszłość tego tytułu, jak i czysto techniczny. Finał pierwszego sezonu sugeruje, że nareszcie znaleziono receptę na szwankujące dotąd elementy widowiska i w końcu wskoczyło ono na odpowiedni tor. Oby w drugim sezonie więcej było momentów doskonałej gry aktorskiej (na którą i tak narzekać nie można), pięknych ujęć amerykańskiej prerii oraz świetnie uzupełniających obraz kompozycji Nathana Barra, mniej zaś szamotaniny z cięciem fabuły i nieumiejętnymi przeskokami między różnymi liniami czasowymi.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane