Seriale TV

STAR TREK: DISCOVERY. Udana kontynuacja gwiezdnej wędrówki

Ostatecznie bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie to, w jak umiejętny sposób wyprodukowane przez Netflixa Discovery nawiązało do tradycji Star Treka, jednocześnie dając widzowi, w wielu aspektach, całkowicie nowy byt, piszący własną historię.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Live long and prosper...

Wybór najsłynniejszego serialu science fiction w historii byłby bardzo prosty. Tylko Star Trek. Na wielkość marki przypada aż sześć produkcji serialowych, kontynuowanych od lat 60., oraz trzynaście filmowych. Nie można też zapomnieć o niezliczonej ilości gier komputerowych, komiksów oraz książek. Star Trek to niewątpliwie jedno z większych uniwersów, jakie poznała popkultura. Nic dziwnego, że Netflix zdecydował się wejść do tego świata. Najnowsza realizacja, Star Trek: Discovery, niedawno zakończyła swoją emisję. Jak wypadł powrót do nieznanych rejonów kosmosu?

W odwiecznym konflikcie panującym między sympatykami Gwiezdnych wojen a Star Treka zawsze stałem po stronie tych pierwszych, z tendencją do plasowania się pośrodku.

W odwiecznym konflikcie panującym między sympatykami Gwiezdnych wojen a Star Treka zawsze stałem po stronie tych pierwszych, z tendencją do plasowania się pośrodku. Saga wymyślona przez George’a Lucasa była mi po prostu bardziej znana oraz przystępniejsza w formule. Dla młodego widza, jakim byłem, gdy poznawałem oba filmowe światy, odwieczny konflikt dobra ze złem zaprezentowany w Gwiezdnych wojnach był o wiele czytelniejszy, a zarazem uniwersalny w wydźwięku. Ten technologiczny żargon, brak wyróżniającego się głównego bohatera oraz motywu przewodniego były cechami składowymi produkcji opartych na pomyśle Gene’a Roddenberry’ego, stanowiącymi dla mnie barierę trudną do przeskoczenia.

Po obserwacji jednak tego, w jakim kierunku ostatecznie udała się saga Gwiezdnych wojen, która kontynuując w nieskończoność motyw rodzinnych zażyłości oraz przekazywania pałeczki mocy, powoli zaczęła zjadać swój ogon, muszę jednak oddać prym Star Trekowi. Patrząc oczywiście głównie pod kątem tego, która z serii skrywa w sobie o wiele lepszy potencjał do kontynuowania, to właśnie serial traktujący o podróżach w nieznane wydaje mi się o wiele większym i ciekawszym polem do popisu dla scenarzystów. Rezultatem tego jest Star Trek: Discovery, który niezwykle ciekawie odświeża serię nowymi pomysłami, zachowując jednocześnie oryginalnego ducha.

Moją przewagą w stosunku do fanów Star Treka było to, że w momencie mierzenia się z nowym tworem nie przygniatała mnie potrzeba porównań. Miałem zatem czysty umysł, wolny od oczekiwań. Choć znane mi było uniwersum Star Treka, to jednak nigdy nie siedziałem w nim tak głęboko, by przejmować się niuansami, które ujawniane były w zapowiedziach nowej produkcji. Ostatecznie bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie jednak to, w jak umiejętny sposób wyprodukowane przez Netflixa Discovery nawiązało do tradycji Star Treka, jednocześnie dając widzowi w wielu aspektach całkowicie nowy byt piszący własną historię.

Pewne elementy zostały na swoim miejscu, bo też pozostać musiały. Nie mogło obejść się bez eksploracyjnych ideałów Gwiezdnej Floty, gdyż to one od zawsze określały tożsamość serii. Ponownie uwypuklone zostały technologiczne przewidywania, które w tym wypadku dają możliwość załodze do efektywniejszego podróżowania przez przestrzeń kosmiczną, ale także przemieszczania się pomiędzy wymiarami. Wyczuwalna jest w tym, rzecz jasna, dbałość o rzetelność naukową. Osią fabuły pozostaje z kolei konflikt z odwiecznymi wrogami Zjednoczonej Federacji Planet – Klingonami. Warto w tym miejscu dodać, że akcja Discovery dzieje się dziesięć lat przed wydarzeniami znanymi z oryginalnej serii, w momencie gdy po stuleciu spokoju wybucha nowy konflikt z wojowniczą rasą.

Ostatnio dodane