Seriale TV

SKAZANY NA ŚMIERĆ: SEQUEL. Recenzja piątego sezonu serialu

Dla amatorów.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Powrót więziennego MacGyvera

Pierwszy sezon Skazanego na śmierć – czy jak kto woli, Prison Break wyemitowany w 2005 roku, okazał się prawdziwym hitem. Wiem, bo sam tej dziwnej fascynacji uległem. Choć wiele seriali potrafiło wcześniej przyciągnąć moją uwagę i trwale zaskarbić sympatię, bodaj żaden nie zaangażował mnie tak bardzo. Po raz pierwszy bowiem na własnej skórze doświadczyłem zjawiska binge-watching, związanego z trudem oderwania się od ekranu telewizora lub komputera. Zatraciłem się w tym osobliwym mariażu kina więziennego z familijnym dramatem.

Cóż z tego, że z każdym kolejnym sezonem wyraźnie było czuć, że z serialu stopniowo uchodzi powietrze. Raz poruszona w widzu ciekawość tak łatwo nie przygasa.

Na jej bazie postanowiono w 2016 roku, po siedmiu latach od finałowego odcinka czwartego sezonu, nakręcić kontynuację losów Michaela Scofielda. I już na wstępie wzbudziło to wiele pytań i wątpliwości, biorących pod uwagę to, w jaki sposób w ostatnim rozdziale zakończyła się historia głównego bohatera. Zwiastun jednak zrobił to, co zrobić miał – żywo zaintrygował. W końcu na pokład powrócili ci sami twórcy, w osobie m.in. Paula Scheuringa. A co najważniejsze, udało się ponownie zaprosić do współpracy także wszystkie gwiazdy oryginalnej serii.

Co z tego wynikło? Po emisji ostatniego odcinka, który miał premierę 30 maja, można już to powiedzieć wprost, bez większych konwenansów – piąty sezon Skazanego na śmierć to zwykłe popłuczyny. Choć momentami serial potrafi bawić, to jednak w zdecydowanej większości wywołuje uśmiech politowania. Nie wiem, która fabryka zdołała wyprodukować tak grube nici, użyte przez scenarzystów do splecenia fabuły, ale chyba pobito kolejne rekordy łamania praw logiki.

Dysponowałem nawet niewielkich rozmiarów kredytem zaufania do tego tworu i o dziwo, pierwsze odcinki potrafiły go podtrzymać.

Prawda jest taka, że tę niepochlebną recenzję mogłem już sklecić po obejrzeniu drugiego lub trzeciego epizodu. Tyle bowiem w moim przypadku trwało pozostawanie w stanie hipnozy wywołanej radością z ponownego spotkania z ulubionymi bohaterami, odwracającej jednocześnie uwagę od ślepego kursu, jaki obrali twórcy. Dysponowałem nawet niewielkich rozmiarów kredytem zaufania do tego tworu i o dziwo, pierwsze odcinki potrafiły go podtrzymać. Pomysł, według którego Lincoln i Sara mają starać się odkryć prawdę o Michaelu, wydawał mi się intrygujący i w swych ramach – dość sensowny. Nie pierwszy raz miałem bowiem do czynienia z cudownym wstaniem z grobu bohatera, który po raz ostatni udowadnia światu, na co go stać.

Niestety za sprawą rozwiązań przedstawionych w okolicach środka sezonu doszedłem do wniosku, że powrót Skazanego na śmierć jest niczym innym jak zwykłym graniem na sentymencie, tak powszechnie dziś obecnym we wszelkich tworach kultury popularnej. Główni aktorzy, Wentworth Miller i Dominic Purcell, którzy pełnią także rolę producentów, pewnie sami poprosili o stworzenie im tego wybiegu, dającego możliwość do rozprostowania kości i zarobieniu kilku dodatkowych dolarów. Odbywa się to jednak ze szkodą dla widza.

Pozory są dość silne. Scofield ma nowe tatuaże. Jest nowy plan ucieczki z więzienia. Są też nowi bohaterowie uzupełniający starą gwardię. Jest też politycznie atrakcyjne miejsce akcji z politycznie atrakcyjnym tłem. Jest wyrazisty antagonista dorównujący intelektem protagoniście i prowadzący z nim niebezpieczną grę. Jest w końcu ciekawość tego, jak bohaterowie poradzili sobie po latach, oraz tajemnica, która ma podtrzymać uwagę widza. Świeżość przeplata się więc z rutyną. I niby ten garnitur uszyty został na miarę, a jednak po zajrzeniu do kieszeni widoczne są dziury. Nie mówiąc o tym, jak wygląda jego podszewka.

Gdy węzeł gordyjski fabuły zostanie rozwiązany, co wiąże się z ucieczką z więzienia oraz wyjaśnieniem (pozornej) zawiłości pomysłu wyjściowego, okazuje się, że twórcy nie mają widowni wiele do zaprezentowania. Serial na powierzchni podtrzymują kolejne pokazy wspaniałomyślności Michaela Scofielda oraz niezniszczalności Lincolna Burrowsa. Odcinki zbudowane są na niezwykle tanich zwrotach akcji i – z założenia – trzymających w napięciu zakończeniach. Jakby tego było mało, mnóstwo w tym wszystkim pospolitej, B-klasowej błazenady, której niechlubną wizytówkę stanowi cała, iście irracjonalna sekwencja pustynna zawarta w piątym odcinku lub wór pomniejszych głupotek, jak cudowne uzdrowienia i metamorfoza T-Baga. Ręce miast klaskać po prostu opadają.

Bracia – rozum i siła

Nikt nie spodziewał się, że piąty sezon Skazanego na śmierć będzie oryginalny. Nikt nie spodziewał się także, że zdoła chociażby na centymetr zbliżyć się do kultowości roztoczonej wokół pierwszego sezonu. Nie taki był cel. Pewnych rzeczy nie da się tak po prostu odtworzyć, z czym twórcy musieli się liczyć. Jako widzowie mogliśmy jednak wymagać, by piąty sezon po pierwsze – był przyjemny, po drugie – nie był głupi.

Cóż… Jest takie powiedzenie, że lepiej jest milczeć i udawać idiotę niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości. Tak się składa, że twórcy piątego Skazanego na śmierć kierują do widza cały monolog, którego każde kolejne słowo pogrąża serial jeszcze bardziej.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane