Serialowe uniwersum. Wstęp do cyklu | FILM.ORG.PL

Serialowe uniwersum. Wstęp do cyklu








Kornelia Farynowska
24.01.2016


Jeśli czytacie uważnie teksty na film.org.pl, mogliście zauważyć, że przy niektórych pojawia się dopisek na samym dole: „korekta: Kornelia Farynowska”.

To ja.

Jestem z serwisem mniej więcej od marca ubiegłego roku, ale dopiero teraz zdecydowałam się ujawnić jako osoba, która też coś pisze, a nie tylko ciągle wytyka innym błędy. Nie licząc jednej Szybkiej piątki i niedawnej, raczej spontanicznej recenzji Sherlocka, właściwie nie pojawił się tutaj nigdy żaden mój dłuższy tekst. To dlatego, że nie czuję się w ogóle upoważniona do podejmowania jakiejkolwiek dyskusji.

Na ostatnim roku studiów miałam przez dwa semestry zajęcia poświęcone filmowi, ale ogrom materiału wgniatał mnie co tydzień w ławkę. Co gorsza prowadzący nie zawsze umieli lub chcieli wytłumaczyć wszystkie pojęcia, a moja głowa nie wytrzymywała zawiłych definicji. I jakby tego było mało, zbliżał się egzamin. W jego przeddzień byłam bliska załamania nerwowego, bo przerosło mnie zrozumienie tak podstawowej rzeczy jak sjużet. Nie miałam pod ręką żadnego rozsądnie napisanego słownika, od czytania Wikipedii i innych internetowych źródeł otępiałam doszczętnie i przez długi czas byłam święcie przekonana, że bez znajomości tego terminu nie mam po co nawet iść następnego dnia na uczelnię.

Egzamin ostatecznie zdałam na piątkę, sjużet wytłumaczył mi znajomy i doskonale wiem już, co to jest, ale zrozumiałam, że nie tędy droga. Nie ma co ukrywać: zdecydowanie bardziej interesuje mnie literatura i z moich pobieżnych statystyk wynika, że na jeden obejrzany film przypada jakieś dwadzieścia przeczytanych książek.

I ktoś taki jak ja miałby cokolwiek pisać dla filmorgu?!

223466-bates-motel-bates-motel

Freddie Highmore, Vera Farmiga, „Bates Motel”. Potrafią zwalić z nóg.

Prawdę mówiąc, jeśli już coś oglądam, to raczej seriale. Mój mózg zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli obejrzę dwa odcinki Doktora Who, to tak, jakbym widziała średniej długości film, ale mimo to na myśl o półtora- lub dwugodzinnym seansie często mi się po prostu całkowicie odechciewa. Skutek jest taki, że seriale oglądam chętniej. Zaczęłam dziesięć lat temu i tak jakoś zostało, choć powoli robię się coraz bardziej wybredna. Ale oczywiście – są produkcje, do których mam niczym nie uzasadniony sentyment, są takie, do których nie wrócę za skarby świata, są takie, które oglądam po raz enty, są takie, które wciąż czekają na swoją kolej.

Co by nie mówić, w serialach czuję się lepiej – nieźle się orientuję, więcej wiem, sporo czytałam. I ostatecznie doszłam do wniosku, że właściwie jednak mogłabym czasem coś napisać. A nasz redaktor naczelny nawet nie bardzo protestował.

Więc oto jestem.

O pewnych trendach i zjawiskach nie będę się rozpisywać – da się je zauważyć nawet, jeśli się nie ogląda seriali. Nie chciałabym też być jedną z tych osób, które z natchnionym wyrazem twarzy wygłaszają oczywistości typu „wiecie, bo ostatnio wskrzeszamy stare arcydzieła”, albo „wszyscy kochają Grę o tron, to ja coś o tym powiem”. Chociażby dlatego, że akurat za Grą o tron nie przepadam i wolę ponawijać o produkcjach, które lubię. Jestem wybredną marudą, ale właściwie w każdym gatunku znajdę coś dla siebie. Swego czasu wręcz wchłonęłam Dextera (choć jak większość udaję, że skończył się po czwartym sezonie), jedne wakacje straciłam na rzecz Chirurgów, trzy lata temu oblałam podczas sesji jakiś egzamin, bo nadrabiałam Buffy i Anioła ciemności, a w wolnych chwilach oglądałam komedie brytyjskie. Nie jest to może oszałamiająco zróżnicowany przekrój, ale mam nadzieję, że chociaż trochę uświadomi wam, że faktycznie oglądam rzeczy rozmaite.

firefly-serenity-full-cast-dvdbash-7

Obsada nieodżałowanego „Firefly”.

Poza tym wiadomo, że z serialami trzeba uważać, bo czasem początki są wątpliwe, a potem orientujesz się, że jest sześćdziesiąt odcinków później i prowadzący nie widzieli cię od miesiąca. Pół biedy, jeśli zapadnie się na seriale brytyjskie, bo kończy się na trzech sezonach i dziewięciu epizodach co dwa lata, ale jeśli trafi się na dobrą produkcję amerykańską…

Bogiem a prawdą, etap kompulsywnego oglądania odcinka za odcinkiem mam już za sobą od dosyć dawna i praktykuję go tylko w przypadku czegoś, co nakręcili Brytyjczycy. Bo zazwyczaj wymaga większej uwagi, ma ładniejsze kadry i często jest trudniejsze w odbiorze (ten duszny, ciężki klimat męczy psychikę, nie oszukujmy się). W ten sposób od dawna odkładam seanse Peaky Blinders czy Ripper Street. I wielu innych. Ostatnimi czasy coraz częściej łapię się na tym, że jeśli zainteresuje mnie jakiś serial, to myślę sobie „obejrzę, jak będzie więcej odcinków albo jak się skończy, raz a dobrze”.

Wracając do tematu, choć wyraźnie skłaniam się ku produkcjom brytyjskim, nie zamierzam się ograniczać. Będę urozmaicać i w miarę możliwości – i niemożliwości też – dorzucać wiedzę książkową. Zwłaszcza że na wszystkie filmy i seriale patrzę przez pryzmat przeczytanych przeze mnie tomiszczy, nie spodziewam się, żeby udało mi się wyłączyć myślenie literaturoznawcze. Oby was to nie odstraszyło, bo filologiczny smrodek pojawi się już w następnym odcinku.

Odważnych zapraszam do lektury – będzie o bardzo, ale to bardzo dobrym serialu, który jest skandalicznie mało znany, a niebawem emisja ostatniego sezonu.

korekta: oczywiście, że ja







  • Kylo Ren

    Bates Motel to jeden z dwóch seriali w życiu, które porzuciłem. Serio ten serial tak się rozwinął, że można go nazwać dobrym? Bo w pierwszych kilku odcinkach tempo było ślamazarne, a wydarzenia straszne przewidywalne.

    • Kornelia Farynowska

      Zgoda, fabularnie to nie jest arcydzieło, ale moim zdaniem nie ma też tragedii. Cenię sobie natomiast bardzo hitchcockowski klimat i dobrych aktorów – uważam, że Vera i Freddie są absolutnie genialni. Nie da się ukryć, że dla mnie najciekawszym wątkiem jest ten, khym, specyficzny związek między Normą a Normanem, więc też łaskawszym okiem patrzę na inne niedociągnięcia i wpadki ;) a jaki był ten drugi?

      • Kylo Ren

        No cóż, mnie od razu odrzucił na samym początku. Na Filmwebie (wiem, ta strona to taki tabloid w dziedzinie filmów, ale generalnie polskie portale filmowy to zazwyczaj poziom rynsztokowy. Film.org jest tutaj chlubnym wyjątkiem), na którym śledziłem info dotyczące tego serialu zapowiadany był jako prequel „Psychozy”, a tu nagle jebs, teraźniejszość. To mnie trochę zniechęciło, a historia dodatkowo nie wciągnęła, więc dałem sobie spokój po kilku odcinkach.

        Drugim serialem był „Fringe”. Sięgnąłem po niego, bo część twórców pokrywała się z twórcami świetnych (głównie do trzeciego sezonu) „Lost”. Z sezonu na sezon było coraz gorzej i porzuciłem go na kilka odcinków przed finałem.

        Jak bardzo te seriale były w moich oczach niech świadczy fakt, że dałem radę wymęczyć do końca takie produkcje jak: nowy „Knight Rider”, „Kroniki Sary Connor”, „Clone Wars”, „Prison Break” (ostatnie odcinki to poziom trzeciego dna) czy „Smallville”.

        • Kornelia Farynowska

          Owszem, serial dzieje się w naszych czasach, ale ma w sobie dużo tamtej epoki. Sam dom Batesów jest bardzo staroświecki. Moim zdaniem ktoś się postarał, żeby nie przesadzić. To trochę tak jak z „Sherlockiem” – unowocześniamy, ale bez szaleństw ;)
          Żadnego z seriali, które wymieniłeś, nie oglądałam – przymierzałam się wprawdzie do „Fringe”, ale słyszałam tylko i wyłącznie pochlebne opinie, więc jestem oficjalnie zaskoczona ;)

          • Kylo Ren

            Ja generalnie podchodzę krytycznie do filmów i seriali, więc się nie dziw :P

            „Fringe” był całkiem niezły (ale o 3 klasy słabszy niż „Lost”) na samym początku. Takie bieda-archiwum X z wątkami alternatywnych światów. Oczywiście ponad 20 odcinków sprawiało, ze główny wątek powracał raz na 2 miesiące, ale dało się to oglądać. Do czasu.

  • Binge-watching, czyli raz, a dobrze – temu jestem wierny i od kilku lat (casus Lost) nie jestem w stanie oglądać seriali inaczej, jak sezonami :) OK, pozbawiam się przyjemności komentowania na bieżąco i jestem zmuszony do bardzo ostrożnego przeglądania internetów, ale przyjemność całkowitego wsiąknięcia na kilka godzin jest tego warta.
    A co do brytyjskości vs amerykańskości – przestałem zwracać na to uwagę, bo po jednej i po drugiej stronie oceanu pojawiają się wyśmienite produkcje, a obok nich słabizny. A gdy się doda do tego konieczność selekcji ze względu na brak mozliwości zaliczenia tego, co trzeba… :) Faktem jest jednak, że więcej pereł można wyłowić z wysp, bo mniej się o tych serialach mówi.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

EDDIE REDMAYNE. Złote brzydkie kaczątko

Następny tekst

SPOTLIGHT. Ostatni egzorcyzm



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE