Serialowe uniwersum. Upadek wielkich seriali | FILM.ORG.PL

Serialowe uniwersum. Upadek wielkich seriali








Kornelia Farynowska
25.04.2016


Do tej pory nie było tego widać po cyklu, ale moje teksty to właściwie felietony. Po pierwsze dlatego, że stylistycznie pozwalają na więcej (nie jestem zwolenniczką sztywnego tonu), po drugie dlatego, że subiektywizm działa w tym gatunku zupełnie inaczej niż w recenzji, a po trzecie dlatego, że nie chciałam pisać tylko i wyłącznie o konkretnych produkcjach. Dzisiejszy tekst właśnie taki będzie – skrajnie osobisty i dotyczący seriali w ogóle. Miałam nadzieję, że napiszę felieton z prawdziwego zdarzenia wcześniej, ale wszystkie koncepcje wydawały mi się nietrafione. Inspiracja przyszła, jak to często bywa, nieoczekiwanie.

Nie oglądałam właściwie filmów ani tym bardziej seriali z rodzicami, bo wolałam czytać książki. Śledziłam przez jakiś czas w telewizji Jordan z Jill Hennessy w roli głównej, ale jednak za prawdziwy początek mojego romansu z serialami uważam rok 2007. Byłam wtedy w liceum i mój znajomy – zresztą pomysłodawca tytułu tego cyklu – oglądał po kolei wszystko jak leci. Zaproponował mi, żebym zapoznała się z czymś i polecił mi Doktora House’a. No i się zaczęło…

Obejrzałam całość serialu (emitowano wtedy chyba czwarty czy piąty sezon) i stwierdziłam, że trzeba rozejrzeć się też za czymś innym. Znajomy wypytał mnie o preferencje gatunkowe i wciągnęłam się w Kości, Mentalistę oraz Dextera. Kiedy zmęczyłam się morderstwami, pokazał mi Black Books i odkryłam, że humor brytyjski nie ma sobie równych. Błyskawicznie pochłonęłam Hotel Zacisze, Techników magików, Czarną żmiję i Moją rodzinkę. Czas leciał, pojawiały się nowe produkcje; zaczęłam też Castle’a, Magazyn 13, Eurekę, Białe kołnierzyki, Zemstę, Dawno, dawno temu, Teorię wielkiego podrywu, American Horror Story

bones-season-10-promo-pic

„Kości”

Otwarcie przyznaję, że byłam bezkrytyczna. Brałam wszystko, po kolei, co było, głównie amerykańskie. Nie zwracałam uwagi na jakieś niedociągnięcia, głupoty w scenariuszu czy inne zgrzyty, niczego nie kwestionowałam, nie zdawałam sobie z nich w ogóle sprawy. Zawsze oglądałam dużo, byłam na bieżąco, bo nie chciałam, żeby Internet popsuł mi jakieś historie. Jeśli akurat były święta, wolne dni albo sesja na uczelni, szukałam sobie starszych seriali (niekoniecznie wiekowych, po prostu takich sprzed 2007 roku lub takich, które wcześniej przeoczyłam). Obejrzałam Przyjaciół, Buffy, Anioła ciemności, Firefly, Dollhouse, Merlina… Mogłabym ciągnąć tę listę, ale chodzi mi przede wszystkim o uświadomienie wam, że było tego sporo. Dopiero gdzieś dwa lata temu zaczęłam trochę selekcjonować, nadal miałam jednak produkcje, które z najróżniejszych przyczyn oglądałam wiernie tydzień w tydzień. Należały do nich Kości, Mentalista, House, Castle, Zemsta, Dawno, dawno temu i Dexter.

Parę dni temu ogłoszono, że jeśli stacja ABC zamówi kolejny sezon serialu Castle, nie zobaczymy w nim Stany Katic. I nagle uświadomiłam sobie bardzo dużo rzeczy. Że kiedyś potrafiłam wstawać we wtorki godzinę wcześniej, żeby obejrzeć odcinek z ubiegłej nocy, a od dawna nie widziałam ani sekundy Castle’a. Że większość tych lubianych przeze mnie produkcji nagle gdzieś znikła. Że jeśli jakieś jeszcze zostały, to i tak ich właściwie nie oglądam. Że w ogóle coraz mniej oglądam. Że nawet te nowe seriale nie potrafią mnie już tak wciągnąć. Że sporą część tych starszych produkcji śledzę raczej z przyzwyczajenia czy sentymentu.

Z każdą z nich stało się coś innego. Najszybciej zrezygnowałam z Dextera, bo nie mogłam zdzierżyć Julii Stiles, moje cierpienie potęgował fakt, że na czwartym sezonie można było idealnie skończyć serial, z przepiękną klamrą narracyjną, a niestety kolejne odcinki budziły we mnie głównie niesmak. Potem czytałam już tylko recenzje i od samej lektury tych kretynizmów bolała mnie głowa. Pewnie nie nadrobię nigdy. House nigdy mnie specjalnie nie fascynował, w dodatku nie przepadałam – łagodnie mówiąc – za Cuddy. Byłam za to zainteresowana nawiązaniami do Sherlocka Holmesa oraz przyjaźnią House’a i Wilsona. W Mentaliście dla odmiany nie znosiłam Teresy Lisbon; odcinki również były schematyczne do bólu, ale przynajmniej Patrick Jane do samego końca był intrygujący. Odpadłam jednak w momencie, w którym wątek miłosny między Jane’em a Lisbon stał się najważniejszy, zwłaszcza że zawsze traktowałam ich jako dobrych przyjaciół, bo chemii między nimi na oczy nie widziałam przez całe siedem sezonów. Nie byłam w stanie zrozumieć, kto wpadł na ten genialny pomysł, żeby wplatać im tutaj jakieś romanse. Do samego końca oglądałam za to Zemstę, która nigdy nie udawała, że jest dziełem ambitnym, ale była przyjemna dla oka, miała świetnego drugoplanowego złodzieja scen (myślę o Gabrielu Mannie) i moim zdaniem do ostatniego odcinka stanowiła znakomitą rozrywkę. Z Kości zrezygnowałam w połowie ósmego sezonu, bo wiadomo, że liczba motywów morderstwa jest ograniczona, więc nie ogląda się dla kryminału, tylko dla spraw prywatnych bohaterów, a te stawały się coraz nudniejsze. Co z tego, że chemii między Boothem a Brennan było mnóstwo, jeśli historie stawały się nawet nie wtórne, a trójne… Nie licząc Dawno, dawno temu, które jako jedyne rzeczywiście oglądam do tej pory mimo skarg, zostaje mi Castle. Mam z tą produkcją od dawna problem, bo w momencie – to chyba żadna tajemnica – baaardzo przedwczesnego zejścia się bohaterów poziom serialu spadł drastycznie. Zarzuciłam oglądanie na początku szóstego sezonu, raz rzuciłam okiem na jakiś finał czy początek, ale właściwie od roku czytam tylko recenzje odcinków, coraz pobieżniej zresztą.

Revenge-Promo-Saison1-2

„Zemsta”

Zorientowałam się, że nagle gdzieś te seriale mi poznikały. Abstrahując jednak od moich preferencji, zdałam sobie też sprawę z tego, że chyba nie ma już takich produkcji, które ludzie rzeczywiście by wiernie i masowo oglądali na taką samą skalę, jak kiedyś House’a czy Dextera. Do wyboru z puli emitowanych obecnie seriali jest Gra o tron, Gra o tron i Gra o tron. Ten zanik bierze się chyba stąd, że wymienione produkcje albo mają już dwucyfrową liczbę sezonów, a wiadomo, że wtedy naprawdę trudno być oryginalnym, albo się skończyły. A nowsze seriale siłą rzeczy dopiero zbierają wiernych fanów. Z takich chętnie oglądanych, ale długo emitowanych produkcji zostali chyba tylko Chirurdzy (nie uwzględniłam ich, bo nadrobiłam ich dopiero dwa-trzy lata temu, jestem na bieżąco, ale nie ma tego sentymentu, o którym pisałam). Może jeszcze Pamiętniki wampirów, które też pominęłam, bo sześć miesięcy temu obejrzałam półtora sezonu i doszłam do wniosku, że niezbyt ambitne, ale miłe dla oka i ewentualnie do skończenia w trakcie wakacji.

Tytułowy upadek wielkich seriali to parafraza tezy Jeana-Françoisa Lyotarda, który w swojej książce o postmodernizmie głosił kiedyś, że nadszedł koniec narracji oświeceniowych. Tyle ma to wspólnego z moim felietonem, że dla mnie nadszedł koniec ukochanych seriali. Nie będę oglądać Castle’a bez Stany Katic, nie mam zdrowia do melodramatycznych ostatnio Kości, a moje trwanie przy Dawno, dawno temu to chyba jednak masochizm. Podejrzewam, że gdzieś tam jest pokolenie, dla którego kultowe będą te nowsze produkcje. Być może i oni potem zaczną nostalgicznie wzdychać, że kiedyś to tyyyle fajnych dobrych seriali było, a teraz nic im się nie podoba. Jeśli o mnie chodzi, sądzę, że przestałam lubić część wymienionych tytułów, ponieważ po prostu zauważyłam nagle ich powtarzalność.

Mówi się, że do rzeczy, które w dzieciństwie czytaliśmy lub oglądaliśmy, nie powinniśmy wracać, żeby nie uciekła magia. Myślę, że to się właśnie stało ze mną. Im więcej obejrzałam, tym boleśniej odczuwałam później wady tego, co mi się kiedyś podobało. Okazywało się, że to, co lubiłam, było jednak beznadziejnie głupie albo drętwe. Z całego serca życzę wam, żeby was to nie spotkało – zderzenie z rzeczywistością potrafi być naprawdę przykre. Słowem – nie popełniajcie mojego błędu i oglądajcie tylko dobre seriale.







  • golem14

    To się nazywa „habituacja” Droga Pani. Zjawisko ma podłoże fizjologiczne i jest niezależne od „jakości” bodźca. Twój mózg uodpornił się na treści wizualne i dźwiękowe pochodzące z bardzo podobnych, schematycznych rozwiązań fabularnych stale powtarzanych w setkach obejrzanych przez Ciebie odcinków. Nawet najlepsza zupa trzeciego dnia już nie smakuje, kraftowe piwo po którejś butelce nie różni się niczym od „no name” za 1,90 z Biedronki itd. Nie znaczy to, że seriale produkowane na siłę w kolejnych sezonach się nie psują, szczególnie te z otwartym uniwersum i niedomkniętą fabułą, jednakże na ich recepcją składają się też czynniki psychofizjologiczne. To „choroba” wszystkich zawodowych recenzentów: po przeczytaniu tysięcy książek, obejrzeniu tysięcy filmów, z reguły są oni bardziej krytyczni niż przeciętny zjadacz kultury i czasami ich opinię mijają się z opiniami zwykłych ludzi. Często też punktują jakieś dziwactwa szokujące swoja odmiennością, przyznają nagrody na festiwalach, co nie przekłada się na sukces kasowy dane pozycji i jakiekolwiek uwielbienie tłumów.

    • Oczywiście, że masz rację. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak to działa, tylko chodzi o to, że mnie po prostu nagle znienacka zaatakowała ta świadomość. I przez mój mózg przeleciało bardzo dużo skojarzeń i nagle parę rzeczy mi się połączyło w całość. Co do recenzentów, zauważyłam, że ich opinie w ogóle często mijają się z opiniami tłumów – nie jestem pewna, czy to ma aż tyle wspólnego z przyzwyczajeniem do pewnych rozwiązań ;)

      • golem14

        A tak, to się dorosłość nazywa… ta świadomość, znaczy się pora zweryfikować swoje cele życiowe, ukształtować nową wizję „Ja”.
        Też tak miałem, całkiem niedawno zresztą.
        Jakiś 1,5 roku temu stwierdziłem, że nie mogę już czytać „Pana Samochodzika” Nienackiego – kiedyś naturalnej odskoczni od idiotyzmów codzienności.
        W zeszłym roku stwierdziłem, że niepotrzebnie wydałem pieniądze na Wiedźmina 1 i 2, i że już nie zagram w gry komputerowe – jakiekolwiek.
        Dorośli ludzie nie czytają o podróżach, dorośli podróżują.
        Książki, filmy, seriale to są dobre na naprawdę bardzo „wolny” czas. Najwięcej książek przeczytałem też w wieku szkoły średniej. Wtedy łyka się wszystko, raz – dlatego, że ma się stosunkowo dużo wolnego czasu; dwa – że nasz umysł jest wtedy bardzo chłonny na wszelkie nowinki. Potem jest już z górki, znudzenie, krytycyzm i pojawia się ta porażająca świadomość.
        Często wiąże się to z prawdziwym spadkiem jakości danego np. serialu. No bo jak zaczyna się łykać takiego „Dextera” w wieku lat 20 to ostatni sezon wypada koło 28 roku życia a to wystarczający czas na „dojrzenie”. Gdyby jednak, mając pewien bagaż doświadczeń w oglądaniu, trafić na 1 sezon „Dextera” albo „Sposobu na morderstwo” w wieku lat 28???
        Ostatnie objawienie serialowe dla mnie, to 1 sezon „True Detective” – choć po 2 seansie zaczęło mnie irytować, że to tak naprawdę 2 godzinny film sensacyjny rozwleczony do 10 godzin ;-) W tym wypadku nowatorska narracja, montaż, zdjęcia i dopełniona fabuła są dla mnie nadal wartościowe. Pewnie jak się namnoży tego typu „seriali” – tj. film pełnometrażowy rozwleczony do kilkunastu godzin – to tez mnie znudzi.

        • No, ostrożnie z tymi tezami – „Pana Samochodzika” zawsze można czytać ;)
          A tak na poważnie – co by nie mówić, zdecydowana większość seriali to jednak lekka, niezobowiązująca rozrywka, więc owszem, w szkole średniej czy podczas studiów łatwiej wchodzą. Co do filmów i książek… Nie uważam, żeby to było coś, czym można się znudzić. Ja na pewno prędzej się znudzę filmami niż książkami ;) u mnie pojawia się raczej krytycyzm i znudzenie serialami i filmami niż książkami, bo czytałam zawsze sporo. Ostatnio akurat więcej oglądam, nad czym ubolewam, ale w ogóle się z Tobą tutaj nie zgodzę.
          Jeśli chodzi o „Dextera” czy „Detektywa” – wydaje mi się, że większość seriali dziesięcioodcinkowych (czyli głównie kablówkowych, chociaż to się zaczyna zmieniać ostatnimi czasy) to filmy rozciągnięte do dziesięciu godzin ;)

  • Igor Yonekawa

    A walking dead, breaking bad, suits, wikingów, a przede wszystkim the wire oglądałaś? Bo ani słowa o tych serialach z najwyższej w sumie półki nie ma ;)

    • Na samym początku zaznaczyłam (wydawało mi się, że dosyć wyraźnie), że chodzi o seriale, od których zaczynałam oglądanie – stąd taki, a nie inny wybór seriali. Prawie wszystkie z tych tytułów próbowałam oglądać, ale coś mnie w nich zniechęcało i odrzucało. „A Walking Dead” – przymierzałam się, ale nie przepadam za komiksami i ich adaptacjami, a zombie to już najmniej akurat mnie interesują; „Breaking Bad” na pierwszym odcinku wynudziło mnie śmiertelnie; „Wikingowie” i „The Wire” zniechęciły mnie tym, że było tam sporo przemocy (której nie znoszę, nie lubię tego oglądać i starannie unikam); do „Suits” się przymierzałam, ale coś mi tam nie pasowało – to było już parę lat temu, więc teraz nie pamiętam dokładnie. Był taki czas, że zaczynałam każdy pierwszy odcinek każdego serialu, zwłaszcza nowego, więc z większością produkcji jakiś tam kontakt miałam. Kto wie, czy nie powinnam zweryfikować swoich poglądów na niektóre seriale, bo minęło jednak parę lat :)

  • Końcowa konstatacja jest kluczowa – oglądajmy po prostu to, co dobre. Wyłowić perły wcale nie tak trudno, tylko trzeba wyjść poza osobistą strefę komfortu, czyli przyzwyczajenia. Rzucić Kości, CSI, Castle’a, NCIS i inne wielosezonowe pierdoły pochłaniane bezmyślnie i bezproblemowo na rzecz produkcji, które są uznawane za po prostu dobre, wartościowe, równe przez wiele sezonów.
    Na pewno wyławianiu pereł sprzyja brak nudy, praca, obowiązki życiowe. Szkoła średnia, studia sprzyjały masowemu wchłanianiu seriali, filmów, książek, które nie miały wielkiej „konkurencji”. Świadomość straconego czasu przychodzi znienacka i na początku boli, zadziwia, wkurza, ale po jakimś czasie taki stan… wyzwala. Jeśli tylko nie popadniesz w zgubny schemat wypełniania wolnego czasu byle czym, jakąś odmóżdżającą sieczką, to zaczniesz weryfikować swoje wybory bardzo szybko. Oddzielanie ziaren od plew jest coraz skuteczniejsze, a z tego powstanie tylko dobry chleb :)

    • Mnie przy większości tych produkcji trzymał po prostu sentyment :) nie odbieram tego w ogóle jako straconego czasu, bo przecież dzięki temu nauczyłam się, co jest powtarzalne i teraz jestem na to wyczulona. A swoją drogą nie widzę nic złego w tym, żeby od czasu do czasu odmóżdżyć się jakąś sieczką ;)

    • golem14

      A nie masz wrażenia, że niektóre te perełki z czasem (i kolejnym sezonem) zaczynają się psuć? Bo jak tak mam ostatnio z Elementary – to jest dopiero majstersztyk mieszania mniej lub bardziej udanych, wieloodcinkowych wątków fabularnych, przetykanych – czasami bezsensownymi – historiami kryminalnymi. Sezon 4 zaczyna mnie nużyć bo autorzy gonią w piętkę. Nie wiedzą czy dalej nabijać kabzę kręcąc kolejne odcinki, czy jakoś sprytnie to zakończyć. Już wydawało się, że rozpad teamu Holmes – Watson zakończy serial, ale nagle zaczęto stosować triki z dzieł o klasę niższych: dodano nowych bohaterów drugoplanowych, uwikłano głównych w nowe związki itp. Pewnie serial skończy jak Lost – czyli jako własna parodia.
      Na marginesie cieszę się, że serial popularno naukowy „Pogromcy Mitów” się skończył bo także tu od kilku sezonów można było zauważyć wypalenie się tematu i kompletny brak pomysłów na zatrzymanie widza. Mimo całego szacunku dla takich pozycji w pewnym momencie widz przestaje czekać „na seans o 4 rano” i gubi się w liczeniu i oglądaniu kolejnych epizodów.

  • Mefisto

    Problem z tymi wszystkimi serialami jest chyba głównie taki, że ciągnie się je do przesady – często nawet wtedy, gdy materiał dawno już się wyczerpał. Dlatego te naprawdę dobre seriale to albo zamknięte, niezbyt całości (często podpadające pod kategorię „mini”) albo ucięte w połowie przez producentów, co tym samym nie pozwoliło ulecieć ich magii, nie pozwolić na spadek jakości lub migdalenie się do widzów.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

CZY POLSCY REŻYSERZY ŚNIĄ O FILMACH SCI-FI? (CZĘŚĆ 5)

Następny tekst

Filmowy profiler #8. Annie Wilkes



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE