Serialowe uniwersum

Serialowe uniwersum. Miguel Ferrer i stare sentymenty

Autor: Kornelia Farynowska
opublikowano

Zmarłego niedawno Miguela Ferrera można pamiętać za różne role. Grał w Robocopie, Iron Manie 3, podkładał głos w Mulan, pojawił się w Twin Peaks i do samego końca występował w NCIS: Los Angeles jako Owen Granger. Ja natomiast najlepiej pamiętam go z Jordan, serialu, który oglądałam jako nastolatka. Część moich rówieśników śledziła przygody Buffy, część Scully i Muldera, część fascynowała się Twin Peaks, a tymczasem ja uwielbiałam w sumie mało znany serial kryminalny o policjantce-profilerze z trudną przeszłością.

Oglądałam go w telewizji, nierzadko bijąc się z matką o pilota, bo w tym samym czasie leciało Szkło kontaktowe na TVN24. A ja, mimo całej mojej nieustającej wtedy i teraz sympatii do Miecugowa i Andrusa, chciałam dowiedzieć się, jakie morderstwo tym razem rozwiąże Jordan.

Po latach niewiele mi zostało w głowie z Jordan. Pamiętam przezabawną Lily poubieraną zawsze w jakieś ekscentryczne ciuchy. Pamiętam Nigela wyglądającego trochę jak straszny wujek, ale z czarującym uśmiechem. Pamiętam detektyw Devan Maguire, aczkolwiek głównie dlatego, że nigdy nie mogłam zapamiętać ani imienia i nazwiska bohaterki, ani aktorki, a jak już pamiętałam, że Jennifer Finnigan, to nie pamiętałam, które nazwisko należy do fikcyjnej postaci, a które do prawdziwego człowieka. Pamiętam detektywa Woody’ego Hoyta, granego przez uroczego Jerry’ego O’Connella; do niego również wciąż mam sentyment. Pamiętam Kena Howarda jako poczciwego ojca Jordan i ich wspólne sceny z odtwarzaniem przebiegu zbrodni. I przede wszystkim pamiętam samą Jordan, w tej roli Jill Hennessy, i Garreta Macy’ego, granego właśnie przez Miguela Ferrera.

Garret Macy nie był szczególnie oryginalną postacią – odrobinę ekscentryczny, opiekuńczy i lojalny szef, który cierpliwie znosi Jordan, próbującą ciągle bawić się w detektywa. Ze względu na rozwód, nastoletnią córkę i problemy z alkoholem prywatnie również układa mu się niezbyt dobrze. Ale Ferrer miał w sobie dużo ciepła i sprawiał, że Macy był jedną z ciekawszych postaci w serialu. Nie zabrałam się nigdy za NCIS-y, bo jest ich za dużo, a wyrosłam już z chęci oglądania każdego serialu, jaki wyprodukowano, ale sądząc po wypowiedziach fanów, jego postać w NCIS: Los Angeles także cieszyła się popularnością.

Bohaterów drugoplanowych poza Macym było jeszcze kilka i wszystkie charakterystyczne. Mam fatalną pamięć do filmów czy seriali – dlatego często robię notatki i recenzuję wszystko od razu albo wcale – a mimo to do dzisiaj bez trudu jestem w stanie opisać postacie z Jordan. Nigel, o którym już wspominałam, ekscentryczny komputerowiec, żeby nie powiedzieć nerd, ale bardzo sympatyczny. Steve Valentine obijał mi się jeszcze później w paru serialach – Teoria wielkiego podrywu, Magazyn 13, Drop Dead Diva, Monk, Chuck, House – i wprawdzie niemal zawsze gra ten sam typ osobowości i jest niezmiennie przesłodki. Ravi Kapoor jako Bug, z zamiłowaniem do wszelkiego rodzaju robaków (stąd ksywka), już w pierwszym odcinku biegający po biurze z siatką na motyle. I Lily, w tej roli Kathryn Hahn, nieśmiała sekretarka, później terapeutka) z raczej specyficznym gustem odzieżowym.

Jordan kojarzy mi się także z dobrą muzyką – parę razy dało się tam usłyszeć chociażby Iggy’ego Popa, Johna Lennona czy Boba Dylana, a Garret Macy był fanem jazzu i już od pilota często w tle brzmiały różne klasyczne kawałki, na przykład If Didn’t Care The Ink Spots. Do tego Jill Hennessy prywatnie również gra na gitarze i śpiewa, więc scenarzyści kilkakrotnie napisali sceny, w których mogli wykorzystać te talenty. Jej wersje You’re Innocent When You Dream Toma Waitsa i It’s All Over Now, Baby Blue Bob Dylana trafiły zresztą na ścieżkę dźwiękową serialu.

Swoją drogą, żeby było zabawniej, drugim serialem, do którego mam taki mocno irracjonalny sentyment, jest Castle, wykorzystujący bardzo podobne schematy. Matkę głównej bohaterki zamordowano, sprawy nigdy nie wyjaśniono, więc dziewczyna zostaje policjantką/patologiem, by samodzielnie dojść do prawdy. Obie mają swoich zaufanych współpracowników, wyrozumiałego i cierpliwego szefa. W kategorii jakości Jordan oceniłabym jednak oczko wyżej niż Castle’a, bo chociaż Jordan z upływem lat baaardzo się zestarzała, to jednak miała ciekawsze i bardziej rozwinięte postacie drugoplanowe. Tacy Bug i Nigel byli specyficznymi, charakterystycznymi osobowościami, podczas gdy dialogi lub wypowiedzi Ryana i Esposito dałoby się zamienić i mało kto zauważyłby różnicę.

Jasne, że żadna z tych produkcji nie jest szczególnie ambitna, ale ciekawe, co za dziesięć lat będę pamiętać z Castle’a. Jordan utrwaliła mi się głównie za sprawą dobrych, interesujących drugoplanowych postaci, których w Castle’u nie było w ogóle. Minęła dekada, jeśli nie więcej, od kiedy regularnie oglądałam Jordan, a wciąż pamiętam ten szczery, ciepły uśmiech Miguela Ferrera. I to chyba właśnie dobrze świadczy o aktorze – nawet jeśli nie grał pierwszoplanowych ról w największych i najgłośniejszych produkcjach, po latach można było go bez sekundy namysłu rozpoznać w innym serialu i poczuć smutek, gdy czytało się o jego śmierci. Trochę jakby odszedł stary dobry znajomy, z którym po prostu ostatnio nie utrzymywało się aż tak intensywnych kontaktów, ale wciąż darzyło się go wielką sympatią.

Ostatnio dodane