Seriale, które „przeskoczyły rekina” | FILM.ORG.PL

Seriale, które „przeskoczyły rekina”








Marcin Cedro
06.08.2014


 

Każdy, kto ogląda seriale, zna to uczucie.

Zaczynamy oglądać serial, zakochujemy się w postaciach, fabule i całej reszcie, aż w pewnym momencie… czar pryska. Nasz ulubiony bohater już nie jest taki super, fabuła nudna i przewidywalna, a my zastanawiamy się, co takiego widzieliśmy w nim na początku.  Przeskoczyć rekina to termin znany w telewizji od dawna ale w skrócie jest to moment, w którym dana produkcja osiągnie swój najwyższy poziom, a potem następuję spadek w dół i podtrzymywanie umierającego przy życiu. Gdybym chciał przedstawić wszystkie takie seriale pewnie mogłoby mi to zająć tyle, co Martinowi pisanie kolejnego tomu „Pieśni Lodu i Ognia”, dlatego postanowiłem skrócić listę do moich ulubionych „upadłych aniołów”.

aebbd864c4627884a97e862df0325516

Na początek sitcom, który nie tak dawno, na szczęście, skończył swój żywot czyli „Jak poznałem waszą matkę”. Pamiętam, że swoją przygodę zacząłem z nim od przypadkowo obejrzanego odcinka, w którym Barney rywalizował z Tedem o pas mistrzowski, który miał przypaść temu, kto jako pierwszy zaliczy trójkącik. Od razu zakochałem się w sposobie, w jaki cała historia była opowiadania: oryginalnie, inteligentnie z wieloma smaczkami dla fanów. Do tego po prostu bawiła mnie piątka przyjaciół, która nieco przypominała… „Przyjaciół”. Szybko pochłonąłem zaległe episody i nie mogłem się doczekać kolejnych sezonów. Ale ile można opowiadać dzieciom historię tego, jak się poznało ich matkę? Po piątej serii zaczynało to być coraz bardziej uciążliwe. Dużą zmianę przeszła też postać Barneya, która napędzała ten serial swoją „niesamowitością”. Jego sposoby na podrywanie dziewczyn, czy pomysły, jak umilić czas przyjaciołom zawsze stanowiły mocny punkt „Jak poznałem waszą matkę”. Wraz z biegiem czasu Barney stawał się bardziej bohaterem komedii romantycznej. Rozumiem, że twórcy chcieli w ten sposób na nowo napędzić serial jak zrobiono we wspomnianych „Przyjaciołach” z Monicą i Chandlerem. Różnica jednak w tym, ze obie te postaci działały na zasadzie kontrastu i pomimo związku nie utraciły swoich najważniejszych cech – a Barney tak. Podobnie zresztą sam serial coraz mniej bawił,  a bardziej wzruszał widzów (śmierć ojca Marshalla, oświadczyny Barneya). Oczywiście dalej twórcy starali się rozmieszać publikę ale żarty stawały się schematyczne i brakowało im świeżości z pierwszych sezonów. Według mnie taki kulminacyjnym momentem dla tego serialu był sezon piąty. To w nim był niesamowity odcinek „The Playbook” i to po piątej serii należało pokazać w końcu Matkę.

Californication

Inną produkcją, która zdążyła przeskoczyć rekina jest „Californication”. Po genialnych dwóch pierwszych sezonach ranga Hanka Moody’ego osiągnęła poziom kultowości. Nonkonformistyczny pisarz, inteligentny, przystojny, z ciętym językiem sprawił, że każda kobieta chciała być z nim choć przez jedną noc, a każdy facet pragnął chociaż na jeden dzień wejść w jego skórę. Ten serial po prostu miał swój niepowtarzalny klimat, a całość często balansowała na granicy poprawności politycznej i dobrego smaku. W świetny sposób piętnowano również wszystkie wady Hollywood: od próżności poprzez głupotę i zdemoralizowanie, a na stylu życia kończąc.

Problem zaczął się pojawiać, gdy twórcom skończył się pomysł na rozwój postaci Hanka, jakby sami nie mogli się zdecydować, co by było dla niego najlepsze. Wplątywali go w coraz to nowe romanse, prace i przygody, które nie miały wyraźnego celu, za wyjątkiem tego, że nasz bohater nie potrafi dorosnąć i zawsze wszystko spieprzy w swoim życiu. To było dobre do pewnego momentu. Myślę, ze przełomowym momentem dla całości był piąty sezon, to w nim poziom drastycznie się osłabił. Z ulgą przyjąłem informacje, że siódma seria będzie ostatnią. Choć na pewno będzie mi brakowało wujaszka Rounkla i jego nieporadnego stylu życia.

lost-_zagubieni

„Zagubieni” z niewiadomych przyczyn jest do dziś uważany za jeden z najbardziej kultowych seriali ostatnich lat. Swego czasu bił rekordy popularności na całym świecie. Opowieść o rozbitkach na tajemniczej wyspie zdobyła nie małą sławę, dzięki świetnie rozpisanym postaciom i intrygującej fabule, która ciągle trzymała w napięciu. No może przez pierwsze dwa sezony, bo potem to już bywało różnie.

Myślę, że samych twórców przerosły oczekiwanie wobec tego serialu. Do tego było masę wątków, które zaczęli przez pierwsze dwie serie i potem się w tym wszystkim zagubili, czego kulminacją było fatalne i bezsensowne zakończenie. Zapewne duży wpływ to wszystko miały zmiany scenarzystów, które nie wnosiły koniecznej świeżości.  Aż dziw, że producenci trzymali serial na antenie przez sześć lat.

The-X-Files-the-x-files-68040_1024_768

Sięgnijmy trochę dalej w pamięci, a dokładniej do lat 90. i jednego z najbardziej kultowych seriali w historii. Mowa oczywiście o „Z archiwum X”. Świetne sci-fi, trzymające w napięciu w każdym odcinku i genialnie rozpisana para główny bohaterów – Fox Mulder i Dana Scully. Do dziś jestem zdania, że to jeden z najlepszych duetów w historii małego ekranu. David Duchowny i Gillian Anderson idealnie wpasowali się w klimat serialu. Do tego ta muzyka, która wzbudzała za każdym razem lęk wśród widzów. Podobno twórcy od początku zakładali, że całość zamknie się w pięciu sezonach i jednym filmie. Gdyby tylko ktoś ich posłuchał w stacji FOX to na pewno wyszłoby to na dobre całej serii ale jak to mówią „hajs musi się zgadzać” i dlatego warto było jeszcze wycisnąć do cna „Z archiwum X”. Nie poddano się nawet kiedy z produkcji odszedł Duchovny po siódmym sezonie. Zaczęto wprowadzać coraz to nowe irracjonalne zabiegi fabularne aż w końcu widzieliśmy lekką karykaturę tego świetnego serialu. Przetrwał dziewięć lat, a na koniec powstał film, w którym zagrała główna obsada. Poziom tej produkcji jednak odbiegał od tego, co widzieliśmy przed laty.

Peter-Petrelli-in-Heroes-TV-Series

Skoro już jesteśmy w temacie sci-fi, to warto przypomnieć serial „Heroes”. Z sentymentu obejrzałem go do końca mając nadzieję na wybuchowe zakończenie ale zawiodłem się – jak i na całej produkcji. A mogło być tak pięknie, bo potencjał drzemał ogromny w tej opowieści. Pierwsza seria rokowała duże nadzieje – była wciągająca historia, były ciekawe postacie i nieźle zrobione efekty specjalne. Wszystko to sprawiało, że potrafiłem godzinami siedzieć przed ekranem komputera i oglądać ten serial. Wraz z początkiem drugiej serii zaczynałem nabierać pewnych wątpliwości, co do rozwoju całej historii. Twórcy w krążyli wokół tego samego, nie nadając historii innego (i nowego) wymiaru. Zaczęli uśmiercać postaci żeby potem je na nowo ożywić albo przywracać je np. w postaci siostry bliźniaczki. 

„Heroes” nie sprostało oczekiwaniom widzów, którzy liczyli na więcej efektownych pojedynków, a mniej gadania. Nie tak dawno zapowiedziano, że powstanie mini serial, który będzie kontynuacją przygód o ludziach z niezwykłymi mocami i to wydaje się lepszą decyzją. Szybka, zwięzła akcja zamiast przeciągane na siłę sezony, w których było mnóstwo odcinków tzw. „zapychaczy”.

Game-of-Thrones-S4-021-16x9-1

Zabijcie mnie ale uważam, że również „Gra o tron” zdążyła przeskoczyć swojego rekina. Choć miałem nadzieje, że zrobi to w czwartym sezonie przy okazji śmierci jednego z ważniejszych bohaterów (nie chodzi o Joffreya) ale patrząc na poziom pierwszych czterech epizodów najnowszej serii wiem, że twórcom będzie trudno powtórzyć sukces z „Red Wedding”. Na sukces tego odcinka z trzeciego sezonu twórcy pracowali przez trzy lata. Budowali napięcie, kontekst, bawili się naszymi emocjami w doskonały sposób, tak jak to jest w książce Georga R.R. Martina.

Nowa odsłona jest zupełnie czymś innym, widać, że panowie Weiss i Benioff chcą rozwijać opowieść na własny sposób. Po części ich rozumiem, ponieważ historia Brana i jego podróży przez Północ jest bardzo ciężka do przebrnięcia w książce dlatego trzeba było ją urozmaicić. Patrząc jednak na niektórych bohaterów mam wrażenie, że zatracają oni pewną tożsamość jak np. Oberyn Martell. Drugą sprawą jest fakt, że po prostu „Uczta dla wron”, jak i „Taniec ze smokami” są słabsze od pierwszych trzech tomów. Ginie tyle ciekawych postaci, a nie zastępują je inne. Wiem, ze wszyscy życzyliśmy śmierci Joffreyowie ale ileż on kolorytu nadawał serialowi. Jego brak będzie bardzo widoczny w późniejszym czasie. Nic na razie nie zabierze popularności „Grze o tron” i pomimo słabszej formy dalej będzie to bardzo dobry serial. Nie jest przecież nigdzie zapisane, że produkcja nie może przeskoczyć po raz drugi rekina.

*

Mógłbym wymieniać dalej: „Pamiętniki z wampirów”, „Chirurdzy”, „Skazany na śmierć”, „Teoria wielkiego podrywu”, „Dexter” i wiele innych.  Dużo łatwiej jest znaleźć taki serial, który przeskoczył rekina niż te, które były od początku do końca przemyślanie i to właśnie w finale następował ten najwyższy level. Niestety, duża w tym zasługa szefów stacji, którzy za wszelką cenę chcą wycisnąć z serialu co się da. Na pewno każdy serialomaniak ma własne odczucia odnoście produkcji telewizyjnych, które jego zdaniem zdążyły przeskoczyć rekina albo zrobiły to kilkukrotnie jak np. „Ostry dyżur”. Z chęcią poznam wasze opinie na ten temat, bo jest on obszerny.







  • Mefisto

    Zawsze sądziłem, że termin ten oznacza raczej wyjście poza wcześniej przyjęty schemat i świat przedstawiony – swoiste przedobrzenie, tak z wiarygodnością, co konwencją, która zwyczajnie, cóż, przeskakuje właśnie to, co widzieliśmy wcześniej, a nie jedynie sztuczne podtrzymywanie zainteresowania i/lub dramaturgii.

  • 21

    Czy termin „jump the shark” nie oznacza przypadkiem sceny od której produkcja zaczyna swój upadek?

    • Joel

      Chodzi raczej o taki moment w serialu, kiedy twórcy decydują się na jakiś motyw/element, który odbiega od „rzeczywistości” serialu, po którym nie da się go traktować na poważnie. Termin wziął się od jakiegoś odcinka słynnego serialu (made in USA, ale sprzed lat, więc nie znam), gdzie bohater przeskakuje na motorówce rekina. Takie „ok, tego już za wiele!”. Czyli cóż, większego związku z tym artykułem nie ma. W ogóle, strasznie ogólnikowy to tekst, mało argumentów (no bo Oberyn zatracił tożsamość – WTF ja się pytam, proszę rozwinąć), jedynie wyliczenie tytułów, które z kolejnymi sezonami przestały utrzymywać poziom, a to nie o to przecież chodzi.

    • Marcin

      Tak ale w Stanach nie tylko używa się go do konkretnego momentu ale szerzej do sezonu albo kiedy mówimy o przyczynach dlaczego poziom serialu zaczął się obniżać. Na początku rzeczywiście były to irracjonalne momenty jak w serialu „Happy Days” ale to było ponad 40 lat temu i w tym czasie trochę się pozmieniało.

  • Mush Room

    Z tego, co się orientuję, „jump the shark” to termin, którym określa się moment, w którym twórcy serialu poszli za daleko i serial nagle stawał się swoją własną karykaturą. I, o ile wiem, termin wziął się z pewnego kultowego (w Stanach) serialu „Happy Days”. Chodzi o scenę, w której niejaki Fonzie dosłownie przeskakuje rekiny na nartach wodnych. Bodajże po tym odcinku ludzie przestali to oglądać, stąd termin:)

  • Cube Teleskopowicz

    Jak dla mnie to takim serialem jest Dr. House. Pierwsze 3-4 sezony były bliskie doskonałości, potem z każdym odcinkiem się sypało coraz bardziej. W pewnym momencie można było wręcz odnieść wrażenie, że fabuła się wymknęła scenarzystom spod kontroli.

  • Homer

    Zgadzam się co do Gry o tron – czwarta seria jest najsłabasza i serial po prostu zjada swój ogon. Zawsze myślałem, że „przeskoczyć rekina” to pojęcie trochę szersze niż po prostu idiotyczny moment, pojedyncza scena tylko dojście do takiego punktu, kiedy konwencja staje się śmieszna i serial niejako parodiuje sam siebie. HIMYM, X-files, Lost (szczególnie) to dobre przykłady.

  • Tomek

    Nie znałem tego powiedzenia, ale bardzo trafne! Rzeczywiście jak człowiek sobie pomyśli to bardzo dużo seriali „przeskoczyło swojego rekina”, chociaż były i takie, które po słabym sezonie odbijały się niesamowicie do góry (np. Sons of Anarchy). Chętnie przeczytałbym o serialach, które według Ciebie jednak dały radę – traktując jako całość.

  • spaulding

    Weeds.

    Pierwsze dwa sezony były kapitalne. Dobry pomysł, ciekawi bohaterowie i słodko gorzki klimat pozwalał wysoko oceniać ten serial. Koniec drugiego sezonu powinien być końcem serialu. Trzecie sezon dawał jeszcze wątłe nadzieje, że droga którą podąża serial może być słuszna, jednak potem okazało się, że była to ślepa uliczka.

    Sons of Anarchy.

    Tutaj 3 sezony przyjąłem ekspresowo, jednak w czwartym zauważyłem, że twórcy nie mają już pomysłów. Ta sama historia z nowymi czarnymi charakterami. Wątki ciągnące się w nieskończoność, niemogące doczekać rozwiązania. I ogólne wyczerpanie tematu

  • Yoanna XOXO

    Ja bym z bardziej oczywistych momentów „przeskoczenia rekina” uznała to co się stało z Supernatural. Serial powinien skończyć się na Samie uwięzionym w Klatce Lucyfera i epickim zakończeniu historii przez proroka, ale nie boleśnie ciągną to dalej na siłę i jest tylko gorzej. Podobnie z True Blood od sezonu z Wiedźmami serial pikował w dól i dobrze, że to już koniec. Co do „Jak poznałem waszą matkę” momentem krytycznym moim zdaniem był odcinek pierwszego rozstania Barenya i Robin (Robin zapuszczona, Barney otyły i się rozstali) Twórcy nie wiedzieli co z nimi dalej robić jako para wiec ich rozdzielili na silę i bez sensu by ich połączyć w ostatnim sezonie (i tak beznadziejnie po tym wszystkim zakończyć serial)

  • steppenwolf1982

    z lepszych seriali, które pozornie trzymają poziom, wymieniłbym „Mad Men”. po świetnym czwartym sezonie, mającym w sobie najwięcej psychologicznego ciężaru i mroku, fabuła zaczęła osiadać na mieliźnie, podjętym wątkom brakuje puenty, a bohaterom konkretnego kierunku rozwoju ich charakterów. to wciąż eleganckie, solidnie wykonane telewizyjne rzemiosło, ale pozbawione emocjonalnej siły i twórczej inwencji.

  • House, Lost i Weeds – trzy produkcje, które zawsze będą kojarzyć mi się z „przeskoczeniem rekina”. Nie chodzi o jazdę w dół, ale o niezamierzoną nudę i powielanie w kółko, z odcinka na odcinek, podobnych schematów bez odpowiedniej puenty, przeciągając wyimaginowany finał w nieskończoność. Zazwyczaj w każdej z tych produkcji jest moment zwrotny, jakaś ewidentna głupota psująca dotychczasowy porządek, ale czasami „przeskoczenie rekina”, tak mi się przynajmniej wydaje, to przedobrzenie, jakby oryginalność stała się irytującym schematem.

    • Artur Ymir Bednarz

      Warto wspomnieć że twórcy w piątym sezonie House’a przeskoczyli tego rekina dosłownie. Moment kiedy House bawi się Hot Wheelsami w swoim gabinecie – jeden z resoraków przeskakuje wtedy nad zabawkowym rekinem. Jak zresztą wiadomo, piąty sezon był tym, na którym powinno się zakończyć serial.

  • Ktoś w internecie nie ma racji… :) Powiedzenie, że „przeskoczyć rekina” to „moment, w którym dana produkcja osiągnie swój najwyższy poziom” jest złą definicją. Chodzi przede wszystkim o to, o czym autor napisał dopiero (i nieprecyzyjnie) w dalszej części zdania: serial przeskakuje rekina, gdy podczas spadku jakości kolejnych odcinków scenarzyści pogarszają sprawę uciekając się do jakiegoś głupiego rozwiązania. „Osiągnięcie najwyższego poziomu” następuje prawie zawsze na długo przed rekinem.

    Czepiam się, bo to bardzo pożyteczne wyrażenie i szkoda by było, gdyby ludzie zaczęli go źle używać.

    Co do „The X-Files”, serial niekoniecznie przeskoczył rekina w momencie odejścia Duchovny’ego. Owszem, Fox Mulder był kluczową postacią, ale jeszcze w ósmym sezonie nakręcono sporo bardzo dobrych odcinków.

  • SoKoMoK

    Zaglądając do naszego podwórka – zdecydowanie Ranczo „przeskoczyło rekina” po 4 sezonie..

  • Zet

    Chirurdzy, zdecydowanie. Uwielbiałam ich, absolutnie, ale zabrnęli o kilka sezonów za daleko i już jedynie reanimują trupa. Bardzo to przykre.

  • Zet

    Oh i jeszcze, przykro mi to pisać, ale Sherlock. Totalnie przekombinowany, szczególnie pod względem montażu, był ostatni sezon. Tak długo kazali na siebie czekać, tak wielkie nadzieje wzbudzili a poczułam się trochę oszukana.

  • TheMan

    The Simpsons – przeskoczyli rekina w 20 sezonie!

    True blood – przeskoczył rekina w trzecim sezonie!

    Prison break – przeskoczył rekina w końcówce drugiego sezonu!

    Once upon a time – przeskoczył rekina już w końcówce pierwszego sezonu [bo z marszu wiadomo, że drugi bedzie znowu rozmemłana telenowelą, a nie fajnym serialem o magii]!

    The Killing – przeskoczył rekina po śmierci Belko, początek drugiego sezonu!

    The walking dead – przeskoczył rekina w pierwszym odcinku drugiego sezonu, czyli w 8 odcinku!

    Mentalista – przeskoczył rekina w drugim odcinku!

    The vampire diaries – przeskoczył rekina w pierwszym odcinku!

    Those who kill [U.S.] – przeskoczył rekina w pierwszej scenie!

  • Marcin

    24 godziny – 4 sezon

  • Andriej

    To co stało się z Lost to prawdziwa granda, po prostu przestałem go oglądać w trakcie trzeciego sezonu i już nigdy do niego nie wróciłem – uwierzcie labo nie, ale nie mam zielonego pojęcia o jego słynnym zakończeniu (ale w kontekście w jakim się o nim wspomina, widać że podjąłem słuszną decyzję). Poza tym CSI: Miami, House, X-Files również popsuły się od pewnego momentu. Chciałbym jeszcze wspomnieć stary serial „Dark Angel” z Jessicą Albą, do którego od gówniarza mam sentyment, choć drugi sezon był jednym wielkim samobójstwem – co dostrzegłem już jako 15-letni gimbus ;)
    No i oczywiście ktoś tu wspomniał o Walking Dead – nie jest to chyba skakanie przez rekina, a bardziej drastyczna niekompetencja następcy Franka Darabont’a, która stoi za kolosalnym spadkiem jakości. Co do GoT jeszcze nie wiem, nie znam książek więc pierwsze symptomy będzie pewnie widać dopiero w 5 sezonie…






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

BIRDMAN - zwiastun filmu nie o superbohaterze

Następny tekst

Wojownicze żółwie ninja



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE