Seriale TV

Rest In Peace, BREAKING BAD

Autor: Miłosz Drewniak
opublikowano

Odchodzi od nas kolejny wielki serial. Jednak, co najważniejsze – odchodzi w wielkim stylu. W świecie telewizji niezbyt częstą praktyką jest zarzynanie kury, która znosi złote jajka, a taką kurą niewątpliwie była dla amerykańskiej stacji AMC wyśmienita produkcja Breaking Bad, która zdobyła serca widzów na całym świecie. Ostatni odcinek – Felina – obejrzało w niedzielę ponad 10 mln Amerykanów. Po co zatem taką kurę zabijać? Ano w imię jakości i zasad…

Chyba to pierwszy raz od czasów Rodziny Soprano (no, może jeszcze Dynastii Tudorów), kiedy nie jestem świadkiem obrzydliwej praktyki chciwych twórców, polegającej na odcinaniu kuponów, jechaniu na marce serialu i bezlitosnym okaleczaniu produkcji niegdyś na poziomie poprzez bezsensowne dokręcanie kolejnych sezonów. A stało się tak niezliczoną ilość razy. Niegdyś mój ulubiony sitcom – Jak poznałem waszą matkę – musiałem odstawić w okolicach piątego sezonu, inny dobry serial komediowy – Scrubs – zniszczono ostatnim, niepotrzebnym sezonem, świetne Californication nie skończyło się tam, gdzie powinno – na ostatniej scenie trzeciego sezonu, a nieszczęsny Dexter… Chyba wiecie, co mam na myśli. Inaczej wygląda sprawa z twórcami takich perełek, jak ostatni hit stacji AMC. Vince Gilligan – dumny ojciec Breaking Bad – pokazał się widowni jako scenarzysta o doskonałym wyczuciu dramaturgii i fabuły. W idealnym momencie stwierdzono, że historia kończy się właśnie tutaj i nigdzie indziej – nie w szóstym, siódmym, ani nawet w dwudziestym pierwszym sezonie. Postawiono kropkę nad „i” we właściwym momencie, i właśnie dlatego Breaking Bad zostanie zapamiętane, ba! zapisze się w historii telewizji jako arcydzieło (właśnie tak – arcydzieło!) szklanego ekranu, które w żadnym odcinku żadnego sezonu nie obniżyło lotów.

To chyba jasne, że od mniej więcej dekady jesteśmy świadkami narodzin epoki seriali telewizyjnych. Technika idzie do przodu, wygodniej nam obejrzeć coś na wypasionym sprzęcie w domowym zaciszu, niż wychodzić do kina i słuchać wszechobecnego na sali, chrupiącego popcornem nieokrzesanego tłumu. Łatwiej też zabawić się w pirata i ściągnąć film lub serial z sieci lub włączyć telewizor, niż zostawiać w kinie swoje w pocie czoła zarobione pieniądze. Na ekranach naszych laptopów również coraz częściej gościmy bohaterów naszych ulubionych seriali, kosztem właśnie filmów, gdyż te pierwsze siłą rzeczy wymagają od nas więcej czasu i uwagi. Dlaczego tak się dzieje? Widać znudziły się ludziom niewiążące – dwugodzinne romanse z bohaterami zbyt krótkich filmów. Teraz chcemy czegoś trwalszego, co nie wygaśnie w ciągu kolejnych sezonów i mocnej więzi, którą budujemy na przestrzeni nie godzin, ale długich lat – podczas oglądania kolejnych odcinków i podczas czekania na kolejne sezony i kolejną dawkę przygód naszych ulubionych bohaterów. Wszystko to sprzyja rozwojowi stacji telewizyjnych, które z roku na rok poszerzają ofertę i upychają na siłę w ramówkach coraz to więcej seriali. Rozpoczyna się epicka bitwa o widza…

W tych wypchanych po brzegi ramówkach zawsze znajdą się prawdziwe perełki. Ale na czym polega ich artyzm, o którym wspomniałem? Otóż coraz częściej dopada mnie refleksja dotycząca postmodernizmu (jakże modne ostatnio słowo!), który z różnych dziedzin sztuki zdaje się wdzierać właśnie do telewizji! Weźmy Rodzinę Soprano, Sherlocka, czy nasze ś.p. Breaking Bad. Postmodernizm to przecież przerażająco szeroki termin, ale jego znakiem firmowym będzie łączenie kultury popularnej z wysoką i wtrącanie w narrację tzw. cytatów kulturowych – czyli szeroko pojęta gra z odbiorcą, który zajmuje tutaj pozycję uprzywilejowaną. Innymi słowy – dzieło postmodernistyczne może „naiwnie” obejrzeć zarówno kibic WKS-u, jak i uniwersytecki profesor. I będą czerpać z tego taką samą przyjemność! (choć przyjemność w każdym przypadku innego rodzaju). W Rodzinie Soprano takimi postmodernistycznymi smaczkami będą genialne nawiązania do filmów Martina Scorsese i jakże częste cytowanie Ojca chrzestnego (ujęcia niemalże wycięte z filmu Coppoli i wklejone do Rodziny Soprano, słynne jajka zamiast pomarańczy, czy Silvio Dante nieustannie parodiujący Ala Pacino). Sherlock , jak wiadomo, świadomie i bardziej chyba bez ogródek niż The Sopranos i Breaking Bad, prowadzi intertekstualny dialog z nikim innym jak z samym sir Arthurem Conan-Doylem. Natomiast Breaking Bad… Oczywiście, nic to odkrywczego – Breaking Bad puszcza do nas oko, sugerując nam związki z twórczością Quetnina Tarantino. Nie czas to i nie miejsce na szczegółową analizę tej niezgłębionej kopalni cytatów, dlatego też – by nie być gołosłownym – pozwolę sobie tylko powierzchownie zaznaczyć niektóre z nich. Przede wszystkim będzie to genialnie opracowana symbolika kolorów, która w wielu miejscach nawiązuje do postaci z Wściekłych psów. Będą to również ujęcia i całe sceny, które odsyłają nas do różnych scen z Pulp Fiction (moim faworytem jest tutaj scena, gdy po raz pierwszy w serialu pojawia się Mike Ehrmantraut, którego profesję możemy porównać do tej uprawianej przez Winstona Wolfe’a).

Oczywiście, oprócz chwytów typowo postmodernistycznych, takich jak właśnie cytaty kulturowe, częste zaburzanie chronologii narracji, mieszanie konwencji i tonacji, widzowie pokochali Breaking Bad również z innych powodów. Przede wszystkim jest to historia opowiedziana bezbłędnie, pełna napięć, nieoczekiwanych zwrotów akcji, a przy tym wszystkim realistyczna i dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Jej bohater – Walter White – w genialnej interpretacji Bryana Cranstona (no właśnie – w ogóle aktorstwo jest żelazną stroną całego serialu), to człowiek taki jak my wszyscy. Pragnie być zauważonym – po prostu być w czymś najlepszym, prawdziwym mistrzem (nawet jeśli miałaby to być produkcja mety i zarządzanie imperium narkotykowym). Ważna jest też w Breaking Bad praca kamery, kwestia bez znaczenia i całkowicie przezroczysta w większości seriali, a także montaż i idealnie dobrana muzyka. Cały czas mam w pamięci znakomite ujęcia, stanowiące swego rodzaju symboliczną granicę – tutaj kończy się Walt, a zaczyna Heisenberg – gdy główny bohater zakłada swój kapelusz z okrągłym rondem, przy czym kamera znajduje się za nim i śledzi go, podąża za nim jak cień.

Napełnia mnie optymizmem myśl, że są gdzieś tam – daleko stąd – kreatywni scenarzyści, którzy nie lecą na kasę, a chcą tylko dać nam – odbiorcom – coś wartościowego. Coś, o czym będziemy pamiętać i coś, do czego warto wracać. Panie i panowie, czapki z głów – oto schodzi z telewizyjnej sceny dzieło sztuki.

Żegnam je owacjami na stojąco. Kurtyna opada, a ja – widz tego niesamowitego spektaklu – wciąż nie mogę otrząsnąć się z katharsis.

Ostatnio dodane