Seriale TV

NARCOS (trzeci sezon). Chciałoby się rzec „umarł król, niech żyją królowie”, ale…

Autor: Damian Halik
opublikowano

Tuż po tym, jak świat obiegła wieść, że mimo uśmiercenia postaci Pabla Escobara Netflix postanowił zamówić kolejne dwa sezony Narcos, wszyscy fani zaczęli zadawać pytanie: czy to ma sens? Wielu zachodziło w głowę, po co opowiadać zamkniętą już historię, zapominając niejako, że produkcja internetowego potentata nie była serialem o Królu Kokainy, lecz – jak sama nazwa wskazuje – o handlarzach narkotyków, wśród których nie brakowało wirtuozów, swą pomysłowością nieraz deklasujących osławionego barona z Medellín.

Wiadomo, że grany przez Wagnera Mourę Escobar był magnesem na widzów, jednak pytania „Jaki to ma sens?” czy „Po co?” od początku zdawały się nietrafione, prawdziwym problemem było bowiem „Jak?”. Twórcy Narcos mieli całą masę podrzuconych przez życie historii, jakie w latach 90. stanowiły dla Kolumbijczyków chleb powszedni, ale ze względu na poprzeczkę, którą poprzednimi sezonami ustawili sobie bardzo wysoko, nie mogli zaserwować subskrybentom Netflixa byle czego. Jeden nieprzemyślany ruch mógł zaprzepaścić wypracowaną w ostatnich dwóch latach renomę – by tego uniknąć, należało nie tylko dobrać odpowiednich następców nieżyjącego już Króla Kokainy, ale i zmodyfikować narrację, by dopasować ją do nowej sytuacji. Zmian jest sporo, znajomych twarzy jak na lekarstwo, lecz mimo wszystko wygląda to całkiem nieźle. Ale od początku…

Pamiętacie pierwszy sezon Narcos? Można się spierać, czy upchnięcie tam kilkunastu lat z życia debiutującego w narkobiznesie Escobara było właściwym posunięciem. Z jednej strony przeskakujemy dość długi kawałek historii, z drugiej jednak trudno wymagać, by na samym początku kariery Pabla działo się wiele, co zupełnie te przeskoki tłumaczy. Podobnie rzecz się ma z dokumentalnymi wstawkami, gdzie słuchamy szybkich tłumaczeń agenta Murphy’ego (Boyd Holbrook), popartych archiwalnymi nagraniami. Owszem, są to uproszczenia, ale mimo wszystko zupełnie mi one nie przeszkadzały. Liczyła się dobrze pocięta i przetasowana fabuła, podparta wieloma charyzmatycznymi postaciami i – co najważniejsze – niepowtarzalnym klimatem. Mocne 8/10.

W sezonie drugim twórcy zmienili nieco zasady gry. Zamiast pospiesznie wyliczać najważniejsze wydarzenia z kilkunastu lat, postanowiono pokazać schyłek kariery Króla Kokainy. Realizm magiczny, będący w pewnym stopniu motywem przewodnim (zafundowanym nam w formie klamry kompozycyjnej w pierwszym i ostatnim odcinku) pierwszej serii ustąpił miejsca studium człowieka osaczonego – króla u kresu swego panowania, którego życie rozpada się na naszych oczach. Kawałek po kawałku. Drugi sezon Narcos zdecydowanie stanowił najlepszą z dotychczasowych odsłon – 9/10 (chyba tylko dlatego, że nie przepadam za wystawianiem dziesiątek). Wszystko to było jednak już przeszłością, a twórcy musieli zbudować serialowy świat niemal od początku.

Trzeci sezon Narcos jest godnym sukcesorem serii, jednak czegoś mi tu brakuje...

Logicznie rzecz biorąc, Narcos potrzebowało kolejnego narkotykowego bossa, z którego można by uczynić głównego antagonistę DEA (Drug Enforcement Administration). Śmierć głównego bohatera pierwszych dwóch sezonów oznaczała jednak znacznie większą stratę. Kreacje Wagnera Moury i doskonale asystującej mu Pauliny Gaitán (odtwórczyni roli Taty, żony Escobara), zwłaszcza w drugim sezonie sprawiły, że narkobiznes stał się tak naprawdę tłem, a to atmosfera strachu i próba ponownego sklejenia rozpadającego się świata odgrywały największą rolę. Tu jednak chylę czoła przed showrunnerami (Carlo Bernard, Chris Brancato, Doug Miro) i scenarzystami, bo rozwiązano to w sposób bardzo nieoczywisty, ale jakże skuteczny.

By zastąpić Pabla Escobara, obsadzono aż czworo ludzi. Mowa o przywódcach kartelu z Cali, których poznaliśmy już we wcześniejszych odsłonach serii. Wówczas jednak nikt nie mówił, że tak naprawdę to oni byli najpotężniejszą z narkotykowych organizacji w historii. Początek trzecia sezonu to dość pospieszne przybliżenie nam realiów, w świetle których słynny Król Kokainy wcale nie był najlepszy w branży. W jego cieniu działali bowiem bracia Gilberto i Miguel Rodríguez Orejuela, wspierani przez Hélmera „Pacho” Herrerę i José „Chepe” Santacruza Londoño. Doskonale zorganizowana ekipa była pod względem biznesowym zupełnym przeciwieństwem kartelu z Medellín. To świetny materiał na przeciwnika dla jednostki antynarkotykowej, jednak zaryzykuję stwierdzenie, że w przypadku tej serii głównym bohaterem jest tak naprawdę Jorge Salcedo.

Ponownie spróbowano biznes narkotykowy uczynić tłem, na pierwszy plan wysuwając aspekty psychologiczne. Znów budowane jest napięcie, strach o niewinne dzieci i żonę, ale tym razem chodzi o rodzinę człowieka (względnie) dobrego. Salcedo jest ochroniarzem bossów kartelu z Cali, który to ochroniarz chce odejść i zająć się uczciwą pracą. To spec od podsłuchów i spraw organizacyjnych, nienoszący ze sobą nawet broni, przez co z miejsca budzi większą sympatię niż bezwzględny Escobar. Obawa o nieracjonalne postępowanie szefów sprawia jednak, że pokojowo nastawiony człowiek próbuje uzyskać pomoc od Amerykanów z DEA. Nikomu raczej nie trzeba tłumaczyć, jak ryzykowna jest to gra.

A jednak czegoś brak…

Nowi bohaterowie sprawdzili się zaskakująco dobrze. Ponadto serial zdecydowanie zyskał na dynamice, która wraz z narastającym zagrożeniem i gęstniejącą atmosferą wokół politycznej otoczki kolumbijskiej branży narkotykowej uczyniła trzeci sezon wciągającym nawet bardziej niż poprzednie odsłony. Niestety wszystko to szlag trafił w samej końcówce. Do odcinka ósmego sytuacja rozwija się tak, jakby kartel z Cali miał otrzymać dwa sezony, podobnie jak to było z ich konkurencją z Medellín. Momentem kulminacyjnym okazała się konfrontacja z odcinka dziewiątego, po której – nie wiedzieć dlaczego – historię postanowiono nagle uciąć. Po tym przedwczesnym finale w ostatnim odcinku następuje ekspresowe, łopatologiczne rozwiązanie fabuły, rujnujące obraz całości. Nie mam pojęcia, co stało się na etapie produkcji, ale gdyby nie to, trzeci sezon oceniłbym jako stuprocentowy sukces.

Chciałbym powiedzieć, że włodarze Netflixa doskonale wiedzieli, co robią, zlecając pracę nad dalszymi odsłonami Narcos. Trzeci sezon jest inny, nieco słabszy od ideału, ale wciąż dobry. Pytanie tylko, czy odpowiedzialne za serial osoby będą wiedziały, kiedy ze sceny zejść niepokonanym.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane