Seriale TV

MŁODY PAPIEŻ. Wynocha z mojego Kościoła! Recenzja serialu

Nieczęsto w kinie czy telewizji zdarza się tak otwarta dyskusja z kościelnymi tradycjami, obrzędami czy filozofią, która nie jest ani ślepą krytyką, ani powtarzaniem sloganów i banałów znanych z lekcji religii w podstawówce.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem recenzji jest Szymon Pewiński.

Czy to najlepszy serial ostatnich lat? Niestety nie. Czy warto poświęcić mu niemal dziesięć godzin życia? Oj, warto! Mimo że w ostatnim odcinku „Młody papież” rozczarowuje, wracając na bezpieczne tory.

Watykańskie „House of Cards”? Bałem się, że sprawdzą się zapowiedzi reklamujące „Młodego papieża” właśnie w ten sposób, dopisujące do tego porównania dodatkową aurę kontrowersji i taniego skandalu. Dzięki Bogu (?) serial Paolo  Sorrentino (Wielkie piękno, Młodość) poszedł w innym kierunku, a jego twórca raczej zadaje (czasami niewygodne) pytania, niż zajmuje się ukazywaniem „prawdziwego” świata watykańskiej polityki. Przy okazji komentuje również instytucję Kościoła, ukrywane afery czy kult Jana Pawła II, niekiedy polegający na myleniu dogmatu o nieomylności papieża z pomyłkami, jakie zdarzają się każdemu człowiekowi, nawet świętemu. Tak, polski papież i jego doradcy dostają tu solidne lanie. Podobnie jak ci, którzy wykorzystują jego postać i kult, jakim nadal jest otaczany, by unikać prawdziwych zmian.

set of "The young Pope" by Paolo Sorrentino. 10/23/2015 sc. 108 ep. 1 In the picture Jude Law. Photo by Gianni Fiorito

Jude Law gra Lenny’ego Belardo, na pierwszy rzut oka próżnego egocentryka zapatrzonego w swoją wyjątkowość, inteligencję, wygląd, prawie-boskość. Inaczej niż w przypadku Franka Underwooda, celem Jego Świątobliwości jest nie zdobycie władzy, bo tę, jako papież Pius XIII, już posiada. I nie waha się z niej korzystać w niemal każdy możliwy sposób. Ogłaszając swoje decyzje nie musi liczyć się z kardynałami, pracownikami kurii ani… wiernymi. Za nic ma ich opinie, podpowiedzi, a tym bardziej – krytykę. Wszak za Spiżową Bramą papież to władca absolutny.

Ale tam, gdzie władca, tam i oponenci pragnący zachować status quo. Paradoksalnie to dlatego wychowany w domu dziecka przez siostrę Mary (Diane Keaton), Lenny, a nie jego mentor – kardynał Michael Spencer (James Cromwell), zostaje wybrany papieżem. Spencer, uważany za głównego papabile (prawdopodobny następca papieża), to wiekowy konserwatysta-radykał. Belardo to rzekomo „mniej radykalny”, a na pewno młodszy, z amerykańskich kardynałów. Wiadomo: młodymi można łatwiej sterować. Tak przynajmniej uważa sekretarz stanu, kardynał Voiello (Silvio Orlando). O tym, jak bardzo się myli, przekonuje się już podczas pierwszej rozmowy z nowo wybranym Ojcem Świętym.

pope-2

W tym miejscu warto wspomnieć o pewnych analogiach do wyboru Karola Wojtyły. Spencer nie zostaje papieżem, mimo że jest bardziej doświadczony. Jego wadą jest podeszły wiek. Podobnie rzecz miała się w roku 1978. Po śmierci Jana Pawła I, kardynałowie mieli nie lada zagwozdkę. Zaryzykowali wybór nie-Włocha, zwracając się w stronę innego europejskiego „kraju katolickiego”. W Polsce było wówczas dwóch kardynałów: Wyszyński i Wojtyła. Pierwszy znany jako „zaprawiony w bojach z władzą ludową” prymas Polski, drugi – jego protegowany: młody (58 lat to jak na kardynała bardzo mało) intelektualista, poeta, człowiek otwarty, nie bojący się zmian. W październiku 1978 Wyszyński miał już 77 lat. Również dlatego kolegium wybrało o niemal 20 lat młodszego Wojtyłę (prymas zmarł trzy lata później). Na tym podobieństwa Wyszyński/Wojtyła – Spencer/Balardo się kończą, z zaczyna się już filmowa zabawa.

Ewidentne znudzenie tym, co mają do powiedzenia rozmówcy, ostentacyjne palenie papierosów w papieskich apartamentach to tylko niewinny wstęp do pontyfikatu Piusa XIII.

Podczas pierwszej rozmowy z nim kardynał Voiello wspomina, że palenia zakazał tam Jan Paweł II. Na to stwierdzenie nowy papież tylko łagodnie zaciąga się dymem. To oznaka, że decyzje i zwyczaje wprowadzone przez papieża-Wojtyłę raczej nie przetrwają długo w watykańskich murach, jak również w całym Kościele. Zresztą duch polskiego papieża będzie się przewijał w serialu Sorrentino bardzo często. Wystarczy obejrzeć czołówkę.

pope-3

Tymczasem przybierając imię Piusa XIII nowy papież sygnalizuje, że chce wrócić do dawnych tradycji i zwyczajów panujących w Watykanie i Kościele Katolickim przez ostatnie wieki. To nie tylko przepych, wystawne stroje, noszenie na papieskim tronie, ale także zwrot w ultra-konserwatywną stronę. Ekumenizm? Przerabialiśmy to. Dialog międzyreligijny? Zapomnijcie! Przecież to rzymskokatolickie chrześcijaństwo ma monopol na rozmowy z Bogiem. Odnoszę wrażenie, że niektórzy polscy biskupi, księża i katolicy byliby (nomen omen) wniebowzięci, mając jako papieża kogoś, kto mówi „nie ma w Kościele miejsca na krytykę Kościoła”. Choć pewien problem z pewnością stanowiłby dla nich fakt, że Pius XIII nie tyle nie chce zmian, ile żąda rewolucji. Nie ma zamiaru mówić „otwórzcie drzwi Chrystusowi!”. W rządzonym przez niego Kościele nie ma też miejsca na wątpliwości, próby przypodobania się tłumom, kompromisy z władzą, a nawet homoseksualistów. Gdy Pius XIII wpada na pomysł, żeby wyrzucić wszystkich gejów ze stanu duchownego, ani nie przyjmować do niego osób „podejrzewanych o homoseksualne skłonności”, przerażony sekretarz stanu mówi „musielibyśmy pozbyć się 2/3 z nas”. Ojciec Święty odpowiada mu ironicznym uśmiechem. Jakże to odmienne od słów papieża Franciszka: „kim jestem, by kogokolwiek oceniać?”.

Pius XIII ocenia, ale ma też swój plan. Nie znosi medialnej szopki wokół swojej osoby i gadżeciarstwa (jak choćby oryginalne talerze ze zdjęciem papieża, przynoszące Watykanowi krociowe zyski). Twierdzi, że to wszystko przysłania Boga. Nie przeszkadza mu to uwielbiać tiary, lśniących szat, pierścieni z drogimi kamieniami. Pius XIII woli spędzać czas w przepięknych papieskich ogrodach niż ukazywać się wiwatującym tłumom na Placu św. Piotra. Woli rozmowę z jedną prawdziwie poszukującą „owieczką” niż przemawianie do ludzi, z których większość i tak ma w nosie jego nauczanie. Nie znosi „pokazowych” chrztów i szkolnych wycieczek w Watykanie. Niemal w ogóle nie pielgrzymuje. A jeśli to robi, to bynajmniej nie po to, żeby pogłaskać po głowie mieszkańców Afryki i pochwalić tamtejszych misjonarzy. Pius XIII prawie nie wyłania się zza Spiżowej Bramy; chyba że potajemnie; w dresie i z papierosem w ustach. Za nic ma polityczną poprawność. Woli mówić (swoją) prawdę prosto z mostu. Przesłanie Piusa XIII do katolików jest proste: „Od tej pory słuchacie wszystkiego, co ja (a zatem także Bóg) wam powiem. Wtedy ujrzycie Boga. A jeśli coś wam nie pasuje, to wynoście się z mojego kościoła!”. Rzeczywiście, tłumy odchodzą, zostają najwierniejsi. Ale za to kościoły pustoszeją, tak jak kościelna kasa.

W jednym z pierwszych odcinków Lenny zwierza się swojemu spowiednikowi, że nie wierzy w Boga. Po chwili zapewnia go, że „oczywiście” żartował. Powstaje ciekawy pytanie: czy instytucję Kościoła i prawdziwą wiarę tłumów może uratować tylko ktoś, kto w Boga nie wierzy; kogo nie można szantażować Bogiem i boską wolą, a dzięki temu trzymać w ryzach? A może Pius XIII to diabeł wcielony, który tak naprawdę chce zniszczyć Kościół? Jeśli tak, to kto go wybrał? Bo chyba nie kardynałowie poprzez Ducha Świętego…

pope-4

Szkoda, że Sorrentino do końca nie podąża tymi tropami. Stworzony przez niego serial mógł stać się poważnym głosem w dyskusji na temat kondycji Kościoła i jego podejścia do wiernych. Przez siedem-osiem odcinków oglądamy bowiem papieża bezkompromisowego, który może ma swoje wady i słabości, ale jak ognia stara się unikać tak często zarzucanej duchownym hipokryzji. Tymczasem kolejne osobiste straty, jakich doświadcza Pius XIII, sprawiają, że ten łagodnieje. Zaczyna wsłuchiwać się otoczenie, by na końcu  szeroko uśmiechać się do tłumów, choć od początku pontyfikatu nie pokazywał publicznie swojej twarzy. To swoiste „nawrócenie” papieża i jego ostateczne przesłanie brzmiące „uśmiechnijcie się” trąci banałem.

Nie bardzo chcę oceniać „Młodego papieża” pod kątem filmowym. Serial Sorrentino nie jest dla tego twórcy ogromnym krokiem do przodu (chyba że mówimy o szukaniu swojego miejsca w telewizji i stworzeniu serialu za 40 mln dolarów). Posiada bowiem wszystkie zalety i wady utworów sygnowanych jego nazwiskiem: piękne zdjęcia, znakomicie dobrana muzyka, dobrze poprowadzeni aktorzy, ale też rozwleczone ujęcia, powtarzające się motywy wspomnień i snów, które niewiele wnoszą do fabuły, a sprawiają wrażenie wypełniaczy ekranowego czasu. Zdecydowanie najsłabszy wątek to przewijający się przez połowę serialu rodzice – hippisi, którzy porzucili małego Lenny’ego. Ten motyw wraca w „Młodym papieżu” bardzo często i zawsze prowadzi donikąd. Podobnie jak miłosno-uczuciowe przygody przyszłego Piusa XIII. Dużo ciekawiej prezentują się za to wątki amerykańskiego biskupa oskarżanego o pedofilię i nadużyć w kościele w Afryce. Trochę szkoda, że nie poświęcono im więcej czasu.

Mimo że to, co najciekawsze, znajdziemy w kilku pierwszych odcinkach, to serial Sorrentino i tak bardziej przypomina „Boskiego” i „Wielkie piękno”, niż nużącą i pretensjonalną „Młodość”. Odnoszę wrażenie, że filmy i seriale wychodzą mu znacznie lepiej, gdy ich akcja rozgrywa się w Wiecznym Mieście, a bohaterowie funkcjonuję na styku religii, polityki i hedonistycznych uciech „średniej klasy wyższej”. Tak było w „Boskim”, filmowym portrecie długoletniego premiera Gulio Andreottiego; tak było w oscarowym „Wielkim pięknie”, którego bohater tak dawno i tak bardzo zatracił się w poszukiwaniu doznań, że nie potrafi już zdobyć się na prawdziwy zachwyt.

Sporo w moim tekście słów krytyki pod adresem „Młodego papieża”, ale i tak jest to serial niezwykły.

Nieczęsto w kinie czy telewizji zdarza się tak otwarta dyskusja z kościelnymi tradycjami, obrzędami czy filozofią, która nie jest ani ślepą krytyką, ani powtarzaniem sloganów i banałów znanych z lekcji religii w podstawówce. To serial bardzo hermetyczny (mam wątpliwości, czy tradycje i zwyczaje Watykanu, sposób pojmowania niektórych rzeczy przez Kościół katolicki będą zrozumiałe dla widzów wychowanych w nie-katolickiej kulturze), a przy tym – mimo wszystko – uniwersalny.

To w końcu historia pełnego sprzeczności, poszukującego sensu i – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – miłości samotnego człowieka, który wybrał „dożywocie w czarnych, a potem białych szatach”. Czy brak miłości do niedoskonałego człowieka (kobiety, mężczyzny, nowonarodzonego dziecka) można wypełnić wzbudzeniem w sobie miłości do Boga – doskonałego Absolutu, którego istnienia nie możemy być pewni?

Ostatnio dodane