Seriale TV

Marvel’s Agents of S.H.I.T.

Autor: Marcin Cedro
opublikowano

MARVEL'S AGENTS OF S.H.I.E.L.D.

W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się do faktu, że gdy studio Marvela wypuszcza coś na srebrny ekran, to musi to być hit. Tak było ostatnio z „Thorem 2”, gdzie podziwialiśmy, jak nordycki bóg niszczy Greenwich, a już niedługo zobaczymy Kapitana Amerykę, który będzie musiał się zmierzyć z duchami przeszłości. Wszystkie te produkcje sprawiły, że Marvel ze swoim superbohaterskim uniwersum zdetronizował swojego największego konkurenta, czyli DC Comics, zarabiając przy tym ładnych kilka miliardów.   

Telewizja to jednak zupełnie inna rzeczywistość. Dla reżyserów to raj, który pozwala rozwinąć opowieść, pokazać rzeczy, które w kinie się nie mieszczą. Tak samo ma się sprawa z tymi, którzy stoją przed kamerą. Jeszcze parę lat temu nikt by nie pomyślał, że tacy aktorzy jak Kevin Spacey, John Goodman, Steve Buscemi, Dustin Hoffman czy już za moment superduet Matthew McConaughey i Woody Harrelson (w „True Detective”) będą chcieli wystąpić w jakimś serialu, chyba że gościnnie, w którymś z popularnych sitcomów. Dzisiaj to norma: aktorzy lgną nie do pieniędzy, które są oczywiście nieporównywalnie mniejsze, ale głównie ze względu na możliwości rozwinięcia swoich postaci, pokazania, jak wszechstronnym talentem dysponują. Nie chcę zostać źle zrozumiany, uważam, że kino również to umożliwia, ale w 10 odcinkach po 40-50 min aktor może dać o wiele więcej z siebie niż w 90-minutowym filmie.

Clark-Gregg-and-Joss-Whedon-on-the-set-of-Marvels-Agents-of-SHIELD-TV-Series

I tu właśnie chciałem wrócić do meritum, czyli Marvela, który chyba nie za bardzo zrozumiał, na czym polega klimat małego ekranu. Tworząc bajkową produkcję „Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.” (już sama nazwa wydaję się być za długa) słynny wydawca i producent wiedział, że da światu przebój, który z kolei – w telewizyjnej mikroskali – da stacji ABC pierwszeństwo we wtorkowym paśmie i stanowić będzie realną konkurencję dla wielkiego hitu, „Agentów NCIS”(marzenia!).

Już po pierwszym odcinku byłem sceptyczny, choć przecież za pilotażowym odcinkiem stał ojciec produkcji Marvela, Joss Whedon. Widać było jego rękę w dialogach, które stały na dobrym, humorystycznym poziomie, ale ogólny klimat jakoś się… rozmywał. Lekko zarysowana fabuła, w której głównym przeciwnikiem agentów ma być tajemnicza organizacja wykorzystująca ludzi z mocami do własnych celów, brzmiała jak przereklamowana produkcja, którą już widzieliśmy wiele razy. Pierwsza myśl to „Heroes”, które oglądało się o niebo lepiej. Dla wielu to serial kultowy, a „Marvel’s…” to odgrzewanie po raz kolejny podobnego kotleta. Mam wrażenie, że produkcja ABC i Marvel jakby trochę pomyliło epoki. To, co jeszcze parę lat temu charakteryzowało telewizyjnych superbohaterów, czyli lekka tandeta, która o dziwo się sprzedawała, obecnie jest lekko przeterminowana, a sam widz oczekuje czegoś więcej. Wystarczy spojrzeć, jak dobrze radzi sobie „Arrow”.

Na podstawie tych dwóch produkcji można łatwo powiedzieć, co obecnie chcą fani oglądać co tydzień w swoich domach. Względnie odczuwalny realizm, wielowątkowa fabuła i tajemnica kryjąca się za bohaterami i ich historią. Bohaterowie nie są jednopłaszczyznowi, a prawda o ich motywacjach często odkrywana jest z odcinka na odcinek, przy czym twórcy zostawiają sporo miejsca na niedopowiedzenia.

Agenci Marvela na pewno nam tego nie dają. Oprócz głównego bohatera, którego znamy z „Avengers”, agenta Phila Coulsona, który jakimś cudem przeżył śmierć w Nowy Jorku (wiem, jak dziwnie to brzmi), nie ma tak naprawdę drugiej ciekawej postaci. Sami aktorzy – w większości kompletnie anonimowi –  również nie wysilają się, by stworzyć jakąś ciekawą kreację. Miałem ochotę przewijać sceny, w których brał udział agent Ward (Brett Dalton) – tak sztucznie zagranej postaci już dawno nie widziałem i dziwiłem się, że producenci nie zauważyli tego na castingu. Błędem również wydaje się stworzenie zespołu składającego się z idealnych chłopców i dziewczynek, których jedynym pragnieniem jest czynienie dobra. Tu znów warto spojrzeć na chociażby głównego bohatera „Arrow” – Oliver Queen na pewno wzorem do naśladowania nie jest i to czyni go o wiele bardziej ludzkim, bliższym rzeczywistości. Za rozrysowanie postaci należy się więc scenarzystom duży minus. 

460153.1

Jednak analizując ogólny scenariusz nie doszukałem się jakichś rażących błędów. Fabuła, której nie ma sensu przybliżać, jest po prosto mało ciekawa. Serial nie wciąga w swój świat tak skutecznie, jak pojedyncze filmy kinowe – nie było mowy o oczekiwaniu z utęsknieniem na każdy nowy odcinek. To nie ta bajka. Jest to o tyle dziwne, że przy takim budżecie (sam pilot kosztował 14 mln) oraz takim potencjale (Uniwersum Marvela) twórcy nie postarali się wykreować czegoś bardziej wyrafinowanego, innowacyjnego. Jeśli już zdecydowali się na trochę lżejszy i przewidywalny kierunek rozwoju „Marvel’s…”, mogli go chociaż naszpikować wysokooktanową akcją, pojedynkami i efektami specjalnymi, ale niestety udało im się stworzyć tylko nudny, mało efektowny i przegadany serial, do którego mało kto wróci po zimowej przerwie.

Za słusznością moich tez świadczą słupki oglądalności. Pierwszy odcinek zgromadził przed telewizorami 12,12 mln osób przy bardzo dobrym współczynniku dla grupy wiekowej 18-49, który wyniósł 4,7 mln widzów. Natomiast finał jesieni obejrzało prawie 50% mniej widzów, bo zaledwie 6,11 mln.

Pytanie nasuwa się samo: czy warto dalej ciągnąć ten nieudany serial? Jeśli odpowiedź byłaby negatywna – a w opinii wielu widzów i krytyków tylko taka jest właściwa – ABC i Marvel przyznałyby się do sporej porażki. Oczywiście można dać szansę tej produkcji i próbować coś zmienić, ale mam wrażenie, że telewizyjnych agentów Marvela nie czeka bohaterska przyszłość.

Ostatnio dodane