Seriale TV

KRÓL JEST NAGI. Kawa stygnie, a w Twin Peaks wieje nudą. Recenzja całkowicie na NIE

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

David Lynch zabłądził i chyba sam nie wie, dokąd iść, a – co jeszcze gorsze – którędy. Pierwsze 110 minut trzeciego sezonu Miasteczka Twin Peaks to przede wszystkim nieudana próba wciągnięcia widza do świata twórcy Blue Velvet. Szkoda, że idąc pod prąd rzekomym oczekiwaniom widzów, Lynch zapomina, że robi serial nie tylko dla siebie, ale również dla nich. To widzowie mają za nim podążać i dać się na nowo wciągnąć do tego świata, który niegdyś tak bardzo fascynował. Z drugiej strony bardzo chcę, żeby dalej było już tylko lepiej i obiecuję odszczekać wszystkie negatywne opinie, jeśli te dwie godziny okażą się tylko testem na wytrzymałość. Bo jeżeli David Lynch rzeczywiście kończy z reżyserią, to zasłużył sobie na piękne zwieńczenie kariery.

Stawiam sprawę jasno. Wiedziałem, że trzeci sezon nie oznacza prostej kontynuacji, że bohaterowie Miasteczka Twin Peaks – jeśli wrócą na ekran, to nie po to, by zagrać na sentymentach fanów. To nie Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy. Dlatego cenię pomysł przeniesienia akcji i pretekstowego potraktowania mieściny znanej nam od ćwierćwiecza. Może to nie do końca trafne porównanie, ale serialowe Fargo sprawdziło się tak wyśmienicie, ponieważ idealnie nawiązywało do filmowego pierwowzoru, czerpało z niego, opowiadając przy tym inną historię. Problem trzeciego sezonu Miasteczka Twin Peaks to wychylenie się tego wahadła w drugą stronę. Lynch zapomniał, że jego nowa seria – jak dwie poprzednie – również posiada w nazwie bliźniacze wzgórza i żeby widz dał się wciągnąć w tę nową wizję, jej twórca powinien dać mu na to prawdziwą, a nie tylko udawaną szansę. Pozorny chaos i mylenie tropów zasadniczo różnią się od prawdziwego chaosu i przypadkowości. A tej przypadkowości: wątków, postaci i poszczególnych scen jest w nowej odsłonie serialu duetu Lynch/Frost za dużo.

Czytam i słucham uparcie powtarzanego argumentu, że Lynch to artysta, który kroczy własną drogą i w trzecim sezonie nie idzie na kompromisy.

Dlaczego zatem owa bezkompromisowość tak doskonale zadziałała w Zagubionej autostradzie czy Mulholland Drive, a w przypadku nowego Miasteczka Twin Peaks każe raczej łapać się za głowę? Nie muszę rozumieć tego, co reżyser chce mi pokazać, bo jego filmowe opowieści z założenia wymykają się jednoznacznym interpretacjom. Tak działa kino Davida Lyncha. A właściwie działało, bo o ile Inland Empire było nie do końca udanym eksperymentem, to już początek trzeciego sezonu Miasteczka Twin Peaks sprawia wrażenie, że reżyser mocno się pogubił i sam nie potrafi powiedzieć, które puzzle z tej filmowej układanki służą do zabawy, a które trafiły do niej przypadkowo. Nie chcę snuć domysłów, dokąd Lynch poprowadzi nas tym razem, bo przed nami jeszcze daleka droga, ale już dziś wiem, że jego pomysły nie wciągają, nie potrafią zainteresować i skutecznie zaprosić do tego dziwnego, nieracjonalnego, surrealistycznego świata.

Są w nowym Miasteczku Twin Peaks niezłe wątki. Najlepszy kręci się wokół sobowtóra Dale’a Coopera. Mr. C wie, że musi wrócić do poczekalni Czarnej Chaty, a nie ma zamiaru tego robić. Już to mogłoby stanowić pewną fabularną oś, punkt zaczepienia, dzięki któremu chciałoby się podążać za reżyserem. Tymczasem Lynch prezentuje nam kilkunastu bohaterów i żaden tak na dobrą sprawę nie potrafi nas zainteresować, a w międzyczasie ten – rzekomo główny – wątek po prostu się rozmywa. Nie chcę, choć muszę, wspomnieć też o żenujących żartach. W Miasteczku Twin Peaks humor stanowił przeciwwagę dla dramatów, tragedii i mrocznych historii. Tutaj sprawia wrażenie niepotrzebnego, wciśniętego do scenariusz na siłę, powiedziałbym, pod publiczkę. Niczym z nieśmiesznego kabaretu.

Obejrzę ten serial do końca. Nie dlatego, że bardzo chcę, bo szczerze mówiąc pierwsze dwa odcinki dość skutecznie sprawiają, że chce się „wyjść z kina”. Zrobię to dlatego, że nadal działa magnes oryginalnej serii sprzed 25 lat. Poza tym odnoszę wrażenie, że tak naprawdę stanowi on pożegnanie Davida Lyncha z kinem. Co prawda reżyser zapowiadał to wielokrotnie (ostatnio kilka tygodni temu), ale jak inaczej wytłumaczyć liczne nawiązania do tylu jego filmów zawarte już w pierwszych 110 minutach Miasteczka Twin Peaks? Czasami to nawet takie detale, jak wzór na koszuli noszonej przez Mr. C, przypominający skórę aligatora, z której uszyta została chyba najsłynniejsza kurtka lat 90. Jak widać, reżysera Dzikości serca stać na mrugnięcie okiem do swoich fanów. Ale jest też druga strona medalu.

Zastanawiam się, czy tego rodzaju cytowanie samego siebie to krok w dobrą stronę. Takie zarzuty padały też pod adresem Quentina Tarantino i jego Nienawistnej ósemki. Ale wzorzyste koszule czy nagrywające wszystko kamery to jednak tylko detale, pozwalające miłośnikom filmów Davida Lyncha doszukiwać się smaczków ukrytych w kadrach. Nie powinny przysłaniać odbioru początku jego najnowszego serialu/filmu (trzeci sezon Miasteczka Twin Peaks zapowiadany był bowiem jako film podzielony na 18 części). Problem w tym, że po obejrzeniu 1/9 trzeciego sezonu nie widzę w nim potencjału. Bo nie potrafię zachwycać się detalami, jeśli bohaterowie tej opowieści mnie nie obchodzą.

Może dlatego z dwóch odcinków najbardziej zapadła mi w pamięć scena, gdy siedzący w knajpie wściekły Mr. C rozważa różnicę między koniecznością a potrzebą. Odnoszę wrażenie, że to prztyczek w nos dla wszystkich, którzy uważali, że potrzebują poznać „prawdziwe zakończenie”  historii sprzed 25 lat – jakby tamto nie było idealne, nie spełniało naszych oczekiwań. Chcieliśmy nowego. Czy jednak naprawdę go potrzebowaliśmy?

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane