Seriale TV

IRON FIST. Recenzja serialu „na zimno”

Choć produkcja nie zatrzęsie klatką kina superbohaterskiego, trzynaście odcinków można pochłonąć za trzema posiedzeniami, jak to się wydarzyło w przypadku piszącego te słowa. Dajcie szansę.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Żelazne Pięści, syczący krytycy

Do Iron Fist podchodziłem jak balon do jeża. Po pierwsze, recenzenci nie zostawili na serialu suchej nitki, a po drugie, również opinie kolegów na Facebooku budowały obraz pierwszej, spektakularnej skuchy Marvela. Nie mam czasu na skuchy serialowe, bo życie za krótkie nawet na produkcje świetne. Już na etapie promocji nieszczególnie mnie to wszystko interesowało, a postać tytułowego superwojownika istniała w mojej świadomości gdzieś na uboczu uniwersum Marvela/Netflixa (choć, jako komiksiarz, znam kilka naprawdę dobrych historyjek z Żelazną Pięścią w roli głównej). Nieobejrzenie serialu nie było więc sprawdzianem na recenzencką intuicję, ale – uleganie pobieżnym, obiegowym opiniom. Pokornie przyznaję – nie zdałem.

Oczywiście dzisiaj moja ocena nie będzie nawet cichutkim skomleniem wśród srogich recenzentów, bowiem stało się, serial nie został przyjęty tak, jak wymarzyli to sobie włodarze Netflixa, choć przy tej okazji znowu powróciła obecna choćby przy Batman v Superman dyskusja o tym, na ile produkcje tego typu są robione dla fanów, a na ile dla krytyków. Obstaję przy swoim, wierząc, że wartościowe dzieło daje sobie radę na obu tych płaszczyznach, mimo że razów, które spadły na twórców Iron Fist, nie do końca rozumiem.

Razów, które spadły na twórców Iron Fist, nie do końca rozumiem.

Kontrowersje wzbierały na sile już przed premierą, spowodowane zapewne wpisywaniem serialu w szerszy kontekst, zamiast wyczekiwania przygodowego łubu-dubu z sympatycznymi bohaterami i w miarę trzymającym się kupy światem. Wielu widzów było niezadowolonych, że to kolejny zachodni tytuł, w którym w roli mistrza kung-fu obsadzono białego aktora, a po drugiej stronie twardo obstawali przy swoim ci, którzy uważali, że skoro w komiksie Danny Rand był biały, to taki powinien być, nosząc choćby wypalone logo Netflixa na czole. Tego typu burze w szklance wody oczywiście idealnie wpisują się w clickbaitowe materiały internetowe i pierdółkowate flejmy na Twitterze. Sekcje komentatorskie pod artykułami lubią narracje poprawności politycznej i sugerowanie, że tego typu zmiana w kanonicznym obrazie bohatera będzie wyrazem naprawdę dużej odwagi w walce o słuszny obraz świata. Ja tam do końca nie wiem, czy to byłoby takie niezwykle pomysłowe, zrobienie z Iron Fista Azjaty, bo przecież istotą tej zwinnej rybki jest swoiste wyciągnięcie z wody i wrzucenie do akwarium pełnego nieznanych mu przeszkód; wszak humorystyczna warstwa dotyczy właśnie tego, że Danny z krajami azjatyckimi nie ma zupełnie nic wspólnego.

Zarzucono więc Finnowi Jonesowi, że jest zbyt drewniany jak na protagonistę. Rozumiem indywidualne, nabożne życzenia co do wizerunku, ale obraz średnio rozgarniętego Danny’ego, który mało tego, że za ulubiony strój obrał bluzę z kapturem, to jeszcze nie do końca radzi sobie z rolą superbohatera, jest uroczy. Ba, po powrocie z odludzia hipisowski Rand nie wie nawet, jak się zabrać za odzyskanie rodzinnej korporacji, co tylko dopełnia wizerunku Lebowskiego świata superherosów. Umówmy się, ostatnią rzeczą, jaką potrzebuje tak zwane origin story, jest kolejny egocentryczny geniusz, który przechodzi przemianę, ale gdzieś tam w środku pielęgnuje swojego buca. Danny’ego bucem bym nie nazwał, ale jest za to średnio rozgarnięty, trochę jakby cała droga mocy przydarzyła mu się mimochodem.

Ostatnio dodane