Seriale TV

Osiem lat temu zakończono emisję serialu HOŻY DOKTORZY. Diagnoza? Nadal zdrowo śmieszą!

Autor: Damian Halik
opublikowano

Nic nie zapowiadało sukcesu… – opowieści o wielu kultowych dziś produkcjach można by zacząć tymi słowami. I właśnie za to je kochamy – bo przechytrzyły decydentów branży rozrywkowej, którzy niby coś zatwierdzili, niby dali szansę, ale najczęściej tylko po to, by mieć święty spokój i anulować emisję po kilku tygodniach. Hoży doktorzy także mogli podzielić ten los, nieoczekiwanie okazali się jednak serialem, który na początku XXI wieku pogodził fanów PrzyjaciółOstrego dyżuru, wykłócających się o wyższość jednej produkcji nad drugą.

6 maja minęło dokładnie osiem lat od momentu, gdy J.D. i spółka opuścili Szpital Świętego Serca. To strasznie dużo czasu – wiele ściągniętych z anteny seriali po tylu latach po prostu przepada, niknąc w odmętach ludzkiej pamięci – ale nie Hoży doktorzy. Nikt tak nie bawił, jednocześnie przemycając pod peleryną absurdu niesamowicie ważne życiowe lekcje. Bywało śmiesznie do łez, bywało też łzawo na poważnie, ale to jedna z niewielu produkcji, jakie naprawdę zapadły mi w pamięci. Czuję się tak, jakbym ostatni odcinek widział ledwo kilka dni temu… a nie, chwila. Przecież właśnie tak było, bo dla niektórych stacji telewizyjnych ten serial jest po prostu nieśmiertelny. I chwała im za to!

Może uznacie, że porównanie do Ostrego dyżuruPrzyjaciół jest przesadą, ale pamiętajcie, że Hoży doktorzy startowali szesnaście lat temu, w okresie największej popularności wspomnianej dwójki – i jakby nic sobie z tego nie robiąc, postanowili rzucić im rękawicę. Oczywiście przegrali. Pierwszy sezon przyciągał przed telewizory średnio nieco ponad dziesięć milionów osób, co stanowiło ledwo połowę wyników, jakie wykręcali wówczas wspomniani giganci. Ale to i tak było więcej, niż stacja NBC w ogóle oczekiwała. Warto bowiem wiedzieć, że z Hożymi doktorami nie wiązano żadnych nadziei. Widać to zresztą bardzo wyraźnie, jeśli porównamy pierwszy sezon z każdym kolejnym.

Hoży doktorzy to największe dzieło Billa Lawrence’a, który ani wcześniej, ani później nie osiągnął już nigdy takiego sukcesu. Sam twórca nie był nawet pewien, czy w ogóle uda mu się dociągnąć pierwszy sezon do końca. Pierwsze kroki serialu były bowiem niemal tak niepewne, jak wejście Johna Doriana (Zach Braff) do zupełnie nowego świata, który miał zdefiniować go zawodowo na resztę jego życia.

Hoży doktorzy są niczym połączenie Przyjaciół z Ostrym dyżurem.

Zdecydowana większość akcji serialu rozgrywa się w Szpitalu Świętego Serca, pełnym specyficznych medycznych przypadków – i mam na myśli przede wszystkim personel, nie pacjentów. Głównym bohaterem, a zarazem naszym narratorem, jest John „J.D.” Dorian – świeżo upieczony rezydent. Marzyciel, który często odlatuje do krainy fantazji, nawet będąc w trakcie rozmowy z innymi, jest postacią tak absurdalną, że nie sposób go nie lubić. Ale to dopiero początek, ponieważ każda z osób pojawiających się na ekranie więcej niż raz ma do opowiedzenia własną, nie mniej abstrakcyjną historię, tylko czekając, aż zechcemy wgłębić się w ten tylko na pozór niepoważny medyczny świat…

Jak wspomniałem, pierwszy sezon dość mocno odbiega od reszty – był dobry, ale widać w nim sporą dozę niepewności. Bill Lawrence starał się być ostrożny, mając nadzieję na to, że serial utrzyma się w ramówce NBC na kolejny rok. Paradoksalnie Hoży doktorzy wskoczyli na właściwy tor dopiero w momencie, gdy twórca serialu stracił nadzieję na sukces. Kluczem była tu reakcja: zamiast się poddać, Lawrence postanowił zdjąć z siebie i aktorów wszelkie ograniczenia, jakie przez pierwsze kilkanaście odcinków trzymały humor na wodzy poprawności politycznej. Ta zmiana, wyraźnie widoczna w ostatniej fazie pierwszej serii, ustanowiła charakterystyczny już do samego końca serialu poziom absurdu, do którego chyba żaden inny serial nigdy nawet się nie zbliżył. Na nic jednak nie zdałyby się żarty, gdyby nie doskonała chemia między głównymi aktorami.

Hoży doktorzy to wbrew pozorom wielowarstwowa konstrukcja, dla której kuriozalne sytuacje głównych bohaterów i dziwaczne momentami żarty są zaledwie przyczynkiem. Pod warstwą humorystyczną kryje się tu bowiem niesamowicie głęboka, jakże życiowa treść. W serialu oglądamy trzy pokolenia lekarzy: J.D. i jego rówieśnicy podlegają doktorowi Coxowi (John C. McGinley), ten zaś musi słuchać dyrektora placówki – Boba Kelso (Ken Jenkins), ale wraz z upływem czasu ich role ulegają zmianie. Jak w życiu. To doskonale pokazuje drogę, jaką trzeba przebyć nie tylko by osiągnąć zawodowy sukces, ale i zrozumieć osoby, którym mieliśmy coś do zarzucenia, będąc ich podwładnymi. Każda z postaci jest też na tyle ciekawie napisana, że w gruncie rzeczy można by obejrzeć ten serial kilkanaście razy, za każdym podejściem skupiając się na życiu innej osoby, jednocześnie nie nudząc się ani przez moment mimo oglądania w kółko tych samych scen.

To, co trzeba podkreślić, to łatwość, z jaką serial skakał po schematach, drwiąc z nich i obracając nawet najpewniejsze twierdzenia w żart, jakim w gruncie rzeczy jest ludzkie życie. Przez ostatnie szesnaście lat tylko raz trafiłem na serialową produkcję, która równie zgrabnie potrafiła wykorzystywać rodzajowe klisze, jednocześnie nadając im własne znaczenie. Był to tegoroczny Legion, co z automatu wrzuca Hożych doktorów do worka z najlepszymi. Choć szufladkowanie jest tu zupełnie zbędne.

Twardziele płaczą, najwięksi wrogowie się zaprzyjaźniają, a serial komediowy pokazuje śmierć człowieka tak, jak gdyby uczył nas życia. Bez pompatycznych tekstów, bez zbędnej nostalgii, ale za to z olbrzymią dozą pozytywnych emocji. Długo jeszcze mógłbym mówić o Hożych doktorach, ale jeśli znacie ten serial – to bez sensu, bo już wiecie, że najlepszym lekiem na wszelkie dolegliwości jest pudło kociąt. Jeśli zaś go nie widzieliście, po prostu powinniście to nadrobić, samemu wyciągając wnioski.

PAMIĘTAJCIE TYLKO O JEDNYM: za nic w świecie nie dajcie sobie wmówić, że ten serial ma dziewięć sezonów. Historia Johna Doriana zamknięta została 6 maja 2009 roku, a wszystko co później próbowano zrobić z marką, jaką na przestrzeni lat stali się Hoży doktorzy, woła o pomstę do nieba. Mogę zrozumieć, że ABC chciało zarobić na prawach, które w 2007 roku przejęło od NBC, ale dlaczego chciano udawać, że można wymienić 90% ekipy i dalej ciągnąć serial – to już zawsze pozostanie dla mnie zagadką. Lepsze byłoby nawet zajęcie się ekranizacją Doktora Aculi  (jeden z serialowych running joke’ów).

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane