HELL ON WHEELS – piekło stworzone przez ludzi | FILM.ORG.PL

HELL ON WHEELS – piekło stworzone przez ludzi








Marcin Cedro
19.09.2013


Western to wymierający gatunek. Czasy, kiedy John Wayne i Clint Eastwood samotnie wymierzali sprawiedliwość na Dzikim Zachodzie, dawno minęły, a Amerykanie swoje zainteresowanie przenieśli głównie na kino akcji. Obecnie to również trudny gatunek, ze świecą można by szukać produkcji westernowskich, które w ostatnich latach byłyby zapamiętane przez widzów i chwalone przez krytyków. I tu pojawia się serial mało znany w Polsce, ale zdobywający coraz większą publiczność w Stanach, czyli „Hell on Wheels”.

Przenieśmy się najpierw myślami w czasie. Wojna secesyjna została zakończona. Amerykanie przestają walczyć między sobą (oficjalnie) i rozpoczyna się wielka odbudowa kraju, który znajdował się w zgliszczach.  Wielką inwestycją, która miała podnieś kraj po wojnie domowej, jest budowa linii kolejowej przez całe wschodnie wybrzeże – potem przeszła ona do historii pod nazwą „First Transcontinental  Railroad”. Nie ważne było wtedy, czy służyłeś u generała Lee czy Granta, bowiem każda para rąk była potrzebna do pomocy. Tak więc w jednym miejscu znaleźli się mordercy i żołnierze, młodzi i starzy, czarni i biali, inżynierowie, jak i zwykli farmerzy. Prości ludzie chcieli uczciwe zarobić na życie; inni, chciwi i inteligentni, pragnęli wykorzystać tych słabszych. Wokół szerzyły się choroby, a do najpopularniejszych rozrywek należało picie burbonu i seks z prostytutkami. Firmą odpowiedzialną za cały projekt była Union Pacific – to ona również tworzyła ruchome miasteczka, które przesuwały się wraz z postępującymi pracami.  Jednym z takich miast było właśnie Hell on Wheels.  Nie trudno się domyśleć, że nie było to najprzyjemniejsze miejsce do życia.

Serial, którego tłem jest owe niezwykłe miasto, opowiada historię weterana wojny secesyjny (południowca), Cullena Bohannona (Anson Mount), który stracił żonę i owładnęło nim pragnienie zemsty. Wendeta przywiodła go do Piekła Na Kołach, w którym  znajduje jednego z oprawców. Kierownik Pacific Union, Thomas Durant (Colm Meaney), postanawia jednak zatrudnić nowego mieszkańca. Los złączył Bohannona z czarnoskórym robotnikiem, który pragnie uznania swoich praw i traktowania na równi z białymi (słyszalne echa historii Django od Tarantino) – Elama Fergusona gra popularny amerykański raper, Common. Bohannon znajduje również – a jakże –  miłość, w postaci pięknej Lily Bell (Dominique McElligott).

Długa droga do realizacji

Kiedy Tony i Joe Gayton po raz pierwszy usłyszeli nazwę „Hell on wheels” pomyśleli „z tego może być niezły western”. Jak się później okazało rzeczywiście tak jest. Ale najpierw serial musiał przejść długą drogę zanim stacja AMC (ta, dzięki której możemy oglądać „Breaking Bad”, „Mad Men”, czy „The Walking Dead”) wypuściła pierwszy odcinek. W 2008 zrodził się pomysł i pierwszy skrypt, przez następne dwa lata cały projekt był szlifowany, a w 2010 AMC dało zielone światło do tworzenia pilota. Bracia Gayton napisali scenariusz do niego, a David Von Ancken był odpowiedzialny za reżyserie. W listopadzie 2010 pierwszy odcinek „Hell on Wheels” był gotowy do przedstawienia szefom stacji. Pilot tak bardzo przypadł im do gustu, że postanowili anulować już po jednym sezonie serial „Rubicon” (swoją drogą bardzo wysoko oceniany), aby zrobić miejsce w ramówce dla westernowskiej produkcji. Niecały rok później odbyła się premiera pierwszego sezonu, która zgromadziła 4,6 mln widzów przed telewizory.

Pewnie większość czytelników tego tekstu tak naprawdę nie wie kim są Tony i Joe Gayton. Nic w tym dziwnego bowiem swoim koncie nie mają oni wielu produkcji. Ten pierwszy swoją karierę rozpoczął od napisania scenariusza i wyreżyserowania dokumentu „Athens, GA: Inside/Out”, opowiadający o scenie muzycznej lat 80. w miasteczku Athens w stanie Georgia. W 2002 roku ukazały się pierwsze dwa filmy fabularne, do których Tony Gayton napisał scenariusz. „Śmiertelna wyliczanka” z Sandrą Bullock i Ryanem Goslingiem w rolach głównych oraz „Jezioro Salton”, w którym  Val Kilmer  na własną rękę wymierza sprawiedliwość mordercom jego żony. Drugi z braci, Joe, w swoim CV ma takie produkcje jak „Niespotykane męstwo” – wojenny film akcji z Patrickiem Swayze i Genem Hackmanem, „Kuloodporni” – brawurowa komedia z Adamem Sandlerem i Damonem Wayanasem. Dopiero w 2006 roku obaj panowie postanowili połączyć swoje siły i stworzyli średnio udany dramat „Southern comfort”. W 2010 do kina trafił „Faster” z Dwyanem Johnsonem, do którego bracia Gayton napisali scenariusz.

Nie da się nie zauważyć, że w większości ich  produkcji przewija się motyw zemsty. Stanowi on nieodłączny czynnik głównego bohatera, która napędza jego działania. Podobnie jest zresztą w „Hell on wheels”, gdzie Cullen Bohannon przybywa do tytułowego miasteczka w poszukiwaniu człowieka, który odpowiada za śmierć jego żony. Oczywiście fabuła nie skupia się tylko i wyłącznie na tym, twórcy przygotowali dla widzów wiele ciekawych, pobocznych historii. Starają się także przedstawić życie w takim miejscu od ludzkiej strony – poprzez pryzmat życia codziennego, niełatwego, jak sama zresztą nazwa wskazuje, ale na które sami jej mieszkańcy, dobrowolnie się zgodzili.

Nietuzinkowa obsada

Anson Mount, czyli serialowy Cullen Bohannon, urodził się w mały miasteczku White Buff w stanie Tennessee. Jego ojciec był redaktorem w magazynie „Playboy”, a matka była zawodową golfistką. Co ciekawe jego pra-pra-pra dziadek brał udział w Wojnie Secesyjnej po stronie Konfederatów.  Ukończył University of South i Columbia University. Pomimo 40 lat dopiero serial „Hell on wheels” przyniósł mu sławę. Wcześniej gra głównie gościnnie w serialach lub trzecioplanowe role w niedużych produkcjach.  Jedne z większych kreacji miał okazję stworzyć u boku Britney Spears w „Crossreads: Dogonić marzenia” czy w horrorze „Wszyscy kochają Mandy Lane”.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z Commonem (a właściwie Lonnie Rashid Lynn, Jr.). Jest on typowym przykładem amerykańskiego rapera, któremu znudziło się tworzenie muzyki i chciał spróbować swoich sił jako aktor. I już w swoim pierwszym filmie zagrał u boku takich gwiazd jak Ryan Raynolds, Ray Liotta, Andy Garcia czy Jeremy Piven, a produkcja nosi tytuł „As w rękawie”. Common miał tam małą rólkę ale zdobył pierwsze, niezbędne doświadczenie.  Jeśli popatrzymy dalej w CV rapera, zdamy sobie sprawę, że… musi mieć bardzo dobrego agenta. Bowiem wystąpił kolejno w „American Gangster”, „Królowe ulicy”, „Wanted – Ścigani”, „Terminator: Ocalenie”, a ostatnio miał okazję zagrać w wakacyjnym hicie „Iluzja”. Oczywistym jest, nie zagrał on w tych filmach żadnej znaczącej roli ale na pewno nie jeden aktor zazdrości mu choćby udziału w tego kalibru produkcjach. Co ciekawe Common jest również znany ze swojego zamiłowania do koszykówki. Co roku jest uczestnikiem meczu gwiazd show biznesu podczas All-Star Weekend, a w 2010 zagrał główną rolę w filmie „Wygrać miłość”, w którym to wciela się w gwiazdę NBA borykającą się z ciężką kontuzją.

Warto również wspomnieć o aktorze, który ma najbogatsze CV spośród wszystkich grających w „Hell on Wheels”. Colm Meaney, a w serialu Thomas Durant, swoim charakterystycznym głosem nadaje postaci niezwykłej charyzmy. Potrafi ukraść scenę każdemu, dominuje nad innymi doświadczeniem i talentem, który szlifuje od ponad 30 lat występując u takich reżyserów jak Michael Mann, F. Gary Gray czy Tom Collins.

BEZ WYBIELANIA

To, co jednak najbardziej urzeka w tej produkcji, to niezwykły klimat. Pozwala na całe 44 minuty przenieś się w zupełnie inne czasy, w inną rzeczywistość. Nie jest ona zbyt przyjemną, bowiem twórcy nie starają się nikogo wybielać na siłę. Co więcej, pokazują, że tak naprawdę nawet ksiądz nie był święty, a ludźmi rządziły nienawiść, chciwość i zwykłe instynkty przetrwania niż dobro i szczytne ideały. W to wszystko bardzo dobrze wpasowany został konflikt z Indianami, który jest przecież nieodzowny w historii Stanów Zjednoczonych.  W pierwszym sezonie twórcy skupili się na przeszłości Bohannona i walce z oskarżeniami, w drugim zaś o wiele bardziej został przedstawiony problem Indian, choć tu trochę minusem jest przedstawienie tego ludu jako zwykłych dzikusów, którzy pragną tylko mordować białych. Trzeci rozdział rozpoczyna się w momencie, kiedy cały projekt stoi w miejscu, a sam Cullen tkwi samotnie na pustkowiu.

Obecnie w amerykańskich stacjach trudno szukać podobnej produkcji. Ostatnim takim serialem był „Deadwood”, który przetrwał trzy sezony w stacji HBO. Jeśli bierzemy pod uwagę liczbę nagród i opinię krytyków, to produkcja Davida Milcha bije na głowę „Hell on Wheels”. Jednakże dzieło AMC nie ma się czego wstydzić, bowiem z każdym sezonem poziom serialu wzrasta, czyli wręcz przeciwnie do „Deadwood”, który za trzeci sezon dostał nieprzychylne recenzje, co również przyczyniło się do jego anulowania.

Na razie nie ma decyzji co do przyszłości „Hell on Wheels”. Już po drugim sezonie władze AMC nie były do końca przekonane czy go kontynuować, lecz ostatecznie dali zielone światło. Jak zwykle w przypadku tego typu produkcji trzeba będzie poczekać do ostatniego odcinka i mieć nadzieję, że szefowie stacji dalej będą chcieli tworzyć ten bardzo dobry i jedyny western w telewizji.







  • hanys

    Dzięki temu tekstowi jestem po pierwszych dwóch odcinkach :) Bardzo dobre, mięsiste, brudne. Nie jest to co prawda Deadwood, którego dialogi są mistrzowskie ale Hell on Wheels ma za to zdecydowanie ciekawszą fabułę, która ma naprawdę duży potencjał. Świetne i dzieki za rekomendację.

  • Snow

    Dobry serial. Właśnie sam oglądam go od niedawna. Nie jest idealny, momentami trochę kiczowaty ale klimat fajny i postać Cullena dość ciekawa.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #76 - Jerzy Hoffman

Następny tekst

Quentin Tarantino recenzuje



Tagi: , ,

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE