Seriale TV

BLACK MIRROR / CZARNE LUSTRO. Recenzja sezonu czwartego

Czarnowidztwo w pełnej krasie - pięć znakomitych odcinków i jedna wpadka.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

HANG THE DJ, czyli komedia romantyczna

Na pierwszy rzut oka – historia z czymś w rodzaju Tindera w tle. Ale bardziej, mocniej, ot romantyczne… czarne lustro. O sposobie na miłość na bazie wszystkich danych, jakie można zebrać. Czyli nic nowego, bo to już się dzieje, a profilowanie użytkowników mediów społecznościowych to oczywistość. Ale właśnie – idea w Czarnym lustrze polega na tym, że można udostępnić jeszcze więcej danych, a system (trener?) uczy się np. naszych  błędów i kreuje odpowiednie miłosne rozwiązania. Uczestnictwo w programie jest niby dowolne, zasady znane, choć wyłamanie się skutkuje karą. Jednak spokojnie, coś za coś, aplikacja już się wszystkim zajmie: dobierze partnera, zasugeruje czas swoistego testu (który trzeba przejść) i w odpowiednim momencie nastąpi rozstanie za zgodą (lub bez) każdego z pary. Pysznie wyglądająca przyszłość. Do momentu, kiedy w ten swoisty matrix nie wkradnie się błąd, a główni bohaterowie nie zachowają się jak Truman Burbank. W tym surrealnym świecie nic nie jest oczywiste, pewne, jednoznaczne. A już na pewno nie finał, który jest rasowym twistem.

Świetny, emocjonujący odcinek, do rozgryzania w trakcie i na potem. 

9

METALHEAD, czyli monochromatyczny horror

Postapokaliptyczny survival horror skąpany w czerni i bieli? Brzmi wspaniale, czyż nie? Jak się okazuje, to zdecydowanie jeden z najbardziej daremnych odcinków Czarnego lustra. Pomysł jest zbyt prosty jak na dotychczasowe idee stojące za pomysłami Charliego Brookera – ot, pogoń robota za kobietą, co nie jest przyczynkiem do podniecającej refleksji odnośnie rozwoju sztucznej inteligencji, a jest jedynie… krwawym pościgiem. I zaprawdę, niewiele tu więcej, prócz ciekawej formy, która ewidentnie ma za zadanie przykryć miałkość historii, nieciekawych bohaterów i nieobecnego tła (choć wiadomo, że jest postapo, które same w sobie zawsze jest intrygujące). Pierwsza ewidentna wtopa w Czarnym lustrze, odcinek wyraźnie gorszy od siedemnastu pozostałych.

3

U.S.S. CALLISTER, czyli mokry sen nerda

Najbardziej intrygujący koncept = najlepszy odcinek tej serii. To historia, która jest mokrym snem wszystkich nerdów tego świata. Krótkie teasery, plakaty, fotosy i opisy sugerowały zabawę w quasiStar Treka. I rzeczywiście tak jest, co pokazuje już nawet  zabawny, kiczowaty prolog utrzymany w konwencji serialu z lat 60. Potem jest jeszcze lepsza zabawa. Clou polega na ujawnieniu innych warstw tej historii, gdzie codzienny realizm miesza się z rzeczywistością wirtualną, a rozwój fabuły przybiera mocno nieoczekiwane skutki. Nad całością unosi się dobrze znany smrodek sieciowej samokreacji, czyli przyjemności udawania kogoś, kim się nie jest – tutaj doprowadzone do sadystycznego ekstremum. Dodatkowo niezwykle podniecające są te możliwości, które daje rozwój technologii rozrywki, nawet jeśli czarnowidztwo w tym względzie jest zasadne, bo zbyt wiele zależy od słabości człowieka-użytkownika. Kapitalny pomysł, świetne wykonanie. Chciałbym. 

9+

*

Praktycznie wszystkie odcinki Czarnego lustra bawią się szansami, jakimi dla ciebie, dla mnie, dla nas wszystkich jest użyteczność  technologicznych gadżetów różnej maści, a jednocześnie Charlie Brooker wyraźnie cieniuje, pokazuje ślepe ścieżki, zauważa ludzkie ułomności, które są nie do przeskoczenia i są immanentną cechą rozwoju.

Sezon czwarty jest w dalszym ciągu nośnikiem tych nieoczywistych, fascynujących refleksji nad naturą człowieka, który próbuje szybko zrealizować swoje potrzeby, nadać marzeniom realny kształt, ujarzmić strachy i fobie, okiełznać pamięć. Taka walka o lepsze życie udaje się połowicznie, zawsze na bazie dealu – walutą jest wolność. Kantor prowadzimy sami, wymienisz tyle, ile chcesz. 

Każdy odcinek kończy się pewnego rodzaju kacem moralnym, bo uderzenia Brookera są skuteczne, bazują na emocjach i potrzebach, wynikają z pilnej obserwacji tego, co tu i teraz. Na niektórych na pewno zadziała to oczyszczająco, jako rodzaj sygnału ostrzegawczego zwracającego uwagę na technologiczne uzależnienie. Z pewnością taka jest intencja autora i nie ma co z nią walczyć, nie warto pomijać aspektów typowo filozoficznych. Nic strasznego, przesadzonego lub naiwnego – to ten rodzaj twórczości, który od banałów stoi bardzo daleko, nawet jeśli poruszone problemy są oczywiste.  

Innymi słowy, nie ma drugiej takiej produkcji i nawet z tego powodu nie boję się przesady w zachwycie. 

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane