Seriale TV

AMERYKO, SŁYSZĘ CIĘ. Recenzja piątego sezonu HOUSE OF CARDS

Nie jest to sezon pozbawiony wad, ale wciąż nie pozwalająca oderwać się od ekranu rozrywka.

Autor: Filip Pęziński
opublikowano

Jedno z przemówień wygłoszonych do narodu w piątym sezonie House of Cards Frank Underwood rozpoczyna słowami „Ameryko, słyszę cię” i trudno oprzeć się wrażeniu, że ustami kontrowersyjnego prezydenta przemawiają sami twórcy serialu. Rzeczywiście słyszą Amerykę – odchodzą od znanych szczególnie z dwóch pierwszych sezonów uniwersalnych prawd o władzy i szekspirowskich dążeń jej zdobycia (chociaż te wracają w finale) na rzecz aktualnych problemów. Terroryzm, inwigilacja, nowoczesne technologie, wpływ fake news na politykę, rola społeczna kobiet. To kwestie, z którym mierzy się piąty sezon uznanego serialu Netfliksa.

Najnowszy sezon jest pierwszym, przy którym nie pracował Beau Willimon – dotychczasowy showrunner serialu. Sytuacja porównywalna do odejścia reżysera od serii filmowej, zrozumiałe zatem, że do piątego sezonu zasiadłem trochę niepewnie. Rzeczywiście, zmiany są wyczuwalne, nigdy wcześniej House of Cards nie pędziło w tak zawrotnym tempie, nie mnożyło wątków, którymi obdarować można byłoby co najmniej dwa sezony.

Na niedociągnięcia łatwo przymknąć oko, bo dzieje się bardzo dużo, wątki są zróżnicowane, a administracja Franka i Claire wciąż potrafi zaskoczyć i wstrząsnąć widzem.

Niestety mimo nagromadzenia wątków twórcom można zarzucić brak pomysłu na niektóre postaci, które wcześniej odgrywały znaczące role i nierzadko przebijały się na pierwszy plan – mówię tu np. o Tomie Yatesie, Dougu Stamperze czy Secie Graysonie, którzy włóczą się po Białym Domu bez większego celu. Zaznaczyć jednak warto, że przynajmniej dwóch z nich odgrywa w finale dość satysfakcjonujące role. Mam też nieodparte wrażenie, że scenarzyści znudzeni są już charakterystycznym burzeniem czwartej ściany przez głównego bohatera i sięgają po ten motyw niejako z przymusu – prezydent wyraźnie nie ma nam nic ciekawego do powiedzenia. Chociaż i tutaj, w drugiej połowie sezonu, udało się mnie autorom pozytywnie zaskoczyć.

Na niedociągnięcia łatwo jednak przymknąć oko, bo, jak już pisałem, dzieje się bardzo dużo, wątki są zróżnicowane, a administracja Franka i Claire wciąż potrafi zaskoczyć i wstrząsnąć widzem. Nawet jeśli opiera się na znanych schematach intryg, wbijania sobie noży w plecy, wątpliwej moralności i kontrowersyjnych relacjach seksualnych.


Niezwykle cieszy mnie powrót nieprzerwanie od pierwszego sezonu budowanego wątku dziennikarskiego, który potrafi wpuścić trochę świeżego powietrza do dusznego Białego Domu. Powiew taki wprowadzają także nowi gracze, grani m.in. przez Campbella Scotta (mnie kojarzącego się z rolą ojca Petera Parkera w dwóch częściach Niesamowitego Spider-Mana) i jedną z moich ulubionych aktorek dalszego planu, Patricię Clarkson (Sześć stóp pod ziemią, filmy Woody’ego Allena). Chociaż oczywiście to duet Kevina Spaceya i Robin Wright z niezwykłą klasą wciąż dźwiga całość na swoich barkach.

Twórcy piątej części House of Cards doskonale opanowali sztukę kończenia odcinków cliffhangerami i wielokrotnie po obejrzeniu odcinka nie mogłem się powstrzymać, aby nie włączyć chociaż pięciu minut kolejnego. Fakt, że podobny zabieg zastosowano także w finale, pozostawił mnie z poczuciem niemałej paniki – ale jak, to już koniec?! Sytuacja ta stanowi najlepszą recenzją sezonu. Nie jest to bowiem rzecz pozbawiona wad, ale wciąż niepozwalająca oderwać się od ekranu rozrywka.

Aha, Dominique McElligott jako żona gubernatora Conwaya topi wszelkie lodowce.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane