Seriale TV

Agatha Christie wiecznie żywa. Recenzja serialu „Świadek oskarżenia”

Autor: Agnieszka Front
opublikowano

Agatha Christie zwana jest królową kryminałów. Mało kto nie zna tej wspaniałej brytyjskiej autorki, specjalizującej się w tym gatunku powieści właśnie. Hercules Poirot czy panna Marple to postaci, które wielu osobom zapadły w pamięć, zachwycając swoimi zdolnościami detektywistycznymi coraz to nowe rzesze czytelników.

Na przestrzeni lat powstało mnóstwo filmów i seriali z wymienionymi bohaterami, mniej lub bardziej wiernych książkom, jednakże dobrze oddających ich ducha. Zdarzało się także, że tę samą pozycję brano na filmowy warsztat po kilka razy.

Podobnie było ze Świadkiem oskarżenia, krótkim opowiadaniem zamieszczonym razem z jedenastoma innymi w zbiorku pod tym samym tytułem. Opisywany utwór zajmuje zaledwie kilkanaście kartek, jednakże w trakcie czytania doznajemy wielkiej gamy przeróżnych emocji i jesteśmy świadkami naprawdę wielu zwrotów akcji.  Wydarzeń i wspomnianych już „twistów” jest tak dużo, iż starczyło na stworzenie nie tylko obrazu filmowego – mowa tutaj o zapadającym na długo w pamięć arcydziele z 1957, w którym jedną z głównych ról zagrała sama Marlene Dietrich, a reżyserem był Billy Wilder – ale też miniserialu powstałego w 2016 roku i składającego się z dwóch godzinnych odcinków.

Wspomniany już serial zaczyna się typowo jak na kryminał, czyli mamy przestępstwo i podejrzanego. Tym ostatnim jest młody Leonard Vole, oskarżony o to, iż dopuścił się morderstwa. Rzekomo zabił on niejaką Emily French, kobietę, która nie tylko zaufała mu i wpuściła do swojego domu, lecz również obdarzyła go afektem. Według zeznań Janet McIntyre, gosposi pani French, jej chlebodawczyni interesowała się już wcześniej spędzaniem czasu w męskim towarzystwie, jednakże dopiero Leonard „zagrzał” przy niej miejsce na dłużej. Co takiego specjalnego ma w sobie ten młody mężczyzna, że potrafił zawrócić w głowie komuś, kto do tej pory szybko nudził się nowymi znajomościami? Czy aby na pewno chodzi tutaj tylko o jego urodę?

Sympatia widza szybko staje po stronie Vole’a, kibicujemy mu w staraniach o uniewinnienie, co wzmaga się jeszcze bardziej po aresztowaniu. Wspomniany moment ukazuje nam bowiem Leonarda, który otrzymuje mocny cios i siłą zostaje doprowadzony przed oblicze sprawiedliwości. Nadzieja na szczęśliwe zakończenie sprawy wzrasta, kiedy okazuje się, że istnieje ktoś, kto może potwierdzić, iż w godzinie dokonania mordu Vole spędzał czas we własnym domu ze swoją małżonką.

Tą małżonką jest kobieta o imieniu Romaine. Leonard informuje starającego się o uwolnienie go pana Johna Mayhew, iż wystarczy udać się do wspomnianej Romaine i ona wszystko potwierdzi.

Życie jednak ma to do siebie, że lubi się komplikować, najczęściej w najmniej oczekiwanych przez nas momentach. Kiedy dochodzi do spotkania dwójki rzekomo kochających się osób, jedynie Vole zachowuje się tak, jak się tego po nim spodziewaliśmy.

Romaine nie tylko okazuje mu szczerą nienawiść i pogardę, lecz także spluwa mu w twarz i oświadcza, iż jej jedynym pragnieniem jest zobaczyć go na szubienicy. Okazuje się, że zadanie, jakiego podjął się Mayhew, wcale nie będzie takie proste, a uratowanie przed stryczkiem zszokowanego postępkiem żony Leonarda może okazać się niemożliwe.

Trudno jest opowiedzieć i scharakteryzować dalszą część historii bez zdradzenia jakichkolwiek spoilerów – zresztą sami twórcy filmu z 1957 prosili, by po obejrzeniu ich dzieła nie zdradzać nic tym osobom, które go jeszcze nie widziały. Kreatorzy miniserii z lat późniejszych z pewnością wymagają od widzów dokładnie tego samego, dlatego w recenzji skupimy się bardziej na psychologii bohaterów niż na kolejnych wydarzeniach.

Janet McIntyre, opisywana już wcześniej gosposia Emily French, jest osobą wierną. Wydawałoby się, że jest to cecha pożądana i godna podziwu. Tym bardziej eż bardzo często zdarza się, że służący nie pałają zbytnią sympatią do swoich pracodawców albo wręcz ich nienawidzą. Tutaj jednakże uważny widz zaczyna się zastanawiać, czy za fasadą wierności nie kryje się coś jeszcze.

Janet jawi się jako osoba zachłanna, terytorialna, można nawet powiedzieć, że wręcz zaborcza i chorobliwie zazdrosna o uczucia i względy swojej pani. Leonarda darzy wyraźną antypatią, która – przynajmniej w oczach śledzącego rozwój akcji – sprawia, że to właśnie ją, a nie Vole’a podejrzewamy o dokonanie morderstwa. Motywem mogłaby być na przykład kłótnia o testament pani French i o to, komu Emily pragnie pozostawić swój majątek. Lub też działanie w amoku – „Jesteś moja albo niczyja”, chorobliwa zazdrość, jaka często pojawia się w związkach pomiędzy kobietą a mężczyzną. Tutaj wystąpiłaby ona pomiędzy gosposią a panią domu.

Nieprzypadkowo zresztą wspominam o bardziej romantycznych związkach, gdyż w pewnym momencie seansu zaczynamy odnosić wrażenie, że nieszczęsna McIntyre czuła do pani French coś więcej niż zwyczajne przywiązanie, i gdy zorientowała się, że Leonard może zostać w życiu Emily na dłużej – a kto wie, może nawet w przyszłości stać się jej mężem! – nie zamierzała do tego dopuścić.

Wróćmy do Romaine. Jakie motywy ma ta intrygująca kobieta? Czy zwyczajna zemsta oszukanej małżonki, która najpierw – przynajmniej według jej samego Leonarda – darzyła go nieustającą, wielką miłością – a potem, gdy wyszło na jaw, iż dopuścił się zdrady, po prostu postanowiła pomścić zniewagę i wyznać prawdę o godzinie powrotu lubego do domu? Czy za jej postępowaniem stoi jedynie uraza, rozpacz po utracie uczuć i szacunku szalenie kochanego przez nią człowieka, tak głęboka, że zaleczyć i ukoić ją może jedynie śmierć Leonarda?

Nadchodzi moment – mistrzowsko wykreowany, trzeba przyznać – w którym nasza wiara w niewinność Vole’a zaczyna się chwiać, a my zaczynamy współczuć nie Leonardowi, a Romaine. Nie dosyć, że jej małżonek okazał się niewierny i niegodzien jej miłości, to jeszcze niecnie oszukał i zabił panią French, wcześniej podle żerując na jej bogactwie. Żonglowanie sympatią widza, która przenosi się z jednego bohatera na drugiego, udało się scenarzystom świetnie.

Przyznać należy, że wsparcie mieli nieliche, bo wiemy, jak doskonałe dzieła wychodziły spod pióra Agathy Christie, mieli również za zadanie dorównać, a może nawet i przewyższyć, przywoływanemu już dziełu z 1957 roku – jednakże Julian Jarrold (reżyser), jak i Sarah Phelps (scenarzystka, znana między innymi również i adaptacji innego dzieła Christie pod tytułem And Then There Were None/I nie było już nikogo) poradzili sobie z tym zadaniem znakomicie. Tym bardziej że kiedy widz, zabawiając się w sędziego, ma już zapewne ustalony werdykt i tylko obserwuje dziejące się na ekranie wydarzenia, czekając na potwierdzenie swojej teorii, pojawia się trzeci element zagadki, stawiający pod znakiem zapytania wszystkie wnioski, do jakich doszliśmy poprzednio.

A potem, gdy już wszystkie nitki tego cudownie i z precyzją tkanego swetra splecionego z intryg, tajemnicy, morderstwa, ludzkich uczuć i namiętności trafiają na swoje miejsce, okazuje się, że całą naszą misterną pracę musimy po prostu spruć, gdyż nic nie jest takie, na jakie wygląda. Agatha Christie, tworząc zakończenie, po raz kolejny zagrała nam na nosie, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczenia, wyraźnie dając do zrozumienia, że często jesteśmy pewni swoich racji (i to nie tylko w sądzie czy w sprawach kryminalnych, ale również i w zwyczajnym życiu), a prawda okazuje się być zupełnie inna…

Świadek oskarżenia to jednak coś więcej niż tylko kryminał. Dopiero gdy odkryjemy wielowarstwowość opisywanego dzieła, w pełni docenimy jego niezwykłość. Mamy tu do czynienia również ze swoistego rodzaju studium psychiki ludzkiej i zachowań człowieka w obliczu tragedii. Pierwszym ważkim tematem będzie z pewnością postawa Leonarda, jego pogląd na to, jak należy traktować osoby, które brały udział w konflikcie wojennym, które go przeżyły. Według niego państwo wykorzystało zarówno jego, jak i Romaine, wręcz użyło jako przysłowiowe „mięso armatnie”, a kiedy powrócili z frontu, najzupełniej w świecie porzuciło ich i nie zadbało o najważniejsze potrzeby. O ile wielu im podobnych pogodziło się z losem, to Leonard nie zamierza tego uczynić i pragnie na swój sposób otrzymać to, co mu się należy.

Drugą kwestią jest ciche odrzucenie, jakiego doświadcza John Mayhew. Małżonka obwinia go o utratę syna, który za namową ojca udał się na front. Niestety, nie wrócił stamtąd, ginąc gdzieś na polu walki, a jego śmierć otworzyła w duszy matki niegojącą się ranę. Wydawałoby się, że każda kobieta byłaby szczęśliwa, mogąc powitać w domu męża, który przeszedł piekło, lecz z niego wrócił. Alice jednakże sądzi inaczej, co więcej, gdyby mogła wybierać, preferowałaby zapewne powrót syna, a nie Johna. Jej nienawiść do Johna i odrzucenie jest tak wielkie, że nie jest w stanie dotknąć mężczyzny, stara się uniknąć jakiegokolwiek kontaktu fizycznego, a kiedy w pewnym momencie do niego dochodzi, przerywa milczenie i dramatycznie wyznaje Johnowi prawdę.

Oba te zagadnienia są aktualne również i dzisiaj, w czasach, gdy świat wciąż toczą mniejsze lub większe wojny i nic nie wskazuje na to, abyśmy kiedyś obudzili się w rzeczywistości bez ani jednego konfliktu zbrojnego.

Tyle o fabule. Czas przyjrzeć się Świadkowi oskarżenia od strony nieco bardziej „technicznej”. Jak poradzili sobie z niemałym przecież wyzwaniem aktorzy, jeśli mamy w pamięci nie tylko dzieło Wildera, ale i popularność samego literackiego pierwowzoru całej tej historii?

Na pierwsze miejsce zdecydowanie zasługuje tutaj Monica Dolan i jej Janet McIntyre. Aktorka wręcz genialne pokazała to, co skrywa dusza jej bohaterki. Kiedy patrzyliśmy na Janet, z ekranu aż biła nienawiść do Vole’a, przenikając widza do głębi, a spojrzenie gosposi mogłoby mrozić szampana na Sylwestra. Na kość. Głównymi bohaterami miniserii są oczywiście Romaine i Vole, ale mnie najbardziej zapadła w pamięć właśnie ona, opiekunka domu pani French, dająca do zrozumienia całą swoją postacią, każdym gestem, jaki wydałaby wyrok, gdyby to od niej zależał los oskarżonego młodzieńca. Nagroda Emmy – lub inna, przynajmniej prestiżowo zbliżona – byłaby całkowicie zasłużona.

Niewiele ustępuje jej Andrea Riseborough w roli Romaine. Kiedy przedstawia się nam postać żony Leonarda po raz pierwszy, stwarza ona wrażenie nieco zagubionej w życiu i przerażonej. Być może wciąż drzemią w niej demony z przeszłości, gdzieś tam w pamięci tkwi to, co przeżyła w dni, gdy poznała przyszłego męża? Dopiero potem, kiedy nadchodzi chwila prawdy i dowiadujemy się, czego tak naprawdę oczekuje ona od wymiaru sprawiedliwości i jaki wyrok by ją usatysfakcjonował, cicha woda zamienia się w rwącą rzekę, a akwariowa rybka w rekina. Taka przemiana być może brzmi prosto na papierze, ale jest bardzo trudna do odegrania na ekranie tak, aby wypadła wiarygodnie. Andrei Riseborough udało się to doskonale, a talent aktorki szczególnie ukazuje moment odwiedzin Romaine u aresztowanego oraz pewien krótki, acz znaczący fragment pod koniec seansu. Ten ostatni niełatwo jest opisać bez zdradzania biegu wydarzeń, jednakże wstrząs, jakiego dozna widz, z pewnością zostanie zapamiętany na długo.

A Leonard (czyli Billy Howle)? Kwestią sporną mógłby być tutaj dobór aktora, bo o ile rzemieślniczo wywiązał się ze swojego zadania bardzo dobrze i w sumie nie można mu nic zarzucić, to jednak do roli człowieka, który był w stanie uwieść starszą panią na tyle, by przywiązać ją do siebie, dobrze byłoby wybrać kogoś bardziej, powiedzmy, reprezentacyjnego. Oczywiście nie można nikogo oceniać po wyglądzie, a już na pewno odmawiać talentu aktorowi, ale Vole w samej twarzy ma coś takiego, co każe zastanawiać się, czy aby na pewno jest do końca uczciwy. Mowa tutaj oczywiście o Leonardzie, a nie o Howle’u. Szczególnie na plakacie promującym serial Vole wygląda jak typowy cwaniaczek, który coś przeskrobał, nie wiadomo tylko, jak bardzo poważnego.

Skoro mowa już o plakacie, to warto zauważyć, że kryje się w nim pewna ciekawostka. Romaine jest umieszczona obok małżonka, ale na niego nie patrzy. Leonard spogląda na nas w miarę prosto, Emily French również, Mayhew patrzy na bok, lecz jego spojrzenie wyraża jedynie zatroskanie. Co innego Romaine. Ta jako jedyna odwrócona jest w lewo, jakby chciała się odciąć od Vole’a…a może od całej tej sprawy?

I wreszcie na koniec Kim Cattrall jako Emily French i odtwarzający rolę Johna Mayhew Toby Jones. Rola Cattrall była dosyć krótka, a aktorka zagrała ją poprawnie, nie mając jednak zbyt wielkiego pola do popisu ze względu na to, co stało się z jej postacią. Toby Jones za to wcielił się wręcz znakomicie w Johna, pozwalając nam utożsamiać się ze swoim charakterem i skutecznie wywołując w widzach współczucie dla ciężko pracującego i drżącego o przyszłość nie tylko oskarżonego, ale i własnej rodziny człowieka.

Podsumowując, dzieło Juliana Jarrolda należy do tych, które zobaczyć po prostu trzeba. Nie tylko dlatego, że jest ono adaptacją opowiadania królowej kryminałów, ale również dlatego, iż z całą pewnością należy do kategorii dzieł wybitnych, z co najmniej dwiema wybijającymi się osobowościami – Janet McIntyre i Romaine Vole.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane