Seria z automatu #33: najbardziej pamiętne… reklamy | FILM.ORG.PL

Seria z automatu #33: najbardziej pamiętne… reklamy








Jacek Lubiński
05.01.2016


Reklama, reklama. Pranie mózgu już od rana! – tak kiedyś śpiewał towarzysz K.A.S.A. i w sumie trafnie. Atakujące nas ze wszystkich stron produkty narastają zwłaszcza teraz, w okresie świątecznym. Kup pan pralkę, zmywarkę, tablet, peceta, nowego Mercedesa i podwójny bilet do Pułtuska w cenie jednego – a wszystko to w pięć minut przez darmowe konto w banku, kiedy drugą ręką sięgasz po Polo Cocktę.

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że pośród tego chaosu trafi się czasem jakiś rodzynek, perełka czy inny przysmak elit. Tak, są, względnie zdarzają się reklamy dobre. Ba! Jest też mnóstwo genialnych, a wiele doczekało się także statusu kultowego – nierównego być może X muzie, lecz jednak. Wbrew pozorom bardzo dużo reklamowych hasełek, czasem naprawdę kuriozalnych, trafiło także do szeroko pojętej popkultury, jak i języka potocznego. I to właśnie na takim miksie użytkowej maniery i kultu będziemy się dziś skupiać.

Oczywiście – jak głoszą wszak reklamy – dobre, bo polskie, toteż przykłady będą głównie z rodzimego podwórka. Ale nie tylko, wszak zaistniało w naszych domostwach również parę zagranicznych pomysłów, odpowiednio przetłumaczonych na świergoczący słowiański. A ponieważ jest doprawdy w czym przebierać, toteż cyferki idą tym razem w górę, a matematyka okazuje się skomplikowana. Wybrałem bowiem „tylko” dziewiętnaście towarów, z których część reprezentowała albo konkretna seria pomysłów, albo też kilka różnych, równie dobrych tzw. 30-sekundówek, co daje razem aż trzydzieści trzy reklamy do obejrzenia (także w linkach). Większość wyciągnąłem z odmętów internetu, zatem szykujcie się też na niewielką łezkę nostalgii. Jedziemy (tym razem bez oglądania się na alfabet)!

 

Statoil – fanty babci

I to dosłownie jedziemy – na stację Statoil! Przykład to być może nie urastający do rangi legendy, niemniej wspominany ciepło przez tych, którzy z jakichś względów zdecydowali się go zapamiętać. Od jej telewizyjnej premiery marka zresztą nieco straciła na popularności i, jak każda inna firma, przeszła trochę zmian. Lecz w owej chwili, prawie dwadzieścia lat temu, hasełko na stacji Statoil odpowiadało mniej więcej dzisiejszemu Leć do Biedronki (a w momentach kryzysu również ripoście Twoja stara!). A i samą reklamę zwyczajnie fajnie było sobie obejrzeć. I nic dziwnego – jest pomysłowa, dobrze i jednocześnie nienachalnie osadzona w polskich realiach, zrealizowana z polotem oraz humorem. No i babuszka budzi dużą sympatię. Aż ma się ochotę sięgnąć po wyświechtany slogan: dziś już takich nie robią.

 

 

(No to) Frugo

Bez dwóch zdań jedna z najbardziej kreatywnych i trafiających do widza (zwłaszcza do młodzieży, która jest wszak targetem) serii reklam. Świeże tak w chwili, w której dotarły na mały ekran, jak i z dzisiejszej perspektywy. Co więcej, jest to też dowód na to, że nie wszystkie reklamy kłamią. W czasach swojej największej świetności Frugo faktycznie rozchodziło się jak świeże bułeczki, a i teraz radzi sobie całkiem nieźle na rynku. Autentycznie dobry i soczysty jest też smak owego napoju (obecnie w sześciu kolorach), którego klasy dopełnia oryginalne opakowanie z tzw. guzikiem bezpieczeństwa (wtedy absolutne novum), jakie nie uległo zmianie od 1996 roku (z przerwami). Nic, tylko pić!

 

Pij mleko, będziesz wielki!

A skoro już o piciu mowa… Mleczna kampania to już typowa „społecznica”. Niemniej warta odhaczenia. To wszak jedna z najdłuższych takich serii w historii – trwa nieprzerwanie od dwunastu lat, wciąż sięgając po nowe autorytety, głównie sportu. Powala także skala projektu, który nie ogranicza się jedynie do telewizji, ale generalnie do wszystkiego, co w zasięgu wzroku. Liczba osób i firm, które zaangażowały się w całą sprawę, w dodatku pro bono, również musi robić wrażenie. Jednak bądźmy szczerzy, to nie jest najlepszy produkt marketingowy made in Poland. Chwali oczywiste, czyni to w sposób mocno czarno-biały (pijesz – wygrywasz, nie pijesz – nic z ciebie nie będzie) i niejako moralizatorski (czego skutkiem liczne parodie, z wódką na czele). Ale skuteczny. Hasło to zna już na pamięć każdy Polak, a wielu z nas wcieliło je w życie. Kolejnym plusem są także nieliczne, „natchnione” historyjki, jakie ta akcja przyniosła – dokładnie takie, jak ta:

 

 

Werther’s Original – poczciwy starzec

Miła, wyświechtana i gotowa do wyśmiania – to też zalety pierwszej nie-polskiej reklamy na liście. Ale nie tak do końca. Jasne, produkt jest zagraniczny, materiał wideo również. Lecz dubbing (dość nieudolny, jeśli przyjrzeć się ruchowi ust dziadziunia) jest już swojski, co pozwoliło mu bez problemu poradzić sobie na rodzimym rynku. Ponad stuletnia marka dzięki tej reklamie z 1997 roku została rozsławiona na całym świecie. Lecz w nadwiślańskim kraju szybko przeniknęła do życia codziennego i niczym dialogi z Kilera dostała do mowy potocznej. Z czasem co prawda zarówno wydźwięk filmiku (z dzisiejszej perspektywy podświadomie wymuszającego pedofilskie skojarzenia), jak i popularność słodkich, karmelowych cukierków znacząco osłabły, lecz dalej co jakiś czas każdemu zdarza się powiedzieć „dziś sam jestem dziadkiem” lub „cóż mogę dać mojemu (wstaw dowolny zamiennik wnuczka)…?”. A to o czymś świadczy.

 

 

 

Pollena 2000 – ojciec, co robim?

Flagowy produkt firmy Unilever to już dziś duch przeszłości. W latach 90. wychodził natomiast w przeszłość samą swoją nazwą. Ale tylko nią, bo cała reszta była niezwykle kiczowata nawet jak na ówczesne niedoświadczenie w reklamowej branży. Hasełko główne – nawiązujące do Sienkiewiczowskiej trylogii, z której bohaterowie, bracia Kiemlicze, w końcu sami pojawili się w reklamie – zatrybiło jednak jak mało kiedy. Tak jak w poprzednim przypadku, „ojciec, prać?” wciąż zdarza się usłyszeć czasem gdzieś na mieście i bynajmniej nie jest to wpływ opasłej lektury szkolnej. Zakrojona na szeroką skalę operacja często sięgała przy tym także po inne kultowe odniesienia, na przykład zatrudniając obsadę Czterdziestolatka. Ale to nie pomogło i ostatecznie proszek dopełnił swego przeznaczenia, w nowym milenium dosłownie wypierając się samemu z rynku. 

 

 

Colgate – Ania lubi kredki, a mama?

Tak, znowu przykład wciskania biednemu polskiemu widzowi bogatego zagranicznego produktu (w tym konkretnym filmiku od 1:37 min.), niemniej znów znalazł on drogę do słowiańskiej wrażliwości na temat próchnicy. Oczywiście raz jeszcze poskutkowało to dowcipami przewyższającymi żywotnością samą reklamę („Spierdalaj, to moje kredki” znał każdy przedszkolak). Lecz nieśmiertelne hasełko z 1992 roku (w oryginale z małą Lisą) to dla nas wciąż synonim nie tylko tego amerykańskiego koncernu (który wypuścił przecież multum innych, często zdecydowanie lepszych zębowych reklamówek), ale i pasty do zębów w ogóle. William Colgate byłby dumny. 

 

 

Bosman – bezalkoholowe oczywiście ;)

Szczeciński browar nie wyróżnia się niczym szczególnym pośród innych polskich piw. Ani długoletnia tradycja, ani nadmorskie powietrze, ani różnorodność smakowa oferowanych rodzajów nie wychodzą ponad średnią krajową. A jednak zdołał wypłynąć na szerokie wody dzięki uwzględnieniu charakterystycznego fragmentu popularnej ongiś piosenki Krzysztofa Klenczona oraz humorystycznemu spuentowaniu sytuacji na lokalnym rynku. W 1998 roku rząd postanowił utemperować nieco pijackie zapędy społeczeństwa, wprowadzając m.in. restrykcje na uliczne billboardy z wizerunkiem piwa, którego telewizyjne emisje zostały zakazane. Wszystko dla dobra młodzieży. Bosman, jak na morskiego wilka przystało, odpowiedział na to reklamą produktu bezalkoholowego – naturalnie tylko w domyśle, czego dowodem ewidentne mrugnięcia okiem do widza. Gest ten szybko stał się symbolem kolejnego rozdziału walki z systemem, który znowu podniósł rękę na świeżo odzyskaną wolność. A opatulone bezpiecznym cudzysłowem słówko o braku procentów na stałe zagościło w słowniku każdego szanującego się cwaniaka z Lechistanu. 

 

 

Vizir – proszę, oto proszek

Środki czyszczące marki Vizir zna każdy. Obecnie szczęśliwe dziecko amerykańskiego koncernu Procter & Gamble sprzedaje się z powodzeniem na całym świecie. W Polsce najbardziej kojarzy się proszek do prania – rzecz jasna dzięki reklamom. Te swój złoty okres przeżywały w drugiej połowie lat 90., kiedy to twarzami Viziru zostali Ireneusz Bieleninik i Zygmunt Chajzer. Ten ostatni wciąż bawi się w targanie pokaźnego worka po ludziach, jakby koniecznie chciał przeforsować swoje propagandowe, trzydziestosekundowe występy nad bogate teleturniejowe emploi (kto jeszcze pamięta Teletombolę?). Szkoda jedynie, że charyzma i energia już nie te, co w czasach, kiedy na zmianę ze wspomnianym Bieleninikiem potrafił dosłownie na chama wbić się do cudzego mieszkania, tylko po to, by sprawdzić, jak idzie pranie i podsunąć rodzinie Kowalskich ostateczne rozwiązanie w formie Viziru. Ale trzeba mu oddać, że przy Ireneuszu i tak był prawdziwym dżentle, a tym bardziej manem. Sam Bieleninik próbował zdystansować się potem innymi reklamami, m.in. Fairy, ale to już nie był ten sam poziom obciachu. Niestety oryginały są obecnie nie do znalezienia, dlatego poniższy filmik jest współczesnym podejściem do sprawy (choć pod względem zamysłu wszystkie te reklamy stoją właściwie w miejscu).

 

Baltona – dary Posejdona

 

Już samo spojrzenie na dość toporny sposób realizacji i banalną maksymę, która zamienia się w niezbyt wyrafinowaną rymowankę, dają do zrozumienia, że mamy do czynienia z wczesną polską reklamą. Pierwotnie powstała, by zaopatrywać statki, Baltona w latach 80. była, obok Peweksu, kwintesencją dobrobytu, jakości oraz trwałości. Oczywiście głównie dla posiadaczy walut zagranicznych lub wymyślonych specjalnie na potrzeby ekskluzywnych zakupów bonów baltonowskich, które przysługiwały nielicznym. Wraz ze zmianą ustroju firma coraz śmielej wychodziła do ludzi, co czasem kończyło się takimi kuriozalnymi i jednocześnie autoironicznymi akcjami: 

Baltona reklamowała dosłownie cały swój asortyment, począwszy od widniejącego w logo marynarza, który przynosił w skrzynce łakocie samemu Einsteinowi, aż po wypasiony sprzęt wideo, za który nie wiedziano nawet, jak się zabrać. W filmikach ochoczo brało udział wielu wyśmienitych aktorów polskich (w jednym z pierwszych można było podziwiać Piotra Fronczewskiego), choć i tak najbardziej rozbrajał wieńczący każdy taki spot, beznamiętny głos Wojciecha Manna, który swoje kwestie nagrywał chyba za karę. Czasem baltonowskie reklamy potrafiły przykuć uwagę również niemałą odwagą wespół z mocno inspirującym poziomem abstrakcji – tak, jak ma to miejsce w tym przykładzie z Januszem Józefowiczem: 

 Co ciekawe, Baltona dobrze zniosła czasy demokracji. Zreorganizowana i z odświeżonym logo ma dziś największą sieć wolnocłowych placówek w Polsce oraz z powodzeniem radzi sobie także za granicą. Trzeba jednak przyznać, że bez wesołego brodacza z fajką i równie radosnych reklamówek to już nie to samo.

 

 

Coca-Cola – świątecznie święta

Kiedy w 1886 roku John Pemberton opracowywał recepturę swojego drugiego napoju (o pierwszym nawet koty nie chciały słyszeć), zapewne nie spodziewał się, że stanie się on takim hitem. Dziś trudno wyobrazić sobie świat bez charakterystycznego kształtu butelki tego gazowanego potwora, jaki na dobrą sprawę swą jedyną wartość przedstawia w starciu z mocniejszym alkoholem. Szklaneczka? Wódeczka? Koleczka? To muszą być święta! A skoro tak, to również od lat zapowiadają je klimatyczne reklamówki. Tą, która jako pierwsza przychodzi na myśl, jest obchodzący właśnie swoje dwudziestolecie istnienia pochód ciężarówek:

Wielu z nas z czułością wspomina także przygody Mikołaja nafaszerowanego cukrem i kofeiną i przymilającego się do nieletnich. Ja jednak stawiam na Tolka… to znaczy misie – polarne rzecz jasna. Czemu? Temu, że jest dalece bardziej fantazyjna w swoim podejściu. Tak bardzo, że nie wiadomo, co stanowi tu większe kuriozum: archaiczna animacja (w momencie premiery niewątpliwie szczyt techniki), wątpliwe przesłanie, fakt, że misiom rzeczywiście smakują te bąbelki, czy lokowanie produktu w łapkach ginącego gatunku? 

Debiutujące na małym ekranie w roku 1993 „białasy” dzieli z gazowaną „dobrocią” jednak znacznie dłuższa zażyłość. Wszystkiemu winni… Francuzi, którzy już we wczesnych latach 20. poprzedniego stulecia umieścili futrzaka na drukowanej kampanii dla dzieci. Włochate i zawsze podejrzanie uśmiechnięte stworzenia mali ludzie pokochali tak bardzo, że od tego czasu są etatowymi, ekhm, twarzami firmy. W 1994 roku reklamowały nawet igrzyska olimpijskie i od tego czasu wielokrotnie powracały w kolejnych animacjach ku chwale coca-coli. Całkiem niedawno sam Ridley Scott wyprodukował nawet krótkometrażówkę z ich udziałem:

 

 

Rama mix jogurtowy – sztućcowe pogadanki przy kawie

Obecna od wczesnych lat 90. margaryna Rama wciąż ma się dobrze. Szczyt sukcesu przeżywała jednak na przełomie wieków, kiedy to zaprezentowała swój wynalazek o nazwie mix jogurtowy. A dokładniej, rozsławiła całą markę ta jedna, z pozoru nie wybijająca się ponad przeciętność reklamówka. Reklama, której dziś przypuszczalnie nikt już nie pamięta przez wzgląd na produkt i/lub niezwykłą realizację, ale końcową linijkę tekstu, która wtedy potrafiła ot tak rozbawić do łez, a dziś jest całkiem głęboko zakorzenioną w społeczeństwie ripostą. Doskonała próbka mocy reklamowych sentencji – nawet jeśli ich ostateczny wydźwięk mija się z pierwotnym zamysłem twórców. 

 

 

Milka – pracowity gryzoń

Kto, jak kto, ale szwajcarsko-niemiecko-amerykańska spółka o promocję dbać specjalnie nie musi. Nie musi także zabiegać o klienta, bo ten łaknie do niej nieprzerwanie od blisko dwustu lat. Fioletową krówkę zna każde dziecko na świecie (nawet to niewidome) i wie, że kryje się za jej mordą prawdziwa jakość. Niemniej od czasu do czasu trzeba o sobie przypomnieć – i tu także Milka staje na alpejskiej wysokości zadania. Jej reklamy są z reguły równie sympatyczne, co wspomniany zwierz, nienachalne i w większości niegłupie. Z całego kramu w pamięci ostała się przy tym ta jedna jedyna, której rola w masowej świadomości sprowadza się obecnie do podobnego wydźwięku, co wcześniejszy przykład od Ramy – reakcji na sadzone przez kogoś w rozmowie pierdoły, w jakie trudno jest uwierzyć na trzeźwo. Rzecz jasna ponownie mamy tu do czynienia z produktem zachodnim, któremu dodano jedynie polski dubbing. Popularność w wielu krajach była zresztą niepodważalnym dowodem, acz u nas musiała przerosnąć najśmielsze oczekiwania, skoro doszło nawet do takich reakcji: 

 

 

EB – Czas na Elbrewery Company Limited

Pierwsze w kraju piwo typu lager zadebiutowało na półkach w 1993 roku i szybko stało się najlepiej sprzedającym się tego typu napojem wyskokowym, po który nie trzeba było daleko skakać. Marka oraz skrótowa nazwa okazały się na tyle chwytliwe, że gdy dekadę później produkcji zaprzestano na rodzimym rynku, po kolejnej postanowiono trupa wskrzesić. Każdej z tych chwil w historii towarzyszyła odpowiednia kampania reklamowa, czyli coś w czym EB miało ŁEB na karku. Każdy z pewnością kojarzy choćby skąpany w upale klip z kobietą w czerwonej kiecce, w rytm hitu Sexbomb.

O EB naprawdę głośno zrobiło się jednak w roku 2000. To właśnie wtedy do Polski sprowadzono, będącego wciąż w gwiazdorskiej formie, Jeana Reno. I zrobiono to tylko po to, by za grubą kasiorę powygłupiał się w jednym z hoteli, polecając przy okazji pieniące się złoto. Pomysł na zareklamowanie produktu nie był zbyt oryginalny i wcale nie pomógł marce, ale szał na Reno i jego pięknie wypowiedziane „dziękuję” żył własnym życiem jeszcze długo i zaowocował modą na sprowadzanie do kraju kolejnych znanych twarzy z zagranicy. Pionierstwo co się zowie.

 

 

Heyah – spieszczenie kliencika

Dokładnie dziesięć lat temu do kin trafiło Sin City. Specyficzny, wyciągnięty wprost z komiksowych stron klimat i oryginalny wygląd filmu podbił serca publiczności i odbił się echem nie tylko w kinie, ale również w reklamie. W Polsce ten sukces niemal dosłownie, ale przy tym jakże trafnie wykorzystało Heyah. T-Mobile, do którego ta sieć należy, już wcześniej wykazywał się pomysłowością w afiszowaniu swoich produktów (Johnny 11 Palców, anyone?). Wraz z wypraną z kolorów serią krótkometrażówek – nawiązujących atmosferą do wizji Millera, a fabułą i tekstami także do innych filmów, również rodzimych – trafiła jednak w przysłowiową dychę. Dała branży reklamowej małe arcydzieło, które na swój skromny sposób przebił dopiero Rysiek z Klanu, który w 2012 roku wrócił do gry, by ratować pieski w poważnej kampanii społecznej. Ale to już inna historyjka, kurczaczki.

 

 

 

Kropelka – czarodziejski czarownik

Jedyna pozycja na liście, do której nie udało mi się znaleźć filmiku instruktażowego. Jestem jednak przekonany, że większości z nas kołacze w głowie animowana reklamówka z indiańskim szamanem, do którego przychodzi w potrzebie ichni wódz z zepsutym pokrętłem od radyjka, a tym bardziej wieńczące ją rymowane hasełko: „co Kropelka sklei, sklei, żadna siła nie rozklei”. Stało się ono wszak siłą napędową i sloganem rozpoznawczym kleju cyjanoakrylowego z Urugwaju. Tak, tak… ten superbłyskawiczny (fakt) i supersilny (fakt zależny od tworzywa) uniwersalny produkt Poxipolu to kolejny dobrobyt zza oceanu. Nad Wisłą nie znajdziemy jednak bardziej popularnej substancji spajającej, która jednocześnie nie uzależnia nosa. Jeśli zatem przechodzicie kryzys, to pamiętajcie te, jakże podnoszące na duchu słowa: „nie mieć problemu, ja mieć Kropelka”. I pozamiatane.

 kropelka

 

klej Atlas – Krzyżacy po przejściach

A jeśli już przy wąchaniu jesteśmy, to i budowlanemu Atlasowi udało się całkiem zgrabnie i bez poczucia zażenowania odwołać nie tyle do atrakcyjnej formy rymowanej (choć to też), co klasyki rodzimej literatury/historii. Alternatywna wersja bitwy pod Grunwaldem, do której tym razem nie doszło dzięki klejowi z symbolicznym bocianem (obecnym na drugim planie) wypada nawet po latach naprawdę dobrze. Zrobienie z rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie ciamajdowatych jegomościów, którzy wymieniają broń na lepiące glazurę wynalazki, to zawsze miód na polskie, skołatane serce. Przerobienie ich pieśni na zachwalającą spełnienie, niezobowiązującą przyśpiewkę także może się podobać, a i czuć w tym wszystkim rozmach godny filmu Aleksandra Forda. Gut gemacht!

 

 

maszynka Polsilver – sing-along

Hej, a teraz prawdziwy hit dla tych, którzy właśnie się golą! Jeśli ktoś kojarzy jeszcze tę reklamę z okolic 1996 roku, to na pewno pamięta też przyjemną nutkę nostalgii, która po latach jedynie się umocniła. Niby nic specjalnego – jakiś facet postanawia dość ryzykownie ogolić się w rytm akurat lecącej w radiu piosenki, której wydźwięk przy okazji modyfikuje w trakcie. Już sam hit Tadeusza Nalepy odnosi się bezpośrednio do wspomnień. A jeśli przywołać po blisko dwudziestu latach od premiery jasny, niczym niezmącony przekaz reklamy i przyjemne ryło tragicznie zmarłego Waldemara Goszcza, który z charyzmą wciela się w zadowolonego użytkownika Polsilvera (od nieistniejącego już łódzkiego Wizametu), to okazuje się, że mamy do czynienia z rzadkim okazem reklamówki, która nie denerwuje i bez problemu potrafi dotrzeć do grupy docelowej. Tylko tyle i aż tyle.

 

 

Knorr – zupy i dania do sfixowania

Sproszkowane dzieci dawnych pomysłów Carla Heinricha Knorra znajdziemy przypuszczalnie w każdej polskiej kuchni. Nie dziwi zatem, że kiedy niemiecka marka powróciła na salony naszego kraju na początku lat 90. XX wieku, postanowiono zareklamować ją z pompą. Albo z odpowiednim wyrazem twarzy Andrzeja Grabarczyka, zanim jeszcze na ekrany telewizorów trafił Klan. Już wtedy zrobiono jednak z jego życia nowelę, której nie miał dosyć, bowiem bynajmniej na jednym spocie się nie skończyło. Niemniej w każdym przyszły Jerzy Chojnicki wypadł na tyle przekonująco, że dla niektórych po dziś dzień pozostaje „panem Knorrem” (dobrze, że nie knurem). Abstrahując przy tym od jego filuternego, odwracającego uwagę wąsika i iście kucharskiej aparycji, reklamy te należy zaliczyć do jak najbardziej udanych prób przekonania widza do zakupu. Przyjemna aura, smakowicie wyglądające potrawy, niespieszne tempo oraz nie naprzykrzający się humor (zwłaszcza w poniższym przykładzie) kojarzą się pozytywnie również w obecnej dobie. Chemia, że palce lizać.

 

 

Energizer – urobiony króliczek

 Na sam koniec istna legenda, kanon (nie mylić z Canonem), gwiazda, bohater i wzór w jednym. Trudno o bardziej rozpoznawalny symbol konkretnej marki niż różowa maskotka baterii. Ba! W całej historii telewizyjnej propagandy nikt nie może się równać temu wyluzowanemu bębniarzowi, jeśli idzie o wpływ na popkulturę i żywot pozaekranowy (sukinkot ma nawet własne hasło w słowniku!). Urodzony w 1989 roku heros wystąpił dotychczas w ponad stu piętnastu reklamówkach i był parodiowany wielokrotnie (m.in. w Hot Shots! 2), co jest o tyle ironiczne, że sam powstał jako parodia również całkiem popularnego zającowatego od konkurencji, firmy Duracell. Co więcej, stał się tak chwytliwym i śmiesznym pomysłem, że bardzo szybko małpował (tak, króliki czasem potrafią małpować!) swoje wcześniejsze występy. Często wchodził w interakcje z innymi ikonami kina i telewizji (jak Darth Vader czy King Kong), a w reklamówkach z nim można wypatrzeć wiele znanych twarzy szoł biznesu.

Przy tak barwnym życiu dziwić może zatem, że uszatego często mylono ze starszym o ponad dekadę kolegą z Duracella, któremu pocisnął na ambicję, a akcje Energizera w końcu zaczęły spadać. Parę lat temu firma rozeszła się zresztą z agencją DDB, która królika wymyśliła. Lecz on sam zdaje się niewzruszony tym faktem, wciąż chodzi i chodzi, i chodzi, i chodzi…

 

 

 *

Z pewnością daleki jestem od wyczerpania tematu, zwłaszcza że – parafrazując zajawkę pewnego leku – różni ludzie, różne potrzeby, różne zestawy ********. Dlatego też liczę, że komentarze szybko pójdą w ruch, zanim Frugo mi wyjdzie z lodówki!

korekta: Kornelia Farynowska

TV_off-shutdown2

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński






  • SoKoMoK

    Ja pamiętam „Star Foods” snack to jest smak, z Piotrem Gąsowskim jako nauczycielem w klasie gdzie wszyscy wpieprzali chrupki. Albo „wcina królik wcinam ja chrupki Flips co dnia” Jeszcze był jakiś małolat co kradł siostrze chipsy w oryginalny sposób, do jej pokoju wpuszczał tresowaną mysz, siora piszczała i uciekała, a młody wpadał i kradł chipsy.
    Ale nie rozumiem dlaczego dziadek dający wnuczkowi cukierka to od razu pedofil? Ludzie, paranoja ma swoje granice.

    • Mefisto

      to żart przecież :)

  • Artur Szymański
  • kom-pot

    No i oferta Zrembu zawsze na czasie :)

  • wujo444

    Oj, tylu rzeczy brakuje ;)

    W kategorii „klasyczne przysłowia polskie” nie może zabraknąć tego cyklu:

    Jej spółka-córka Heyah jest co prawda cytowana, ale miała tyle świetnych reklam, które trudno pominąć jak Czerwony Kapturek:

    i Wielka łapa:

    Jest Cola, musi być i Pepsi, imho klasyk z mnichami:

    Z napoi alkoholowych długo trzymał poziom Żubr:

    Energetyki miały zawsze silne reklamy, jednak tylko jeden doda skrzydeł:

    Nike wyprodukowało masę klasowych reklam, z takimi klasykami na czele:

    Joga Bonito, ach co oni potrafili zrobić z piłką…

    A jak już zgłodniejesz, to wiesz co zrobić:

    Chociaż może batonik byłby lepszy:

    Goździkowa miała rację:

    • Mefisto

      zawsze czegoś brakuje – gdyby udało się zawrzeć wszystko-wszystko, scrollowaniu nie byłoby końca :)

  • golem14

    Zapomniałeś o „komputerach z Pułtuska”!!!

  • Szamian

    No przecież z browarów to przez długi czas rządził Okocim!

    • Szamian

      a to jeszcze jedna z moich ulubionych

  • kuba

    „Sosy Billy w każdej chwilli”. I jeszcze takie coś:
    – tato to szok!
    – mówi się sok
    – tato to szok taki pyszny ten sok!
    Ale za chiny nie pamiętam co to za sok był…

  • mat

    Reklama Idea Pop z Kayah:

    A z zagranicznych zapadła mi w pamięć reklama Crunchips:

    i ofkors Pepsi z Cindy Crawford:

  • Telchar

    To jest klasyk którego ewidentnie tu brakuje.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Grzeszne rozkosze #3. Lake Placid

Następny tekst

Fistaszki. Wersja kinowa



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE