publicystyka filmowa

Seria z automatu #13 1/2: najbardziej irytujące rzeczy w Gwiezdnych Wojnach

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Tak, wiem, co sobie myślicie – kolejny cykl (regularnych w swej nieregularności, zmiennych rozmiarowo i zapodanych kolejno bez kolejności) artykułów! Ale spokojnie, obiecuję, że te będą mniej zobowiązujące od rozkmin kolegów o życiu, narodzie i wielorybach. I, poza wyjątkami, nie trzeba będzie specjalnie wysilać przy nich mózgowia podczas radosnego nicnierobienia w pracy. Na tyle luźne, żeby szef również się czasem zapomniał i zszedł wam z pleców na chwilę lub dwie. Tytuł mówi zresztą wszystko: ma być szybko, łatwo i przyjemnie – przynajmniej dla tego, kto pociąga za spust 🙂 No i nade wszystko bez kija w głównej pompie oczyszczającej.

Pierwsza seria, którą sponsoruje słynny flanelowiec i jego kosmiczne pojedynki na świetlówki, to rezultat premiery Przebudzenia mocy, przy okazji której warto przyjrzeć się małym grzeszkom dotychczasowego uniwersum (w kolejności analfabetycznej).

 

Anakin S.

SW Anakin

Byłbym w stanie wychylić z tym gościem parę browarów w jakiejś kantynie na zadupiu galaktyki. Sprawa jest jednak o tyle delikatna, że to człowiek o trzech twarzach, z których tylko jedna daje się lubić – ta zamaskowana. A i to pod pewnymi warunkami. Anakina poznajemy (no dobra, poznaliśmy – pokolenia urodzone po 1998 roku mają już z górki) jako nie Anakina, tylko jego alter ego po wypadku, którego przeraziłby się sam Niki Lauda. Nie jest wtedy miłą osobą, raczej bliżej mu do Juliusa Schrecka, więc zanim kilka parseków później w końcu pokazuje swe oszpecone lico i oczka wypalonego (dosłownie) człowieka, można obsrać sobie zbroję na jego widok – budzi grozę i respekt, lecz trudno oderwać odeń wzrok.

A potem (czyli teoretycznie wcześniej) ukazuje się go nam, jako przemądrzałego, wkurzającego dzieciaka o blond włoskach i nadnaturalnej potencji… przepraszam, potencjale. Szok jest tak duży, że ma się ochotę udusić bachora, a jego superultramegaważny wyścig pustynny okazuje się ogromnym rozczarowaniem, bo gnojek przeżywa i wygrywa. OK, spoko, niby mały Hitler ma jeszcze przed sobą długą drogę i spokojnie może zmienić się (i świat) na lepsze, zatem jakoś tam idzie mu kibicować, kiedy zostawia glinianą chatkę wraz z Matką Teresą za sobą. Trudno wyjść jednak z tego szoku wywołanego takim dysonansem.

Kolejne odcinki sagi tylko to pogłębiają. Dzięki hipisowskim naukom młodego Obi-Wana, Anakin (lub, jak mówi do niego Padme, a co wywołuje samoczynne otwarcie się miecza świetlnego w kieszeni, Annie – ja pier…, z Zielonego Wzgórza jeszcze może?!) jest jeszcze bardziej zadufany w sobie i swoich możliwościach, a poziomem niesubordynacji jest w stanie doprowadzić Dalajlamę do stanu przedzawałowego. Konsekwencji jego radosne działania nie mają zresztą prawie żadnych, a on sam szybko daje się nabić pewnemu starcowi w butelkę, udowadniając, że wcale nie jest taki masta-blasta, jak myślał. Do tego jest brzydki i towarzyszy mu koszmarny wątek romantyczny, którego biedny Hayden Andersen nie jest w stanie obronić. Generalnie trudno zatem nie tylko Anakina polubić, nie tylko jakkolwiek ekscytować się jego (z góry ustalonym) losem, ale też w ogóle przyjąć do wiadomości fakt, że takie chuchro stało się potem Darthem Vaderem. Nie o takiego Anakina walczyliśmy, bracia i siostry!

 

Boba F. (mały)

SW Boba

Sytuacja podobna do powyższej. Z jednej strony szczęśliwie ograniczona czasem ekranowym, ale z drugiej kto wie, czy nie bardziej pustosząca umysł. Tu znowu bohater zostaje nam po raz pierwszy przedstawiony jako wyjątkowy kozak, któremu następnie dopisuje się megamocną historię starożytnej rasy Mandalorian. Boba w dodatku rządzi i dzieli na drugim planie, będąc wielokrotnie fajniejszym od samego Hana Solo (który notabene zawsze lata w duecie – wyjaśni to ktoś?).

Już sam wygląd jego zbroi po przejściach – w moim prywatnym rankingu zjadającej na podwieczorek czarne fatałaszki towarzysza Viadernego – wyzwala szacunek na dzielni i tworzy wokół postaci przyjemną, niepodrabialną aurę tajemniczości, jaką dodatkowo podsyca jego małomówność oraz spryt. Słowem: czysta zajebistość, bez znaczenia, że stojąca raz jeszcze po stronie zła.

No, a potem znowu – maluch z miną świadczącą o permanentnym zatwardzeniu, z cienkim głosikiem i wywalonym w kosmos ego, choć cały czas musi się chować za płaszczem Jango, czyli jedynego, acz mocno wtórnego, plusa obecności małego Bobika w sadze. Cała reszta to czystej wody farsa – łącznie z uwłaczającym zakończeniem żywota (według niektórych źródeł równie fikcyjnym, co opuszczenie przez Elvisa budynku) z nieświadomej ręki Solo. Meh!

 

design obcych

SW Aliens

Nie, nie TYCH obcych, choć to by mogło być ciekawe. Inna sprawa, że nad tym zagadnieniem można by się rozwodzić godzinami. Szanuję świat, jaki Lucas stworzył na potrzeby oryginalnej trylogii, zatem trudno w tym aspekcie wylewać na niego i na jego współpracowników pomyje. Niemniej krótka wizyta w kantynie na Mos Eisley wyraźnie pokazuje, że sporo rzeczy jest tu mocno nie tak. Jestem w stanie kupić agresywnego człowieka z czerwoną dupą na mordzie; kosmitów, którzy wyglądają, jakby urwali się ze Strefy 51 i paru innych typów. Ale wielki ślimak, żaba w czapce, statysta z dolepioną głową słonia, wilkołak i sam diabeł Boruta (a w Powrocie Jedi także stado prosiaków) – no po prostu nie idzie na to patrzeć na trzeźwo. Wyraźnie gumowe kostiumy i przebitki z niepotrzebnymi zbliżeniami są tu gwoździem do trumny. Niby trzeba było czymś zaludnić drugi plan, lecz czy należało to robić na takim haju? Nadmierna oczywistość poszczególnych projektów i pójście na łatwiznę każą zresztą sądzić, że narkotyków było na planie za mało… W przeciwnym razie przemysł zabawkarski nigdy nie miałby problemów z wypuszczeniem na rynek poniższych podobizn:

 

droid-mysz MSE-6

SW mouse

Zdecydowanie jeden z najbardziej zbędnych i bezsensownych detali tego świata. Ot, jeżdżąca czarna skrzynka, na którą w jednej scenie ryczy Chewbacca. Czemu? Nie wiadomo. Co robi? Nie wiadomo. Dlaczego w ogóle istnieje? Nie wiadomo. Fabularnie nie ma żadnego zastosowania. A mimo to jeździ, piszczy i denerwuje. To błahostka, ale i słaby comic relief, który nadaje się tylko na dokładnie takie parodie:

 

dźwięk TIE

SW TIE

Do samych myśliwców i ich pochodnych nic nie mam – to bez dwóch zdań jedna z najbardziej rewelacyjnych rzeczy w całym świecie Gwiezdnych wojen. Ich efekty dźwiękowe z punktu widzenia techniki również zasługują na duże brawa, bo dosłownie z niczego (połączenie ślizgających się po wodzie samochodowych opon i ryku słonia – pewnie tego z kantyny) zrobiono tutaj nową jakość. Nie zmienia to jednak faktu, że ich podwójne silniki jonowe potrafią doprowadzić uszy do stanu wrzenia. Są niczym płacz dziecka albo motocykl pojawiający się nagle znikąd na ulicy – toleruje się je, bo nie ma innego wyjścia, ale wwiercają się w mózg tak mocno, że trudno nie uznać ich za podmiot szatana (pewnikiem również tego z kantyny).

 

Ewoki

SW Ewok

Kolejna nieoczywista sprawa. Z jednej strony, zwłaszcza tej naiwnej, bo siedmioletniej, to pocieszne futrzaki, które chce się tulić do snu. Z drugiej… to pocieszne futrzaki, które kijami i kamieniami rozwaliły pół Imperium. Oczywiście przedstawione z typową dla Lucasa manierą komediową (jakby mało było tego wcześniej), piskliwymi głosikami i zmyślonym językiem, który również ma wydźwięk jedynie humorystyczny. Trochę za dużo w tym wszystkim lukru i farsy, jakie w solowych projektach troskliwych misiów odbiły się czkawką nawet dzieciom. Generalnie sama obecność malutkiej rasy z dżungli więc nie przeszkadza. Ale przy całości występów, polanych dodatkowo kiczowatą pioseneczką i wyjątkowo szpetnymi mordami co poniektórych, ekhm, członków plemienia, zęby same potrafią zazgrzytać na akord.

Ostatnio dodane