Seria z automatu #13 1/2: najbardziej irytujące rzeczy w Gwiezdnych Wojnach | FILM.ORG.PL

Seria z automatu #13 1/2: najbardziej irytujące rzeczy w Gwiezdnych Wojnach








Jacek Lubiński
17.12.2015


Tak, wiem, co sobie myślicie – kolejny cykl (regularnych w swej nieregularności, zmiennych rozmiarowo i zapodanych kolejno bez kolejności) artykułów! Ale spokojnie, obiecuję, że te będą mniej zobowiązujące od rozkmin kolegów o życiu, narodzie i wielorybach. I, poza wyjątkami, nie trzeba będzie specjalnie wysilać przy nich mózgowia podczas radosnego nicnierobienia w pracy. Na tyle luźne, żeby szef również się czasem zapomniał i zszedł wam z pleców na chwilę lub dwie. Tytuł mówi zresztą wszystko: ma być szybko, łatwo i przyjemnie – przynajmniej dla tego, kto pociąga za spust :) No i nade wszystko bez kija w głównej pompie oczyszczającej.

Pierwsza seria, którą sponsoruje słynny flanelowiec i jego kosmiczne pojedynki na świetlówki, to rezultat premiery Przebudzenia mocy, przy okazji której warto przyjrzeć się małym grzeszkom dotychczasowego uniwersum (w kolejności analfabetycznej).

 

 

Anakin S.

SW Anakin

Byłbym w stanie wychylić z tym gościem parę browarów w jakiejś kantynie na zadupiu galaktyki. Sprawa jest jednak o tyle delikatna, że to człowiek o trzech twarzach, z których tylko jedna daje się lubić – ta zamaskowana. A i to pod pewnymi warunkami. Anakina poznajemy (no dobra, poznaliśmy – pokolenia urodzone po 1998 roku mają już z górki) jako nie Anakina, tylko jego alter ego po wypadku, którego przeraziłby się sam Niki Lauda. Nie jest wtedy miłą osobą, raczej bliżej mu do Juliusa Schrecka, więc zanim kilka parseków później w końcu pokazuje swe oszpecone lico i oczka wypalonego (dosłownie) człowieka, można obsrać sobie zbroję na jego widok – budzi grozę i respekt, lecz trudno oderwać odeń wzrok.

A potem (czyli teoretycznie wcześniej) ukazuje się go nam, jako przemądrzałego, wkurzającego dzieciaka o blond włoskach i nadnaturalnej potencji… przepraszam, potencjale. Szok jest tak duży, że ma się ochotę udusić bachora, a jego superultramegaważny wyścig pustynny okazuje się ogromnym rozczarowaniem, bo gnojek przeżywa i wygrywa. OK, spoko, niby mały Hitler ma jeszcze przed sobą długą drogę i spokojnie może zmienić się (i świat) na lepsze, zatem jakoś tam idzie mu kibicować, kiedy zostawia glinianą chatkę wraz z Matką Teresą za sobą. Trudno wyjść jednak z tego szoku wywołanego takim dysonansem.

Kolejne odcinki sagi tylko to pogłębiają. Dzięki hipisowskim naukom młodego Obi-Wana, Anakin (lub, jak mówi do niego Padme, a co wywołuje samoczynne otwarcie się miecza świetlnego w kieszeni, Annie – ja pier…, z Zielonego Wzgórza jeszcze może?!) jest jeszcze bardziej zadufany w sobie i swoich możliwościach, a poziomem niesubordynacji jest w stanie doprowadzić Dalajlamę do stanu przedzawałowego. Konsekwencji jego radosne działania nie mają zresztą prawie żadnych, a on sam szybko daje się nabić pewnemu starcowi w butelkę, udowadniając, że wcale nie jest taki masta-blasta, jak myślał. Do tego jest brzydki i towarzyszy mu koszmarny wątek romantyczny, którego biedny Hayden Andersen nie jest w stanie obronić. Generalnie trudno zatem nie tylko Anakina polubić, nie tylko jakkolwiek ekscytować się jego (z góry ustalonym) losem, ale też w ogóle przyjąć do wiadomości fakt, że takie chuchro stało się potem Darthem Vaderem. Nie o takiego Anakina walczyliśmy, bracia i siostry!

 

 

Boba F. (mały)

SW Boba

Sytuacja podobna do powyższej. Z jednej strony szczęśliwie ograniczona czasem ekranowym, ale z drugiej kto wie, czy nie bardziej pustosząca umysł. Tu znowu bohater zostaje nam po raz pierwszy przedstawiony jako wyjątkowy kozak, któremu następnie dopisuje się megamocną historię starożytnej rasy Mandalorian. Boba w dodatku rządzi i dzieli na drugim planie, będąc wielokrotnie fajniejszym od samego Hana Solo (który notabene zawsze lata w duecie – wyjaśni to ktoś?).

Już sam wygląd jego zbroi po przejściach – w moim prywatnym rankingu zjadającej na podwieczorek czarne fatałaszki towarzysza Viadernego – wyzwala szacunek na dzielni i tworzy wokół postaci przyjemną, niepodrabialną aurę tajemniczości, jaką dodatkowo podsyca jego małomówność oraz spryt. Słowem: czysta zajebistość, bez znaczenia, że stojąca raz jeszcze po stronie zła.

No, a potem znowu – maluch z miną świadczącą o permanentnym zatwardzeniu, z cienkim głosikiem i wywalonym w kosmos ego, choć cały czas musi się chować za płaszczem Jango, czyli jedynego, acz mocno wtórnego, plusa obecności małego Bobika w sadze. Cała reszta to czystej wody farsa – łącznie z uwłaczającym zakończeniem żywota (według niektórych źródeł równie fikcyjnym, co opuszczenie przez Elvisa budynku) z nieświadomej ręki Solo. Meh!

 

 

design obcych

SW Aliens

Nie, nie TYCH obcych, choć to by mogło być ciekawe. Inna sprawa, że nad tym zagadnieniem można by się rozwodzić godzinami. Szanuję świat, jaki Lucas stworzył na potrzeby oryginalnej trylogii, zatem trudno w tym aspekcie wylewać na niego i na jego współpracowników pomyje. Niemniej krótka wizyta w kantynie na Mos Eisley wyraźnie pokazuje, że sporo rzeczy jest tu mocno nie tak. Jestem w stanie kupić agresywnego człowieka z czerwoną dupą na mordzie; kosmitów, którzy wyglądają, jakby urwali się ze Strefy 51 i paru innych typów. Ale wielki ślimak, żaba w czapce, statysta z dolepioną głową słonia, wilkołak i sam diabeł Boruta (a w Powrocie Jedi także stado prosiaków) – no po prostu nie idzie na to patrzeć na trzeźwo. Wyraźnie gumowe kostiumy i przebitki z niepotrzebnymi zbliżeniami są tu gwoździem do trumny. Niby trzeba było czymś zaludnić drugi plan, lecz czy należało to robić na takim haju? Nadmierna oczywistość poszczególnych projektów i pójście na łatwiznę każą zresztą sądzić, że narkotyków było na planie za mało… W przeciwnym razie przemysł zabawkarski nigdy nie miałby problemów z wypuszczeniem na rynek poniższych podobizn:

 

 

 

droid-mysz MSE-6

SW mouse

Zdecydowanie jeden z najbardziej zbędnych i bezsensownych detali tego świata. Ot, jeżdżąca czarna skrzynka, na którą w jednej scenie ryczy Chewbacca. Czemu? Nie wiadomo. Co robi? Nie wiadomo. Dlaczego w ogóle istnieje? Nie wiadomo. Fabularnie nie ma żadnego zastosowania. A mimo to jeździ, piszczy i denerwuje. To błahostka, ale i słaby comic relief, który nadaje się tylko na dokładnie takie parodie:

 

 

 

dźwięk TIE

SW TIE

Do samych myśliwców i ich pochodnych nic nie mam – to bez dwóch zdań jedna z najbardziej rewelacyjnych rzeczy w całym świecie Gwiezdnych wojen. Ich efekty dźwiękowe z punktu widzenia techniki również zasługują na duże brawa, bo dosłownie z niczego (połączenie ślizgających się po wodzie samochodowych opon i ryku słonia – pewnie tego z kantyny) zrobiono tutaj nową jakość. Nie zmienia to jednak faktu, że ich podwójne silniki jonowe potrafią doprowadzić uszy do stanu wrzenia. Są niczym płacz dziecka albo motocykl pojawiający się nagle znikąd na ulicy – toleruje się je, bo nie ma innego wyjścia, ale wwiercają się w mózg tak mocno, że trudno nie uznać ich za podmiot szatana (pewnikiem również tego z kantyny).

 

 

 

Ewoki

SW Ewok

Kolejna nieoczywista sprawa. Z jednej strony, zwłaszcza tej naiwnej, bo siedmioletniej, to pocieszne futrzaki, które chce się tulić do snu. Z drugiej… to pocieszne futrzaki, które kijami i kamieniami rozwaliły pół Imperium. Oczywiście przedstawione z typową dla Lucasa manierą komediową (jakby mało było tego wcześniej), piskliwymi głosikami i zmyślonym językiem, który również ma wydźwięk jedynie humorystyczny. Trochę za dużo w tym wszystkim lukru i farsy, jakie w solowych projektach troskliwych misiów odbiły się czkawką nawet dzieciom. Generalnie sama obecność malutkiej rasy z dżungli więc nie przeszkadza. Ale przy całości występów, polanych dodatkowo kiczowatą pioseneczką i wyjątkowo szpetnymi mordami co poniektórych, ekhm, członków plemienia, zęby same potrafią zazgrzytać na akord.

 

 

Gunganie (Jar Jar Binks)

SW Jar

Dżiar Dżiar ostatnio na propsie dzięki pewnej teorii, a i na co dzień w modzie – na hejtowanie rzecz jasna. Trudno znaleźć w Starych Wersetach bardziej znienawidzony przez fanów element. Ba! To wręcz symbol porażki papy Dżordża w nowym milenium, który dekadę wcześniej z pewnością otwierałby całą tę listę. Jednakże wyśrubowana do granic niechęć do tej postaci stała się nieco męcząca przez te wszystkie lata (a na chwilę obecną będzie ich już szesnaście). W dodatku nie można oprzeć się wrażeniu, że przysłania zdecydowanie większy problem, jakim są Gunganie per se.

Żyjące w bańkach pośród morskiej otchłani stwory niewiele różnią się w sumie od swojego upośledzonego brata. Co więcej, na tle wyraźnie sugerowanej niepełnosprawności umysłowej Binksa wypadają wręcz gorzej od niego. Owszem, on sam wkurza niemiłosiernie, lecz jego forrestopodobny stan niejako podświadomie każe się nad zwierzakiem choć trochę zlitować. Tymczasem jego jak najbardziej „normalni” pobratymcy mają dokładnie te same cechy podnoszące ciśnienie, wyglądają równie kuriozalnie, a dodatkowo ich szefu (który nazywa się… Boss Nass – srsly?) potrafi co pięć minut odwalić takie cuda na oficjalnym zebraniu:

 

 

Nie mam więcej pytań. Ani siły dla tego gatunku.

 

 

Gwiazda Śmierci

SW death star

A raczej jej zastosowanie. Jak każą nam sądzić twórcy, to najgroźniejsza i najbardziej zaawansowana broń wszech czasów (i jednocześnie dom dla tysięcy, jak nie milionów ludzi, podludzi, nadludzi, droidów-myszy oraz nielegalnych emigrantów), która potrafi w ciągu sekund wszystko zamienić w pył gwiezdny. A jednak atakując mały księżyc z ostatnią bazą Rebeliantów, zaczyna powoli (chyba na wstecznym) okrążać planetę przed nim, choć wcześniej bez problemu i bez większych oporów unicestwiła w pełni zamieszkały i neutralny Alderaan. Potem Luke wysadza zresztą cały ten okrągły kram dzięki systemowi „wentylacji”, który najwyraźniej zaprojektował kuzyn Jar Jara. Niby dobrzy faceci wygrywają, a jednak można czuć się lekko oszukanym.

Myślałby kto, że Imperium wyciągnie przy tym wnioski z zaistniałej sytuacji, a tymczasem sequel Gwiazdy kończy jeszcze gorzej od poprzednika, bo nawet nie udaje się go w pełni dokończyć, gdy dokładnie ta sama grupka osób (w towarzystwie mówiących ryb i misiaczków) anihiluje ambitny projekt w jeszcze łatwiejszy sposób – i to mimo faktu, że zostali wciągnięci w pułapkę. Miniplaneta zostaje zatem rozwalona ponownie, a jej potencjał nigdy nie wychodzi poza majaczący na ciemnym niebie znak zła wszelkiego. Słabe. I kosztujące życie wielu Bothan…

SW mozg

 

 

Han strzela pierwszy?

SW Han

W najbardziej oryginalnej z oryginalnych wersji pierwotnego filmu, jaki ochrzczono potem numerkiem IV, Han Solo podczas niespodziewanego spotkania z Greedo w kantynie po prostu zastrzelił zielonego łowcę głów, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń. I spoko. Potem Lucas uznał najwyraźniej, że nie jest spoko, gdyż Han wychodzi tym czynem na chama solo (czytaj: trudniący się na co dzień przemytem, handlujący regularnie z gangsterami cwaniak nie był w sytuacji gardłowej odpowiednio honorowy – jak żyć?). Cyfrowo dodano więc moment, w którym to Greedo – gość, któremu zależy na dostarczeniu Hana żywego nie tylko z powodów materialnych, ale i praktycznych – wypala z blastera sekundę wcześniej i… nie trafia. Żenujące, szczególnie że broń wycelowana była bezpośrednio w młodego Harrisona Forda i nawet największy lamer zwyczajnie musiałby trafić (przy założeniu, że istotnie strzelał).

Sam ten fakt to wystarczający powód irytacji niejednego miłośnika Starych Łorsów. Paradoksalnie tym, co dodatkowo wzmaga owo zdenerwowanie, jest… złość fanów. W historii sagi nie ma chyba momentu wywołującego większy ból dupy u jego miłośników. Ból jak najbardziej zrozumiały, lecz wałkowany przez tak długi okres czasu, że sam w sobie zaczyna drażnić. Na dłuższą metę nie ma to przecież większego znaczenia, kto tak naprawdę wypalił z gnata jako pierwszy – liczy się to, kto wyszedł z pojedynku żywy. Poszczególnie części cierpią w dodatku na sporo znacznie poważniejszych mankamentów niż przedwczesna ejakulacja zielonym CGI. Jak to śpiewali w jednym z ostatnich, równie irytujących filmów Disneya: Let it go, let it go. Shut the fuck up and watch the show!

 

 

Nooooooooo!

sw-no

Problem z cyklu: jak maksymalnie spieprzyć kluczowy moment, którego podbudowa trwała blisko trzydzieści lat (dowód w linku powyżej). Twórcy mieli pod ręką wszelkie potrzebne elementy, łącznie z kultowym, maksymalnie przefantastycznym głosem Jamesa Earla Jonesa i legendarnym, czar… ekhm, afro-amerykańskim kostiumem Vadera. A jednak ten mityczny bohater, abstrahując od jego przedmaskowych wcieleń, zostaje tu praktycznie sprofanowany. Nie tylko bowiem trudno przyjąć na klatę jego galaktyczny ból po stracie ukochanej i potomstwa (notabene kolejny moment, jaki z łatwością można by dodać do listy), ale i jest niemal niemożliwym odebrać daną scenę na serio. Vader wygląda tutaj (a raczej brzmi) nie jak zdewastowany bólem, mroczny Sith, lecz jak sześciolatek w kostiumie z Biedronki, któremu mama zabrała ostatnie ciasteczko za złe sprawowanie. Ma-sa-kra.

 

 

seriale animowane

SW anime

Co jak co, ale do tego – jak i w sumie seriali w ogóle – Gwiezdne wojny nigdy szczęścia ani pomysłu nie miały. Dotychczas w tej kategorii powstały dwa sezony Ewoków, jednosezonowe Droidy, popularni, liczący sobie trzy serie (na których się zapewne nie skończy) Rebelianci oraz dwa różne podejścia do Wojen klonów. I wszystkie, bez wyjątku można określić słowami jedynie niecenzuralnymi, choć oczywiście każdy znajdzie swoich zwolenników (tak jak Zmierzch czy 50 twarzy Greya, zatem ten argument jest z miejsca inwalidą). Owszem, wszędzie znajdziemy jakieś pozytywy lub fajne momenty (na zasadzie konfrontacji ze słabą rutyną), lecz jeśli za dwadzieścia lat miałbym gdzieś szukać przyczyn swojego łysienia, to właśnie w tych animowanych kadrach, chamsko żerujących na popularności sagi.

Bez kitu – o Ewokach sporo z nas wolałoby zapomnieć już w Powrocie Jedi (patrz kilka punktów wcześniej), a co dopiero męczyć się z nimi w cotygodniowych odcinkach. Roboty same sobie odpowiedziały na zapotrzebowanie, kiedy zdjęto je z anteny przedwcześnie, a pozostałe przykłady miotają się pomiędzy infantylizmem w poważnych zagadnieniach a idiotycznymi rozwiązaniami akcji i słabymi postaciami. I absolutnie każdy z tych tytułów jest tak paskudnie narysowany, że gdybym był siedmioletnim szkrabem, to pewnie co noc budziłbym się oblany potem na jedno wspomnienie o nich (szczęśliwie z pomocą psychologa udało mi się uniknąć moczenia łóżka w wieku dorosłym, choć nadal muszę brać tabletki).

Na pocieszenie pozostają tylko klasowe mariaże Jedi z klockami Lego, lecz duńska marka na tyle dobrze weszła ze swoim niegłupim humorem we wszelkie możliwe światy (polecam ich znakomite interpretacje superbohaterów z Batmanem na czele), że trudno jednoznacznie zaliczyć żółte ludziki bez kciuków do gwiezdno-wojennego kanonu, który tym samym nie unika porażki.

 

 

Yoda

SW Yoda

Nie lubię miszcza Jodyny. Albo nie, zaraz – inaczej. Zawsze podchodziłem do niego jak do dziadków, rodziców i innych członków rodziny, którzy wpadają na święta, w międzyczasie dzwoniąc non-stop. Czyli jest jak najbardziej spoko w małych dawkach i odpowiednich odstępach czasowych. Aczkolwiek nawet i wtedy potrafi budzić mieszane uczucia. Takim momentem jest na przykład scena jego pierwszego spotkania z Luke’iem, któremu bez powodów zaczyna przetrzepywać dobytek, jest zafascynowany znalezioną pośród gratów latareczką i zachowuje się jak rozpuszczony przedszkolak, gdy R2-D2 chce mu ją odebrać. A mowa przecież o prawie dziewięćsetletnim mistrzu Jedi, który stał kiedyś na czele całego zakonu, walczył w wojnach klonów i generalnie ma taką historię, że mucha nie siada. WTF?

Wątpliwy i mocno denerwujący jest też jego sposób wysławiania się. Zdania poukładane w taki sposób, że nie wiadomo, czy właśnie dostaliśmy radę, czy pytanie; wypowiadane również z manierą sugerującą albo wadę szarych komórek, albo celową złośliwość – i jedno, i drugie kompromitują troszkę takiego kozaka, który miał kilka ładnych stuleci, by oduczyć się podobnych nawyków. C’mon! Stallone potrafił w kilka dekad przestać bełkotać, mistrzuniu! Dodajmy do tego jego flegmatyczny sposób bycia i ciut za mocno wspomagane komputerem występy w epizodach I-III, a otrzymamy doskonały przykład ikonicznej postaci, która przez większość ekranowego jestestwa wypada niczym najlepszy dziadek na świecie, ale przy dłuższej znajomości potrzebny mu regularny zapas Snickersów, bo gwiazdorzy na potęgę.

 

 

zmiany Lucasa

SW Lucas

Temat ten poruszyłem już we wcześniejszych zagadnieniach, jednak problem jest na tyle alarmujący i głęboki, że nie można uniknąć z nim bezpośredniej konfrontacji. Oto bowiem jeden z najbogatszych ludzi świata, ojciec założyciel, który ma do dyspozycji wszystkie możliwe technologie na skinięcie ręki, marnuje swoje zasoby oraz, co gorsza, czas swój i nasz, na idiotyczne poprawki nikogo nie interesujących detali (jak powieki Ewoków, wciskanie w każde możliwe miejsce podobizny Anakina z nowej trylogii czy R2-D2 nagle schowany za skałami, za którymi nie miał prawa i okazji się zmieścić), przy jednoczesnym, ordynarnym pomijaniu niedoróbek faktycznie się liczących (regularnie zmieniający się kolor miecza świetlnego) i detali pokroju naturalnych barw, oświetlenia i faktury obrazu. Obczajcie to:

 

 

Boli to tym bardziej, że pierdoły te są obecnie na porządku dziennym, a dziewicze wersje filmów zostały przez Lucasa de facto zablokowane (bo zupa była za słona, czy coś). Począwszy od ponownego wypuszczenia oryginalnej trylogii do kin w 1997 roku (kiedy to poprawiono kilka technicznych wpadek i dodano parę mało znaczących scen), kolejne zmiany stały się niemalże rokroczną tradycją i dziś niemożliwym jest zakup niczym nieskalanej edycji (wydanie Blu-Ray w polskiej wersji nie ustrzegło się byków nawet na okładce – być może celowych, ku przestrodze). I to w czasach, gdzie praktycznie co druga produkcja filmowa ukazuje się na domowym rynku w kilku różnych wydaniach, z których każdy może sobie wybrać tę, która najbardziej go interesuje. O co kaman?

Spytajcie fanów, którzy przez tak radykalne podejście postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i partyzanckimi metodami odświeżyli legendę lepiej niż jej twórcy. Despecialized Edition do znalezienia w odmętach internetu. A tymczasem Lucasowe fanaberie to mój niechlubny numero uno tej odsłony Serii z automatu – i to taki, po którym istotnie ma się ochotę wyjść i postrzelać. Najlepiej do Gungan trzymających się za ręce z Ewokami na pokładzie Gwiazdy Śmierci, po której przemyka animowany Han krzyczący Nieeeeeee!, jeszcze zanim zrobi to Annie.

 

 

bonus:
Star Wars Holiday Special

SW Holiday Special

Oh, hell no!
Nie będę nawet zaczynał tematu, od którego wszyscy powinni się trzymać z daleka – wtedy i, szczególnie, teraz. Zostaliście ostrzeżeni na sam koniec.

 

A tymczasem żegnam umiarkowanie ciepło z przelotnymi opadami.

 

Jacek Lubiński

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.
Jacek Lubiński






  • SoKoMoK

    Fajny artykuł i trudno się nie zgadzać – ja dodałbym jeszcze mistrza Windu, gdyż nie wykorzystano potencjału świetnego aktora jakim jest Samuel L. Jackson. Nie powinien to być nudny, zdyscyplinowany Jedi ale porywczy buntownik, który potrafi „nagiąć” kodeks i zasady, jeżeli przyczyniłoby się to do zwycięstwa. I jeszcze ciekawostka – język Ewoków nie jest zmyślony, jest to język Kałmuków – ludu mieszkającego na pograniczu Rosji, Mongolii i Chin.

  • Zakrza

    Wybieram Jar Jara






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Gwiezdne Wojny, Część IV: Nowa Nadzieja

Następny tekst

A KIEDY TY PIERWSZY RAZ WIDZIAŁEŚ „GWIEZDNE WOJNY”?



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE