nowości kinowe

Sekretne życie Waltera Mitty

Pod pewnym względem „Sekretne życie...” przeczy własnym założeniom. To film o przygodzie życia, który najlepiej oglądałoby się pod ciepłym kocykiem i z kubkiem gorącego kakao w ręku.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Wybierz czerwoną pigułkę

wmTytułowy Walter Mitty (Ben Stiller) to bohater skrojony według przepisu starego jak samo kino – lekko safandułowaty, zahukany i nieśmiały, ale w gruncie rzeczy sympatyczny i obdarzony wielkim serduchem; pozbawiony odwagi (do czasu), by zmienić swoje smętne życie, za to z wyobraźnią i głową pełną urokliwych marzeń. Ben Stiller grywa podobne postacie właściwie od zawsze i ma na tym polu spore doświadczenie, więc w roli Waltera wypada wiarygodnie. Mniej przekonuje natomiast kierujący jego poczynaniami scenariusz.

Walter pracuje jako specjalista od zdjęć w amerykańskim magazynie „Life”. Jego życie ogranicza się do siedzenia w mieszkaniu, siedzenia w pracy, okazjonalnych spotkań z rodziną i… szalonych snów na jawie, które projektuje w swojej głowie w najmniej spodziewanych momentach, a które wdzierają się co chwila w narrację filmu. Jak każdy marzyciel, Walter umieszcza w tych snach bohaterów ze swojego otoczenia – ukochaną koleżankę z pracy (Kristen Wiig) i wrednego szefa (Adam Scott). Zawiązanie fabuły następuje w momencie, kiedy okazuje się, że Mitty musi znaleźć kliszę nadesłaną przez znanego podróżnika i fotografa, Seana O’Connella (Sean Penn), która powinna trafić na okładkę ostatniego numeru magazynu. Ponieważ kliszy nie ma w przesyłce od Seana, Walter postanawia go odszukać. A to niełatwe, bo fotograf ciągle się przemieszcza i wszystkie przesłanki wskazują na to, że właśnie znajduje się na Grenlandii.

Kiedy Mitty dociera na Grenlandię, udaje się wprost do wypożyczalni samochodów. Mając do wyboru dwa auta – czerwone i niebieskie – bez wahania decyduje się na czerwone. To ewidentne nawiązanie do Morfeusza i jego pigułek (a przy tym sygnał dla widza, że bohater chce zmienić swoje życie), trochę jednak do „Sekretnego życia…” niedopasowane. W „Matrixie” wybór czerwonej pigułki oznaczał zderzenie z brutalną rzeczywistością, u Stillera niby też, ale tak właściwie to nie do końca. Dalsze przygody Mitty’ego – w założeniu dziejące się już na jawie – żadnej konfrontacji nie oznaczają; są po prostu przedłużeniem jego marzeń, równie nierealnym, co wcześniejsze fantazje bohatera. Walter skacze z helikoptera do lodowatej wody, okłada rekina aktówką po pysku, wspina się na himalajskie szczyty i ucieka przed erupcją wulkanu. Wszystkie te wyczyny przychodzą mu z taką łatwością, jakby przez całe życie był wytrawnym podróżnikiem, a nie molem biurowym.

wm2

Nietrudno zgadnąć, jaką myśl twórcy chcieli zaszczepić w głowach widzów – świat jest na wyciągnięcie ręki, a żeby go zdobyć, wystarczy tylko chcieć. I choć to wspaniała teoria, to jednak beznadziejnie naiwna, a przy okazji szkodliwa dla samego filmu. Osiągnięcia Mitty’ego nie robią bowiem wielkiego wrażenia, skoro bohater nie musi się właściwie nawet wysilać, a podczas niektórych scen (wspomniany rekin) zawieszona w kinowej szatni niewiara z łoskotem upada na podłogę. Całe „Sekretne życie…” to właściwie jedna wielka fantazja – może i piękna w swojej wymowie, ale przy tym okrutnie przesłodzona i niezbyt angażująca. Gdyby Walter rzeczywiście musiał pokonywać własne ograniczenia i walczyć ze swoimi strachami (nawet podanymi w czysto komediowej formie), film oglądałoby się lepiej, bo można by się losami bohatera bardziej zainteresować.

„Sekretne życie…” nie jest przy tym wcale filmem złym. Stiller wypada w głównej roli sympatycznie, partneruje mu urocza Kristen Wiig i świetny Sean Penn. Plenery Grenlandii czy Islandii wyglądają pięknie, a w tle prawie cały czas słyszymy bardzo dobrze dopasowaną ścieżkę dźwiękową. Po Stillerze spodziewałem się jednak czegoś więcej. Jego poprzednie reżyserskie próby – między innymi „Zoolander” i „Tropic Thunder” – były szalone, oryginalne i energetyczne, zaskakiwały na każdym kroku; Stiller ani trochę nie ograniczał się w zabawie filmową materią. „Sekretne życie…” jest z kolei łagodne i grzeczne, fabularne schematy realizuje od linijki i na żadnym etapie nie próbuje widza zaskoczyć.

wm4

Pod pewnym względem „Sekretne życie…” przeczy więc własnym założeniom. To film o przygodzie życia, który najlepiej oglądałoby się pod ciepłym kocykiem i z kubkiem gorącego kakao w ręku. I choć teoretycznie Stiller mówi widzowi, by otworzył drzwi, zdobywał świat i nie przejmował się niczym, to jego film tak naprawdę na żadnym etapie nie próbuje nas zachęcić, byśmy odstawili kakao i spod tego kocyka wyleźli. W przeciwieństwie do swojego pierwszego trailera – tajemniczego, niemal zupełnie pozbawionego słów, zilustrowanego klimatycznym utworem zespołu Of Monsters And Men – „Sekretne życie…” wydaje się trochę zbyt błahe, przewidywalne i aż do przesady potulne.

Ostatnio dodane