"Sekretne życie Waltera Mitty" - recenzja | FILM.ORG.PL

Sekretne życie Waltera Mitty

Pod pewnym względem „Sekretne życie...” przeczy własnym założeniom. To film o przygodzie życia, który najlepiej oglądałoby się pod ciepłym kocykiem i z kubkiem gorącego kakao w ręku.




Wybierz czerwoną pigułkę




Grzegorz Fortuna
18.01.2014


wmTytułowy Walter Mitty (Ben Stiller) to bohater skrojony według przepisu starego jak samo kino – lekko safandułowaty, zahukany i nieśmiały, ale w gruncie rzeczy sympatyczny i obdarzony wielkim serduchem; pozbawiony odwagi (do czasu), by zmienić swoje smętne życie, za to z wyobraźnią i głową pełną urokliwych marzeń. Ben Stiller grywa podobne postacie właściwie od zawsze i ma na tym polu spore doświadczenie, więc w roli Waltera wypada wiarygodnie. Mniej przekonuje natomiast kierujący jego poczynaniami scenariusz.

Walter pracuje jako specjalista od zdjęć w amerykańskim magazynie „Life”. Jego życie ogranicza się do siedzenia w mieszkaniu, siedzenia w pracy, okazjonalnych spotkań z rodziną i… szalonych snów na jawie, które projektuje w swojej głowie w najmniej spodziewanych momentach, a które wdzierają się co chwila w narrację filmu. Jak każdy marzyciel, Walter umieszcza w tych snach bohaterów ze swojego otoczenia – ukochaną koleżankę z pracy (Kristen Wiig) i wrednego szefa (Adam Scott). Zawiązanie fabuły następuje w momencie, kiedy okazuje się, że Mitty musi znaleźć kliszę nadesłaną przez znanego podróżnika i fotografa, Seana O’Connella (Sean Penn), która powinna trafić na okładkę ostatniego numeru magazynu. Ponieważ kliszy nie ma w przesyłce od Seana, Walter postanawia go odszukać. A to niełatwe, bo fotograf ciągle się przemieszcza i wszystkie przesłanki wskazują na to, że właśnie znajduje się na Grenlandii.

Kiedy Mitty dociera na Grenlandię, udaje się wprost do wypożyczalni samochodów. Mając do wyboru dwa auta – czerwone i niebieskie – bez wahania decyduje się na czerwone. To ewidentne nawiązanie do Morfeusza i jego pigułek (a przy tym sygnał dla widza, że bohater chce zmienić swoje życie), trochę jednak do „Sekretnego życia…” niedopasowane. W „Matrixie” wybór czerwonej pigułki oznaczał zderzenie z brutalną rzeczywistością, u Stillera niby też, ale tak właściwie to nie do końca. Dalsze przygody Mitty’ego – w założeniu dziejące się już na jawie – żadnej konfrontacji nie oznaczają; są po prostu przedłużeniem jego marzeń, równie nierealnym, co wcześniejsze fantazje bohatera. Walter skacze z helikoptera do lodowatej wody, okłada rekina aktówką po pysku, wspina się na himalajskie szczyty i ucieka przed erupcją wulkanu. Wszystkie te wyczyny przychodzą mu z taką łatwością, jakby przez całe życie był wytrawnym podróżnikiem, a nie molem biurowym.

wm2

Nietrudno zgadnąć, jaką myśl twórcy chcieli zaszczepić w głowach widzów – świat jest na wyciągnięcie ręki, a żeby go zdobyć, wystarczy tylko chcieć. I choć to wspaniała teoria, to jednak beznadziejnie naiwna, a przy okazji szkodliwa dla samego filmu. Osiągnięcia Mitty’ego nie robią bowiem wielkiego wrażenia, skoro bohater nie musi się właściwie nawet wysilać, a podczas niektórych scen (wspomniany rekin) zawieszona w kinowej szatni niewiara z łoskotem upada na podłogę. Całe „Sekretne życie…” to właściwie jedna wielka fantazja – może i piękna w swojej wymowie, ale przy tym okrutnie przesłodzona i niezbyt angażująca. Gdyby Walter rzeczywiście musiał pokonywać własne ograniczenia i walczyć ze swoimi strachami (nawet podanymi w czysto komediowej formie), film oglądałoby się lepiej, bo można by się losami bohatera bardziej zainteresować.

„Sekretne życie…” nie jest przy tym wcale filmem złym. Stiller wypada w głównej roli sympatycznie, partneruje mu urocza Kristen Wiig i świetny Sean Penn. Plenery Grenlandii czy Islandii wyglądają pięknie, a w tle prawie cały czas słyszymy bardzo dobrze dopasowaną ścieżkę dźwiękową. Po Stillerze spodziewałem się jednak czegoś więcej. Jego poprzednie reżyserskie próby – między innymi „Zoolander” i „Tropic Thunder” – były szalone, oryginalne i energetyczne, zaskakiwały na każdym kroku; Stiller ani trochę nie ograniczał się w zabawie filmową materią. „Sekretne życie…” jest z kolei łagodne i grzeczne, fabularne schematy realizuje od linijki i na żadnym etapie nie próbuje widza zaskoczyć.

wm4

Pod pewnym względem „Sekretne życie…” przeczy więc własnym założeniom. To film o przygodzie życia, który najlepiej oglądałoby się pod ciepłym kocykiem i z kubkiem gorącego kakao w ręku. I choć teoretycznie Stiller mówi widzowi, by otworzył drzwi, zdobywał świat i nie przejmował się niczym, to jego film tak naprawdę na żadnym etapie nie próbuje nas zachęcić, byśmy odstawili kakao i spod tego kocyka wyleźli. W przeciwieństwie do swojego pierwszego trailera – tajemniczego, niemal zupełnie pozbawionego słów, zilustrowanego klimatycznym utworem zespołu Of Monsters And Men – „Sekretne życie…” wydaje się trochę zbyt błahe, przewidywalne i aż do przesady potulne.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Mefisto

    Szkoda, że jest jak piszesz. A jak film wypada względem oryginału?

    • Grzegorz Fortuna

      To nie jest gniot, ale też nic, co chciałoby się zapamiętać na dłużej niż dwie godziny. Też żałuję, bo spodziewałem się o wiele więcej po pierwszym zwiastunie :). Oryginału niestety nie czytałem.

      • Mefisto

        Chodziło mi o film z 194któregoś :)

        • Grzegorz Fortuna

          Aaaa, rozumiem :). Jego też niestety nie widziałem :<

  • Przekleję z Forum:
    To się dobrze ogląda. Naprawdę, film zaskakuje od początku, a im dalej w las (tzn. Grenlandię i Islandię pięknie prezentujące się w obiektywie sprawnie obsługiwanej kamery), tym lepiej: jest lekko absurdalnie, chwilami surrealistycznie. I niestety z bardzo dużymi pokładami naiwności i chwytliwej idei „just do it”, bez większego psychologizowania, zaglądania w dusze bohaterów, co swoje apogeum w końcówce, kompletnie pozbawionej oryginalności. Raczej „feel good movie”, idealne na randkowanie, niż kop w ryj, szantaż emocjonalny i spodziewana gorycz. „Walter Mitty” to nie jest „500 dni miłości” (poszukiwania uczuć i konfrontacja rzeczywistości z wyobraźnią) czy „Stranger Than Fiction” (co to jest prawdziwie życie, sfrustrowany idioto). To dość banalna historia bawiąca się dziwacznością, nerdostwem, skupiająca uwagę na uroczych i niedorzecznych scenach, zarówno tych prawdziwych, jak i zmyślonych. Całe szczęście z ekranu nie spływają oświecające myśli i to naprawdę cieszy.
    Świetny soundtrack bardzo dobrze wykorzystany, dobrze zespolony z obrazem, fabułą – Arcade Fire ze swoim hymnem „Wake up” p-o-z-a-m-i-a-t-a-l-i. Ale jest jeszcze David Bowie, Of Monsters and Men, Jose Gonzales. Fajne, pozytywne.
    Ben Stiller daje radę, tak po prostu. Mógł dopieścić rolę bardziej, zdecydowanie. Kristen Wiig jest ładna, kojarzy się bardzo z Zooey Deschanel.
    Ot, tyle.
    7.

  • kelley

    poza tym film wydaje się zrobiony trochę pod nagrody. faktycznie ogląda się bardzo dobrze, ale brak w tym głębszej refleksji

  • Łukasz Góralczyk

    A właśnie, że ten kocyk i kakao to fajna sprawa:-) To najlepsza rzecz jaką można zrobić po każdym wypadzie na każdą wycieczkę – czy długą, czy krótką, czy do sklepu, czy w Himalaje… W zalewie poważnych, ambitnych, wymagających itd… produkcji, to jest kino, które mało komu udaje się teraz zrobić – pozytywne, ale nie durnowato wesołe… I może zapomnę o Walterze już po kilku dniach… Ale nutka z trailera będzie mi towarzyszyć w moich podróżach:-)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Rozdajemy wejściówki na pokaz "I, Frankenstein"

Następny tekst

Welcome to the Jungle - czyli Ja Wam Dam... komedię



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE